
Dziedzic alfy
Autorzy
B. E. Harmel
Lektury
2,2M
Rozdziały
55
Rozdział 1.
Książka 1:Dziedzic Alphy
Głośna syrena sprawiła, że serce podskoczyło mi do gardła. Ten dźwięk zawsze zwiastował kłopoty. Zerwałam się od stołu w stołówce, gdzie właśnie kończyłam szóstą kawę tego wieczoru, i pobiegłam na korytarz, gotowa do działania.
Inni lekarze i pielęgniarki już szykowali się na to, co miało nadejść. Nagle usłyszałam głos mamy w głośniku. Była dyrektorką szpitala.
„Południowa granica została zaatakowana” – oznajmiła. „Wiemy o co najmniej piętnastu rannych żołnierzach. Może być ich więcej. Wszyscy, uruchomić plan awaryjny”.
Zanim skończyła mówić, byliśmy już w ruchu. Jack, nocny pielęgniarz, ustawiał ludzi przy drzwiach izby przyjęć. Dołączyłam do innych lekarzy – mojej siostry Karen, Michaela i Riegala – ustawiając się w szeregu. Bertha, kolejna pielęgniarka, była gotowa do pomocy na salach.
Praca w szpitalu zawsze była intensywna, ale ostatnie ataki sprawiły, że stała się jeszcze bardziej nerwowa. Weszłam do sali numer jeden i przygotowałam narzędzia do szycia, wiedząc, że będą potrzebne. Wkrótce korytarz wypełnił się jękami i płaczem rannych.
Jack wjechał do mojej sali, pchając łóżko z wilkiem. Wilk miał dużą ranę na tylnej łapie i ugryzienie na szyi.
Od razu wzięłam się do roboty. Założyłam rękawiczki i zaczęłam szukać srebra w ranach za pomocą specjalnych narzędzi. Dla nas, wilków, srebro było śmiertelnie niebezpieczne.
Strażnicy używali srebrnych noży i kul. Srebro okrutnie raniło wilki. Rana od srebra nie przestawała krwawić i mogła szybko zabić wilka.
Choć goimy się błyskawicznie w wilczej formie, nie działa to w przypadku ran od srebra. Co więcej, wilk nie może wrócić do ludzkiej postaci, dopóki całe srebro nie zostanie usunięte. Dlatego wiedziałam, że muszę dokładnie przeszukać rany tego pacjenta.
Pracując nad jego obrażeniami, jego bolesne skomlenie ściskało mi serce.
„Spokojnie” – powiedziałam łagodnie. „Zaraz usunę srebro. Wszystko będzie dobrze”.
Znalazłam dwie rany i wiedziałam, że muszę działać szybko. Tracił dużo krwi. Miałam nadzieję, że dotrzymam danej mu obietnicy.
Przez chwilę wzniosłam modlitwę do Bogini Księżyca o pomoc.
Potem wzięłam głęboki wdech i zabrałam się za jego szyję. Znalazłam srebrną kulę i ją usunęłam. Strażnik momentalnie wrócił do ludzkiej postaci. Ulżyło mi, że znalazłam srebro, ale teraz lepiej widziałam jego rany bez futra.
Wyglądały paskudnie. Szybko sięgnęłam po specjalne lekarstwo na rany od srebra i nałożyłam je na jego szyję. Położyłam też opatrunek na jego nodze, by zatamować krwawienie. Rana na nodze szybko się zasklepiła, ale musiałam zszyć tę na szyi.
Pracowałam sprawnie i w niecały kwadrans był już stabilny.
„Dobrze, będziesz zdrowy” – powiedziałam żołnierzowi.
Kiwnął głową i próbował się lekko uśmiechnąć. Naprawdę życzyłam mu powrotu do zdrowia.
Bardzo troszczyłam się o moich pacjentów i robiłam wszystko, co w mojej mocy, by im pomóc. Moim powołaniem było bycie uzdrowicielem, a to było jeszcze ważniejsze, gdy pomagałam strażnikom – ludziom, którzy nas chronią.
Mój szwagier, Thomas, był wojownikiem, więc dobrze wiedziałam, jak niebezpieczna jest ich praca.
Zawołałam Jacka, który zabrał już zdrowego strażnika do sali pooperacyjnej. Ledwo łóżko się zwolniło, pojawił się kolejny pacjent, tym razem w ludzkiej postaci. Po mundurze poznałam, że to ważny strażnik.
Był łysy z długą rudą brodą. Jego mundur był podarty, a on sam poważnie ranny. Większość jego ran już się zagoiła, ale ramię wciąż było otwarte i mocno krwawiło.
Zaczęłam go opatrywać, by zatamować krwawienie, a potem podałam lek przeciwbólowy.
„Myślę, że nie będziesz potrzebował szwów” – powiedziałam mu. „Gdy kuracja się skończy, będziesz mógł wrócić do domu”.
„Dziękuję, pani doktor” – odpowiedział z wdzięcznością.
Gdy odwróciłam się, by powiedzieć Jackowi, że może wyprowadzić pacjenta, drzwi się otworzyły. Intensywny zapach drewna, cynamonu i kawy wypełnił pomieszczenie, sprawiając, że zadrżałam. Czułam, jakby mój żołądek fiknął koziołka.
„Alfa” – powiedział cicho żołnierz, którego właśnie leczyłam.
To był alfa.
Alfa Christopher był bardzo wysoki i budził respekt. Miał ostre rysy twarzy i poważny wyraz. Jego oczy były zimne i zdawały się przenikać na wskroś. Jego ciemne włosy zawsze były schludnie ułożone, a on sam rzadko wyglądał przyjaźnie. Miał szerokie ramiona i umięśnione ciało, emanujące siłą.
Alfa poruszał się, jakby wszystko wokół należało do niego. Gdy wchodził do pomieszczenia, wszyscy milkli. Ludzie wiedzieli, by go nie drażnić.
Był typem osoby, którą wszyscy rozpoznawali bez przedstawiania. Można było wyczuć jego moc.
Nie mogłam uwierzyć, że jestem tak blisko alfy. Nie mogłam oderwać od niego wzroku. Próbowałam coś powiedzieć, ale mój mózg jakby się zawiesił, a ja nie mogłam się ruszyć.
Dlaczego tak reaguję?
Mój ojciec pracował dla stada, więc widziałam Alfę Christophera wcześniej. Ale zawsze z daleka, nigdy tak blisko i nigdy nie czując tak wyraźnie jego zapachu.
Czułam się jak zahipnotyzowana. Serce waliło mi jak młotem. Miałam ochotę go dotknąć, a moje ciało już chciało ruszyć w jego stronę, ale głos pacjenta wyrwał mnie z tego dziwnego stanu.
„Alfa, mogę już wracać. Musimy zdecydować, co dalej” – powiedział, zaczynając zdejmować opatrunek z ramienia.
„Nie, nie możesz wyjść, dopóki kuracja się nie skończy” – powiedziałam szybko. „Jeśli teraz to zdejmiesz, ból wróci”.
Spojrzał na alfę, czekając na jego decyzję.
„To potrwa jeszcze tylko minutę” – dodałam.
Mruknął z niechętną zgodą.
„Kim jesteś?” – zapytał alfa, a ja zamarłam, zdając sobie sprawę, że nie okazałam mu należytego szacunku.
Głos Alfy Christophera był bardzo mocny – sprawiał, że chciało się słuchać bez zastanowienia. Ale też sprawiał, że nogi mi miękły.
„Alfa, przepraszam, że nie przedstawiłam się wcześniej. Jestem dr Byron” – zdołałam wydusić.
„Dziękuję za opiekę nad moimi strażnikami” – powiedział, patrząc prosto na mnie. Przełknęłam ślinę. „Marquardt, ilu naszych ludzi zginęło?”
Jego pytanie napełniło mnie lękiem.
Wtedy zdałam sobie sprawę, kogo leczyłam. Marquardt był szefem straży – nazwisko, o którym mój ojciec często wspominał.
„Dwóch strażników zginęło, ale ponad trzydziestu jest tu na leczeniu”.
Jego głos brzmiał ponuro, co sprawiło, że zadrżałam.
Dwóch strażników. Dwa życia. Stracone.
Nasze stado zwykle było spokojne – ataki nie zdarzały się często. Ale ostatnio stawały się częstsze. W ciągu ostatnich dwóch tygodni mieliśmy trzy ataki, ale nikt nie zginął aż do teraz.
Mój ojciec wspomniał podczas rodzinnego obiadu, że ataki miały miejsce na południowej granicy. To było dziwne. Południowym stadem dowodził kuzyn Alfy Christophera. Dlaczego członek rodziny miałby atakować?
Z powodu ataków nasze stado było bardzo ostrożne, zwłaszcza że zbliżał się doroczny bal. Mój ojciec napomknął, że mogą go odwołać dla bezpieczeństwa, ale bal był świętem miłości dla naszego stada.
W tym dniu osoby powyżej 22 roku życia mogły znaleźć swojego partnera, swoją bratnią duszę. To właśnie tego dnia partnerzy się spotykali, a wilczyce mogły zajść w ciążę.
Bal był kluczowy dla przetrwania naszego stada. Nie mógł zostać odwołany.
Nawet po tym ataku.
„Pani doktor, myślę, że kuracja się skończyła” – powiedział Marquardt, wyrywając mnie z zamyślenia.
„Dobrze, jeśli poczujesz jakikolwiek ból, wróć na izbę przyjęć” – powiedziałam mu, wyjmując kroplówkę.
„Dziękuję” – odpowiedział Marquardt przed wyjściem z sali.
„Dziękuję za pomoc, dr Scarlett” – powiedział Alfa Christopher, a jego głęboki głos wywołał we mnie dziwne uczucie. Jego niebieskie oczy spojrzały na mnie po raz ostatni, sprawiając, że wstrzymałam oddech, zanim zdołałam skinąć głową.
Potem zniknął.
Poczułam się dziwnie pusta. Ale zanim zdążyłam zastanowić się nad tym, co działo się w moim wnętrzu, Jack wprowadził kolejnego rannego strażnika. Czas wracać do pracy. Stłumiłam dziwne uczucia w sobie, postanawiając przemyśleć je później.














































