
Płomienie, które nas łączą
Autorzy
Suri Sabri
Lektury
4,2M
Rozdziały
30
Gdy Lydia odkrywa w swoje osiemnaste urodziny, że jest przeznaczona do poślubienia Króla Gabriela z Imarnii, całe jej życie staje na głowie. Wykorzystując swoje unikalne moce ognia i lata treningu, Lydia próbuje opierać się przeznaczeniu na każdym kroku.
Ale Król Gabriel ma inne plany...
Kategoria wiekowa: 18+.
Sekrety & Ogień
LUCIUS VOLTAIRE,
Strażnicy Przeznaczenia wzywają cię bez zwłoki na Górę Widzenia.
Ruszaj czym prędzej i zachowaj tę wiadomość w tajemnicy.
Los całej Ignolii wisi na włosku.
Oczekujemy twego przybycia...
-SEVERINA
LUCIUS
Żaden śmiertelnik nigdy nie wszedł do tej pradawnej jaskini i nie wyszedł z niej żywy. Na szczęście dla Lucjusza, nie był on zwykłym człowiekiem.
Sędziwy czarodziej zapuścił się głębiej w mroczne czeluście. Dotykał skalnych ścian przez rękawiczki, przyglądając się czarnym rysunkom opowiadającym historię jego świata.
Widniały tam wizerunki królów i królowych, magów i wilkołaków...
Zdawało mu się, że rozpoznaje jedną z postaci. Mała czarna sylwetka bohatera stojąca naprzeciw czegoś, co przypominało... smoka.
Lucjusz prawie parsknął śmiechem. Wyciągnął butelkę i pociągnął solidny łyk. Minęło wiele lat, odkąd Lucjusz był tym czarodziejem. Przybył tu tylko dlatego, że Strażniczki Losu nakazały mu się zjawić.
Z trzema potężnymi siostrami-wiedźmami nie było żartów. Nikt nie odwiedził tej góry od stuleci. A powód tego listu, tego zaproszenia... wprawiał Lucjusza w zakłopotanie.
Od lat nie używał magii. Czego mogły chcieć od starego pijaka takiego jak on?
Ciemna ścieżka wiła się wielokrotnie, aż w końcu Lucjusz to ujrzał: wejście do ogromnej groty, rozświetlonej dziwnymi świecącymi kamieniami u sklepienia.
To była sala tronowa, uświadomił sobie Lucjusz. Na trzech identycznych marmurowych tronach siedziały trzy identycznie wyglądające kobiety.
Niezwykłe siostry.
Widzące wiedźmy.
Strażniczki Losu.
– Witaj, Lucjuszu...
Ta pośrodku, którą uznał za Sewerinę, powoli wstała. Miała miękkie białe włosy sięgające kolan. Jej skóra miała barwę ciemnego miodu, a usta były jeszcze ciemniejsze. Srebrzyste szaty opinały jej smukłe, magicznie wyglądające ciało.
Choć wyglądała tak samo jak jej siostry, jej głos brzmiał, jakby to ona była przywódczynią.
– Minęło sporo czasu, odkąd cię widziałyśmy... – rzekła Sewerina.
Oczywiście nigdy się nie spotkali, ale Strażniczki Losu mogły widzieć każdego w królestwie - w teraźniejszości, przeszłości lub przyszłości.
Lucjusz uśmiechnął się, ale bez radości. – Byłem zajęty.
Zauważył wtedy, dlaczego mruży oczy. Wiedźma po prawej trzymała jasną białą kulę pełną świecącej energii.
Było to jedyne źródło światła w jaskini. Było zarazem fascynujące i przerażające, jakby nawet najmniejszy ruch mógł spowodować jej eksplozję.
Sewerina ciągnęła: – Moje siostry i ja mamy ci coś ważnego do przekazania.
– Jeśli chodzi o misję – powiedział Lucjusz, kręcąc głową – wiecie, są inni, młodsi magowie, lepiej nadający się do...
– Ten rozkaz nie pochodzi od nas, Lucjuszu – przerwała mu Sewerina.
– Ale od Bogów...
Na te słowa Lucjusz zamilkł. Woli Bogów nigdy nie należało kwestionować. Mimo to Lucjuszowi nie podobało się, jak to brzmiało. Ostatnim razem, gdy Bogowie wtrącili się w sprawy śmiertelników, wybuchła stuletnia wojna.
Wojna, w której Lucjusz stracił zbyt wiele.
– Czego Bogowie mogliby chcieć ode mnie? – zapytał.
Sewerina odwróciła się do siostry trzymającej kulę i skinęła głową. Nagle wszystkie wiedźmy zamknęły oczy, zahuczały wspólnie, a kula uniosła się w powietrze...
Lucjusz poczuł, jak włosy na jego rękach stają dęba. Nigdy w życiu nie czuł tak potężnej magii.
Kula zaczęła dziko drgać w powietrzu, stając się coraz jaśniejsza, jakby miała eksplodować. Lucjusz zasłonił oczy ręką.
W końcu kula opadła na kamienny stół i z głośnym trzaskiem pękła, pozostawiając jedynie białą, topiącą się substancję...
– Spójrz, Lucjuszu – wyszeptała Sewerina. – Twoja misja.
W mlecznej substancji ściekającej ze stołu znajdował się mały różowy kształt. A teraz dziwny dźwięk odbijał się echem od ścian starej jaskini.
Dźwięk płaczącego niemowlęcia.
Tam, leżąc na twardej powierzchni, narodzone z samej kuli, było dziecko. Lucjusz nie mógł uwierzyć własnym oczom, gdy chwiejnym krokiem zbliżył się do niego.
– Dlaczego...? – wyjąkał. – Kto...?
– To nie jest zwykłe dziecko, Lucjuszu – powiedziała Sewerina. – To Slifer.
To było ostatnie słowo, jakiego Lucjusz się spodziewał usłyszeć. Slifer?! Myślał, że to tylko legendy. Magowie, którzy potrafili kontrolować jeden z czterech żywiołów natury.
Ta moc nad naturą była czymś, co tylko bogowie potrafili...
– Co chcecie, żebym z nią zrobił? – zapytał.
Ostatni raz, gdy widział dziecko, skończyło się to smutkiem. Słysząc dźwięk płaczu tego niemowlęcia, widząc jego niewinne małe ciałko... czuł się bardzo nieswojo.
– Weź ją na ręce, Lucjuszu – zażądała Sewerina.
Niechętnie podniósł dziecko i spojrzał na nie.
– Będziesz ją chronił. Zaopiekujesz się nią. Przez osiemnaście lat. Do ważnego dnia, kiedy jej życie połączy się z życiem Króla.
Więc dlatego była tak ważna. Lucjusz potrząsnął głową. Nie mógł przecież wychować dziecka. Co te wiedźmy i Bogowie sobie myśleli?!
– Wiem, że to musi być dla ciebie trudne – powiedziała Sewerina ze zrozumieniem. – Ale musisz to zrobić, Lucjuszu. Dla Ingolii. Dla twojego ludu.
Lucjusz spojrzał jeszcze raz na dziecko. Obiecał sobie wtedy i tam, że zrobi to, czego żądają Bogowie, ale nie zbliży się do niej emocjonalnie.
Będzie jego uczennicą, niczym więcej.
Nazwie ją... Lidia, bo wydawało się to bardzo zwyczajnym imieniem. A dla dziecka przeznaczenia takiego jak ona, wyglądanie zwyczajnie będzie bardzo ważne.
– Czy widzisz, czym ona jest, Lucjuszu? – zapytała Sewerina. – Jej prawdziwą moc?
Niemowlę spojrzało na niego wielkimi niewinnymi oczami. Miały kolor płomieni, mieszankę złota, czerwieni i pomarańczu. Ogniste barwy poruszały się i tańczyły niemal jak prawdziwe płomienie, świecąc w dziwny sposób.
– Ogień – wyszeptał Lucjusz. – Spali świat, jeśli nie będę ostrożny.
– Zgadza się – powiedziała Sewerina, poważnie kiwając głową. – Trzymasz w rękach przyszłość naszego świata, Lucjuszu. Córkę płomieni.
OSIEMNAŚCIE LAT PÓŹNIEJ...
LYDIA
Lydia usłyszała głos mężczyzny z oddali, ale widziała tylko ciemność. W mroku zaczęła dostrzegać długi, cienki drewniany słupek.
Jej cel.
– Nie bądź taka spięta! Magia zadziała tylko, jeśli się rozluźnisz... – dobiegł ją bełkotliwy głos.
Zacisnęła pięść, starając się nie słuchać jego pijackich rad. Jego słowa coraz bardziej działały jej na nerwy.
Ale potem...
Może to jednak pomoże.
Lydia poczuła gorącą parę wydobywającą się z jej palców.
Rozległ się trzask i syk. Nie musiała otwierać oczu, by wiedzieć, że pomarańczowy ogień pokrył całą jej pięść.
Działało. Udało jej się!
– Nie przestawaj! Użyj swojej mocy, Lydio! TERAZ!
A niech to licho! Nie zamierzała przestać, dopóki tego nie powiedział. Teraz, gdy rzuciła kulą ognia, otworzyła oczy i...
Kula ognia przeleciała tuż obok drewnianego słupka, lekko go przypalając. Ogień zgasł w powietrzu z cichym sykiem.
Wściekła jak osa, Lydia odwróciła się, by nawrzeszczeć na swojego opiekuna, ale on nawet nie patrzył. Leżący na trawie pod drzewem niegdyś wielki mag Lucius Voltaire.
Opiekun Lydii i jej jedyna rodzina.
Lucius dopijał ostatnie krople taniego elfiego rumu, z odchyloną głową, kompletnie nieobecny.
– No nie wierzę! – zawołała, krzyżując ramiona i patrząc gniewnie.
Spojrzał na nią sennym wzrokiem. – Za mało ćwiczysz, dzieciaku. Co mam powiedzieć?
Lydia nie znosiła, gdy nazywał ją dzieciakiem. To było takie lekceważące.
– Może gdybyś mnie faktycznie uczył, zamiast ciągle chlać...
– Wymówki, wymówki – powiedział, machając ręką i biorąc kolejny łyk.
– Cóż, dziadku...
Jego zielone oczy nagle spoważniały. – Mówiłem ci, żebyś mnie tak nie nazywała!
Lydia uśmiechnęła się z satysfakcją. To był jedyny sposób, w jaki potrafiła go zdenerwować. – Co jest nie tak? I tak masz dziewięćset osiemnaście lat!
Prawda była taka, że choć ją wychował, Lucius zawsze kazał Lydii mówić do siebie po imieniu. Dlaczego? Nigdy nie chciał powiedzieć. Ale co roku, około października – w urodziny Lydii – upijał się znacznie bardziej niż zwykle.
Jak dzisiaj.
Osiemnaste urodziny Lydii.
– Moim zdaniem świetnie ci poszło, Lydio.
Lydia spojrzała w dół i zobaczyła Luxa ocierającego się o jej stopę. Był to czarny kot o jasnych żółtych oczach i przyjaznym usposobieniu. Kot potrafił mówić.
– Dzięki, Lux – westchnęła Lydia. – Ale ty też uważasz, że ryba pasuje do ciasta.
Wskoczył w ramiona Lydii i otarł się o nią, gdy drapała go za uszami. Lux był jej najlepszym przyjacielem od piątego roku życia. Znalazła go w zaułku za sklepem z magicznymi eliksirami.
Lydia podejrzewała, że Lux musiał wypić coś magicznego, co dało mu zdolność mówienia. Ale nigdy go o to nie zapytała.
– To co robimy na twoje urodziny? – zamruczał uprzejmie.
– Dobre pytanie, Lux – powiedziała Lydia, odwracając się do Luciusa. – Jakieś pomysły, dziadku?
Ale zaskoczyło ją smutne spojrzenie na twarzy starego czarodzieja. Wyglądał, jakby ukrywał coś bardzo bolesnego.
– Idź się szykować do szkoły – wymamrotał.
Potem wstał i zostawił Lydię i jej kota samych na podwórku. Pogłaskała Luxa po głowie.
– W porządku, Lux. Coś wymyślimy.
– Masz osiemnaście lat! To ważne.
Lydia skinęła głową. Może. Ale dlaczego to było takie ważne dla Luciusa?
***
Ich dom stał na szczycie wzgórza w miasteczku Vera, niedaleko Królestwa Imarnii. Z okna sypialni Lydii widać było wieże odległego pałacu.
Pałacu, w którym mieszkał i rządził Król Gabriel James Imarnia.
Podobno najpiękniejszy mężczyzna na świecie.
Prawda była taka, że Lydia sama niewiele wiedziała o Królu. Ale zawsze była ciekawa. Podobno miał trzysta trzydzieści dziewięć lat, ale dzięki swojej czarodziejskiej mocy wyglądał najwyżej na dwadzieścia osiem.
I z jakiegoś powodu nigdy się nie ożenił. Więc nadal nie miał Królowej.
Czasami Lydia znajdowała zamknięte listy między Królem a Luciusem i zastanawiała się, o czym mogą pisać. Lucius od lat nie używał magii, poza nauczaniem jej, jak korzystać z mocy Slifera.
Więc o co w tym chodziło?
Ubrała się, zakładając brzydki szkolny mundurek – nudną, długą, szarą sukienkę, z białą koszulą z krótkim rękawem i jeszcze brzydszą czerwono-szarą kokardą – i próbowała poprawić jego wygląd, zakładając jak najwięcej bransoletek.
Mimo że musiała nosić taki sam strój jak wszyscy w szkole, każdy wiedział, że jest inna.
Od jej oliwkowej skóry po włosy z czerwonymi i czarnymi pasemkami, Lydia zawsze się wyróżniała.
Jej oczy, jasne i pełne ognia, mówiły wszystkim w mieście, że jest Sliferem, czy tego chciała, czy nie. Przynajmniej znak na jej nadgarstku, dwa świecące splecione S, mogła ukryć rękawami lub biżuterią.
Głównie ludzie patrzyli na nią dziwnie z powodu pijanego czarodzieja, który był jej opiekunem. Lucius zawsze kazał jej obiecywać, że zachowa dziewictwo.
Dlaczego? Szczerze mówiąc, po tylu latach Lydia była już zmęczona pytaniem. Ale słuchała go, mając nadzieję, że pewnego dnia zrozumie.
Kiedy była wreszcie gotowa, Lydia zbiegła na dół, a Lux biegł za nią.
– Dobra, jesteśmy gotowi!
– Dobrze – mruknął Lucius, wyciągając rękę. – Spieszę się. Więc...
Lydia wiedziała, co robić. Kiedy Luciusowi nie chciało się chodzić, teleportował ich tam, gdzie musieli się udać. Wzięła go za rękę i otworzyła torbę, żeby Lux mógł do niej wskoczyć.
– Chodźmy – powiedziała.
Nagle świat zawirował wokół nich i zostali przeniesieni w nowe miejsce.
Lydia zamrugała, przyzwyczajając się do otoczenia, po czym zmarszczyła brwi.
– Dziadku... – powiedziała zdezorientowana. – Gdzie...?
– Mówiłem ci, żebyś mnie tak nie nazywała – powiedział surowo.
Skręcił za róg, a Lydia szybko podążyła za nim, zszokowana widokiem ogromnych bram pałacu Imarnii przed nimi. Co tu robili?
– Może to niespodzianka! – zamruczał Lux z torby Lydii. – Na twoje urodziny!
– Lucius – powiedziała, używając imienia, które lubił. – Powiesz mi, co się dzieje?
Lucius odwrócił się i westchnął, spuszczając wzrok. – Jest coś, co muszę ci powiedzieć, Lydio. Coś, co powinienem był powiedzieć ci lata temu...
Teraz Lydia poczuła, jak ściska jej się żołądek. Cokolwiek nadchodziło, nie było dobre. Tyle mogła stwierdzić.
– Co takiego, Luciusie? – zapytała bardzo cicho.
Odwrócił się, by spojrzeć na pałac. – Lata temu trzy potężne wiedźmy przepowiedziały mi, że nadejdzie ten dzień – dzień, w którym twój los i los Króla splotą się ze sobą. W twoje osiemnaste urodziny.
– Splotą? – zapytała Lydia, czując zawroty głowy. – Co to znaczy?
Odwrócił się, by na nią spojrzeć, jego zielone oczy pełne emocji.
– Lydio, dzisiaj... masz zostać poślubiona przez Króla.














































