
Igraszki losu
Autorzy
CosmicChaos
Lektury
17,6K
Rozdziały
34
Ta historia wkrótce pojawi się na Galatei — bądź na bieżąco!
Rozdział 1
Czasami miłość po prostu nie wystarcza. Przynajmniej tak wszyscy mi powtarzają. Czy to ma sprawić, że poczuję się lepiej?
Byłam z Gregiem przez sześć lat, zanim dowiedziałam się, że mnie zdradza. Nie chodzi tylko o to, że miłość nie wystarczyła, ale o to, że ja nie wystarczyłam.
Dzień, w którym go przyłapałam, zrujnował mój świat. Spojrzał mi w oczy i po prostu dalej posuwał tę tajemniczą kobietę, jakbym w ogóle nie istniała.
Mieliśmy wziąć ślub za cztery miesiące… Jak do cholery mogłam być tak ślepa?
Kończę poprawiać makijaż i chwytam marynarkę, która wisi na drzwiach szafy. Zakładam ją i zapinam na trzy guziki z przodu. Straciłam dwa tygodnie pracy, próbując ogarnąć to gówno, a teraz na samą myśl o powrocie jestem kłębkiem nerwów.
A co, jeśli w swojej pracy też nie jestem wystarczająco dobra, tylko jeszcze tego nie zauważyłam?
Biorę torebkę i wychodzę z mojego mieszkania w kamienicy, zanim te myśli zdążą mnie całkowicie pochłonąć. Wsiadam do mojego SUV-a i odjeżdżam od krawężnika. Następnie pokonuję dwadzieścia siedem przecznic do biura. Od roku pracuję tam jako dyrektorka działu kadr w L.M. Stone Enterprise.
Parkuję na swoim miejscu w garażu i pędzę do wciąż otwartej windy. Wchodzę do środka i wciskam przycisk dwunastego piętra. Jazda na moje piętro wydaje się trwać wieczność. Kiedy drzwi w końcu się otwierają, dosłownie przez nie wyskakuję.
Szybkim krokiem przechodzę przez recepcję i korytarz do swojego gabinetu. Nie zatrzymuję się, dopóki nie zamknę za sobą drzwi. Wsuwam się na krzesło i włączam komputer. Następnie zaczynam sortować stos teczek na biurku, czekając, aż system się uruchomi.
Gdy tylko mój komputer ożywa, uderza we mnie okropny dźwięk powiadomień. Głośniki ryczą, gdy spływają do mnie e-maile z całych dwóch tygodni.
Zaczynam przeglądać wiadomości. Jedna z nich, od sekretarki dyrektora generalnego, szczególnie przykuwa moją uwagę.
Pani Issalio Montenegro,
Ma Pani obowiązkowe spotkanie z panem Sethem Iversonem o godzinie 11:00, we wtorek 9-go.
Z poważaniem,
Eileen Daniels
Spoglądam na zegarek i oddycham z ulgą, gdy widzę, że jest dopiero 10:00. Przez rok mojej pracy tutaj, żaden z szefów nigdy nie prosił mnie o spotkanie.
Przeglądam resztę e-maili i w końcu wychodzę z gabinetu o 10:45. Jadę windą na siedemnaste piętro. Kiedy z niej wychodzę, wita mnie Eileen z uśmiechem, który sugeruje, że wolałaby żuć szkło, niż patrzeć na mnie.
„Mam spotkanie z panem Iversonem o jedenastej”.
Patrzy na mnie tak, jakbym poprosiła ją o pomoc w oglądaniu schnącej farby. „Wiem o tym. W końcu to ja wysłałam tego maila. Proszę usiąść, pan dyrektor za chwilę do pani wyjdzie”.
Opuszcza wzrok z powrotem na monitor komputera. Odwracam się i zajmuję miejsce w poczekalni. Siedzę tam ze skrzyżowanymi nogami i dłońmi splecionymi na kolanach, czekając nerwowo.
„Pani Montenegro?”
Podnoszę wzrok. Widzę błyszczące, czarne męskie buty eleganckie. Zauważam idealnie wyprasowane czarne spodnie od garnituru, które świetnie leżą na długich, masywnych nogach. Wyżej jest czarna marynarka, ciasno opinająca potężne mięśnie, a pod nią śnieżnobiała koszula zapinana na guziki.
Moje oczy w końcu docierają do twarzy tej wysokiej, boskiej istoty. Prawie wstrzymuję oddech na widok jego idealnie wyrzeźbionych rysów twarzy. Zauważam jasne zielone oczy i czarne włosy, zaczesane do tyłu i krótko przystrzyżone po bokach.
Wstaję i podchodzę bliżej, mając nadzieję, że nie gapiłam się zbyt długo. Zatrzymuję się przed nim, a on wyciąga do mnie rękę, którą nerwowo ściskam.
„Planowałem spotkać się z panią wcześniej, ale poinformowano mnie, że była pani na urlopie. Mam nadzieję, że wyjazd się udał”.
Przestępuję nerwowo z nogi na nogę i spuszczam wzrok na podłogę. „Nie bardzo”.
Nie uchodzi mojej uwadze to, jak jego ciało lekko się napina. Kurwa... właśnie zrobiło się niezręcznie!
„Proszę za mną”. Odwraca się i idzie korytarzem, a ja idę tuż za nim. Wchodzimy do dużego gabinetu. „Proszę zamknąć drzwi”.
Powoli zamykam drzwi. Odwracam się i widzę, jak wskazuje na krzesło naprzeciwko siebie, na którym pospiesznie siadam. Milczy przez czas, który wydaje się godzinami, patrząc w ekran komputera. Nerwy biorą we mnie górę. W przypływie głupiej paniki postanawiam przerwać ciszę.
„Przepraszam, proszę pana, ale czy mogę zapytać, dlaczego tu jestem?”
Odsuwa ręce od klawiatury i opiera łokcie na podłokietnikach krzesła. Splata dłonie przed sobą.
„Czytałem pani akta pracownicze i pomyślałem, że najwyższy czas się spotkać. Zazwyczaj znacznie wcześniej zapoznaję się z naszymi pracownikami, ale mieliśmy tu niezły chaos w związku z nowymi klientami”.
Rozluźniam się na krześle i głośno wzdycham. „Och, myślałam, że popełniłam jakiś błąd”.
Cicho chichocze i pochyla się, by znów spojrzeć na ekran. „Z tego co widzę, jeszcze go pani nie popełniła. Wygląda na to, że wszystkim dobrze się z panią pracuje. Świetnie wykonuje pani polecenia i nie boi się pani trudnych zadań. Pan Stone wyrażał się o pani bardzo pochlebnie”.
Uśmiecham się lekko i bawię się rąbkiem spódnicy. „Bardzo lubię tu pracować. Większość osób jest miła. Bardzo mi pomogli, kiedy zostałam tu zatrudniona”.
Wydaje się zadowolony z mojej odpowiedzi i kiwa głową. „To świetnie. Czy ma pani z czymś jakiekolwiek problemy?”
Kręcę głową, a mój uśmiech znika. „Z niczym związanym z pracą”. Szybko odwracam wzrok.
Unosi brew. „Cóż, jeśli ma pani problemy, w których trzeba pani pomóc, proszę dać mi znać. Wiem, że pod moją nieobecność podlegała pani pod pana Stone'a, ale od dzisiaj będzie pani raportować bezpośrednio do mnie”.
Kiwam głową, a moje oczy znowu kierują się na niego. Dostrzegam jego nieodgadniony wyraz twarzy. „Tak zrobię, dziękuję”.
Wstaje, a ja idę w jego ślady. Wyciąga rękę nad biurkiem, a ja ostrożnie kładę w niej swoją dłoń. Odskakuję, gdy przez moją rękę przechodzi niespodziewany prąd. Podnoszę wzrok i widzę, że dziwnie mi się przygląda. Następnie grzecznie przepraszam i pospiesznie wychodzę z jego gabinetu.
Eileen posyła mi chłodne spojrzenie, gdy wychodzę z korytarza i zatrzymuję się przed windą. Ignoruję ją i obserwuję świecące cyfry nad metalowymi drzwiami.
Kiedy drzwi się otwierają, wchodzę do środka bez wahania i wciskam przycisk dwunastego piętra. Opieram się o ścianę, wbijając wzrok w podłogę. Zanim jednak drzwi się zamykają, do środka wchodzi potężna postać.
Podnoszę wzrok i napotykam niemal świecące, zielone oczy pana Iversona. Próbuję nie wyglądać jak nerwowa idiotka, co pewnie mi się nie udaje. On chce wcisnąć przycisk, ale waha się i cofa rękę. Po tym niezręcznym momencie w jego biurze, w jego obecności moje nerwy są napięte do granic możliwości.
Dźwięk dzwoniącego telefonu wyrywa mnie z otępienia. Chwytam go i gapię się na imię na ekranie: Greg. Odrzucam połączenie na pocztę głosową.
Chwilę później telefon znowu dzwoni, więc po raz kolejny kieruję go na pocztę. Kiedy dzwoni po raz trzeci, znów to robię. Następnie wyciszam telefon. Dostrzegam jednak zaciekawione spojrzenie i uniesioną brew pana Iversona.
„Może pani odebrać. Obiecuję, że nie mam nic przeciwko”.
Uśmiecham się nerwowo i kręcę głową. „Wolałabym połknąć benzynę i zapaloną zapałkę”.
Winda pika. Wybiegam z niej i pędzę prosto do mojego gabinetu, ale zatrzymuje mnie Sarah, recepcjonistka mojego działu.
„Cześć Issalio, masz kilka wiadomości od niejakiego Grega Bakera”.
Moje dłonie zaciskają się w pięści. Próbuję utrzymać stanowczy ton i pewny głos. „Jeśli jeszcze raz zadzwoni, bardzo cię proszę, nie przyjmuj od niego wiadomości”.
Patrzy na mnie zdezorientowana. „Co mam mu powiedzieć?”
Wypuszczam z ust sfrustrowane westchnienie i opuszczam głowę. „Powiedz mu, że jeśli chce z kimś porozmawiać, to może pogadać ze swoją kochanką”.
Odchodzę, zanim mój gniew wybuchnie na dobre. Wchodzę do swojego gabinetu i zatrzaskuję drzwi. Chodzę w tę i z powrotem, próbując opanować nerwy. Nagle zamieram, gdy drzwi mojego gabinetu otwierają się z hukiem, a w progu staje pan Iverson.
Zaciskam oczy, czekając, aż zacznie krzyczeć albo nawet mnie zwolni za moje zachowanie. Kiedy jednak drzwi się zamykają, otwieram oczy. Widzę go stojącego z rękami w kieszeniach i zmartwionym wyrazem twarzy.
„Więc rozumiem, że pani dwutygodniowy urlop był tak naprawdę dwutygodniowym rozstaniem?”
Opadam na jedno z krzeseł przed biurkiem, a on zajmuje miejsce obok mnie. „To był dwutygodniowy festiwal użalania się nad sobą”.
Z jego ust ucieka cichy śmiech, zanim zdąży się powstrzymać. „Jeśli potrzebuje pani więcej wolnego, na pewno możemy to załatwić”.
Stanowczo kręcę głową. „Nie, powrót do pracy był dobrą decyzją. Po prostu nie spodziewałam się, że on... cóż... że będzie się tak zachowywał”.
Opiera się o oparcie i przesuwa palcami po szczęce. „Zapewne już się pani z tego nauczyła, że mężczyźni to idioci. Najczęściej nie zdają sobie sprawy z tego, co mieli, dopóki nie jest za późno. Proszę o tym za dużo nie myśleć. Niech pani da sobie czas na żałobę, a potem wyjdzie do ludzi i pokaże mu, co stracił”.
Posyłam mu zdezorientowane spojrzenie. „Brzmi, jakby wiedział pan to z własnego doświadczenia”.
Kiwa głową, a z jego ust ucieka ciche westchnienie. „Jak powiedziałem, mężczyźni to idioci. Chcę, żeby wzięła pani do końca dnia wolne. Proszę iść do spa, do baru albo do domu i po prostu odpocząć”.
Kręcę głową na znak protestu, co sprawia, że jego brew znów wędruje do góry. „Wolałabym zostać tutaj i wziąć się do pracy. Mam już takie duże zaległości”.
Wzdycha. Właśnie kiedy myślę, że przyzna się do porażki, obdarza mnie chytrym uśmiechem. „Trudno. A teraz proszę iść”.
Powoli wstaję, nie odrywając od niego wzroku. Przechodzę za biurko, wyłączam komputer i chwytam torebkę. Kiedy wychodzę z gabinetu, idzie za mną aż do windy, a potem wchodzi do środka.
Gdy drzwi się zamykają, wciskam przycisk parkingu podziemnego. Odwracam się do niego i decyduję, że równie dobrze mogę zadać pytanie, które teraz gwałtownie zaprząta moje myśli.
„Czy jestem zwolniona?”
Śmieje się głośno i kręci głową. „Nie. Gdyby była pani zwolniona, wyprowadzałaby panią ochrona, a nie ja”.
Chwila... on mnie wyprowadza?
„Czy mogę wrócić jutro?”
Kiwa głową z ciepłym uśmiechem na twarzy. „Tak. Prawdę mówiąc, jutro mam rozmowę kwalifikacyjną, w której chciałbym, aby wzięła pani udział”.
Potakuję, gdy winda pika, a drzwi się otwierają. „W takim razie do zobaczenia jutro”.
Wychodzę z windy i ruszam do mojego SUV-a. Odblokowuję drzwi, gdy do niego podchodzę, po czym wsiadam. Pan Iverson stoi w windzie, dopóki nie odjadę, jakby myślał, że spróbuję się z powrotem zakraść do budynku.
Nie przychodzi mi do głowy żadne miejsce, do którego chciałabym pojechać, więc wracam do domu. Podchodzę do drzwi wejściowych mojej kamienicy z piaskowca, wkładam klucz do zamka i przekręcam. Następnie otwieram drzwi i wchodzę do środka.
Kiedy kładę się spać, mam pięćdziesiąt trzy nieodebrane połączenia i ponad trzydzieści wiadomości od Grega. Ignoruję je. Kładę głowę na poduszce i zasypiam.












































