
Płomienie, które nas łączą
Moc Więzi
GABRIEL
Gabriel przechadzał się korytarzami swojego pałacu, a Aero dreptał za nim. Jego zastępca nie mógł uwierzyć własnym uszom.
– Mówiłem ci – odparł Gabriel. – Posłuchałem siostry, uratowałem tę dziewczynę i przywiozłem ją do pałacu. Ot, cała historia.
– Zapomniałeś wspomnieć, że użyłeś magii cienia, żeby ją unieruchomić!
Aero, podobnie jak Gabriel, nosił na nadgarstku naznaczenie pozwalające mu się teleportować i wyczuwać, kiedy jego Król korzysta z magii.
– Cóż poradzić? – Gabriel wzruszył ramionami. – Stawiała opór.
Aero pokręcił głową.
– Czasem, Gabriel, przysięgam, gdybyś nie był Królem...
Gabriel roześmiał się głośno, klepiąc Aero po plecach.
– No co, Aero? Myślisz, że jesteś ode mnie lepszy?
– Chcę tylko powiedzieć: ta dziewczyna ma być twoją przyszłą obrończynią, Gabriel. Może warto by być dla niej miłym.
– Ech. Nadal jej nie uznaję. Przyprowadziłem ją tu tylko jako przysługę dla Luciusa.
Aero wyglądał na mocno zdenerwowanego. Gabriel mrugnął.
– Spokojnie, Aero. Nie do twarzy ci ze złością.
Następnie Gabriel otworzył drzwi do sali tronowej i wszedł sam. Czekając na niego, wpatrując się w srebrnego feniksa na tronie, stał Lucius.
***
– Dar Azaretha – powiedział Gabriel, kiwając głową. – Zawsze lubiłem tę opowieść.
– Czy Wasza Wysokość uważa, że to nieprawda? – zapytał Lucius, dziwnie patrząc na feniksa na tronie.
– Bogowie nie pomagali ludziom od wieków – jeśli w ogóle kiedykolwiek to robili. Dlaczego jakiś Bóg miałby podarować Królowi, mojemu przodkowi, feniksa? To nigdy nie miało sensu.
Lucius odwrócił się, uważnie przyglądając się dumnemu królowi.
– Tu się mylisz, Wasza Wysokość – jeśli mogę być tak szczery.
Zwykle każdy, kto ośmielił się nie zgodzić z Królem, trafiłby do lochu na wieki. Ale Lucius był wyjątkowy, a Gabriel szanował jego rady.
Nawet jeśli był starym pijakiem.
Podszedł do barku i wyjął najdroższy elficki rum, jaki miał, nalewając dwie szklanki. Podał jedną staremu czarodziejowi, który powąchał i westchnął.
– Marnujesz na mnie. Nie odróżniam taniego od drogiego.
– Ale możesz mi powiedzieć, że mylę się co do opowieści o Bogach.
– Owszem – Lucius skinął głową, biorąc łyk. – Widzisz... myślisz, że bogowie mają sens. Że możemy pojąć, dlaczego robią to, co robią.
– Sugerujesz, że jestem zbyt mały, by zrozumieć ich plany? – zapytał Gabriel, marszcząc brwi.
– Wcale nie, Wasza Wysokość – odparł Lucius. – Jeśli już, to fakt, że wybrali cię na króla z przepowiedni... tego, który ma odnaleźć zbawcę naszego królestwa... to powinno ci wszystko powiedzieć.
Gabriel potrząsnął głową, wciąż zirytowany myślą, że jakoś Lydia miała być zbawcą. Widział, co potrafiła zrobić – a raczej, czego nie potrafiła.
Nie umiała nawet obronić się przed wilkołakiem. Jak miała chronić królestwo Imarnii?
– Wątpisz w jej moc? – zapytał Lucius.
– Kilka kul ognia nie czyni z niej zbawcy, Luciusie – powiedział Gabriel. – Nie chcę umniejszać twojemu nauczaniu, ale...
– Ma wiele do nauczenia, to prawda. Ale czy pomyślałeś o innym powodzie, dla którego jej pełna moc się nie ujawnia?
Gabriel doskonale wiedział, co Lucius miał na myśli. Moc więzi. Ale nie zamierzał teraz zmieniać zdania.
Król, który zmienia zdanie, jest gorszy niż najokrutniejszy tyran. Bo zmiana zdania pokazuje słabość. A słabość prowadzi do prób przejęcia władzy.
– Wiem, co masz na myśli, Luciusie. Ale na to jest już za późno. Spotkaliśmy się. I oboje się zgadzamy. Nie pasujemy do siebie.
W odpowiedzi Lucius wypił całą szklankę jednym haustem.
– Wiesz, że właśnie wypiłeś trzy tysiące rupii? – zapytał Gabriel, sfrustrowany.
– Byłem tam, Gabrielu – powiedział Lucius, ignorując uwagę i patrząc znowu na Tron Feniksa. – Kiedy Azareth dał Feniksa twojemu przodkowi, byłem tam.
Oczy Gabriela rozszerzyły się ze zdumienia. Wiedział, że Lucius jest stary. Ale aż tak stary?!
– I byłem tam, gdy Decimus pobłogosławił ptaka najczystszym białym ogniem. Takim, który tylko Bogowie i ich dzieci, ich Sliferowie, mogą stworzyć...
– Do czego zmierzasz, starcze?
Gabriel miał dość zagadek Czarodzieja. Część niego czuła, że nadchodzi wielka prawda, która zmieni wszystko. Rodzaj strasznej prawdy, której nie chciał usłyszeć.
– To ten ogień uratował królestwo, Gabrielu. Poświęcenie tego króla. A gdy ten Feniks zniknął... to umożliwiło tę przyszłość.
– Chcesz powiedzieć... że to się dzieje znowu? – zapytał Gabriel, zaczynając rozumieć.
– Coś nadciąga, Wasza Wysokość. Wróg, który może położyć kres światu, jaki znamy. I jeśli nie będziesz miał przy sobie tego ognia... jeśli nie zrobisz tego, czego chcą Bogowie i nie uznasz Lydii... możemy wszyscy przepaść.
Tym razem to Gabriel opróżnił swój kielich jednym łykiem.
LYDIA
– Lydio! Obudź się!
Lydia otworzyła oczy i ujrzała wielkie żółte ślepia Luxa wpatrujące się w nią. Kot leżał na jej piersi.
– Co się dzieje? – spytała, ziewając. – Gdzie ja jestem?
Lydia usiadła i zobaczyła, że znajduje się w ogromnym łożu z niebieskimi zasłonami i srebrnymi wzorami. Sypialnia była największym i najpiękniejszym pokojem, w jakim kiedykolwiek spała.
Był tam duży balkon z widokiem na zadbany ogród, a z drzew dobiegał śpiew ptaków. Obok stała bogato zdobiona toaletka z lustrem.
Miała na sobie jasnobrązową koszulę nocną. Nigdy wcześniej takiej nie nosiła. Skąd się tu wzięła? Kto ją na nią włożył?
Wtedy wszystko sobie przypomniała. Złodziej. Wilkołak. Król.
Zabrał ją do swojego pałacu, a ona zasnęła, gdy ją niósł. Jego służba musiała zmienić jej ubranie, pomyślała Lydia.
Myśl, że mógł ją widzieć nagą, sprawiła, że jej twarz oblała się rumieńcem, a w środku poczuła ciepło.
Nie teraz, skarciła się w myślach. Musisz zrozumieć, co się dzieje.
Lydia powoli usiadła, głaszcząc Luxa po uchu.
– Czy... pamiętasz wszystko?
Lux skinął łebkiem.
– Większość. Mieliśmy niesamowite szczęście, że Król pojawił się w samą porę.
Lydia odwróciła wzrok, mówiąc cicho:
– Cokolwiek.
Ale Lux nie odpuścił.
– Wiesz, widziałem tę... szczególną chwilę... między wami.
– Nie wiem, o czym mówisz – odparła Lydia zbyt pospiesznie.
Lux uśmiechnął się.
– Koty rozumieją więcej, niż ci się wydaje. Posłuchaj zwierzęcia. Nie możesz wiecznie chować głowy w piasek.
– Co chcesz przez to powiedzieć...?
Kot polizał łapkę figlarnie, zanim zeskoczył z łóżka. Lydia przewróciła oczami.
– Czasami żałuję, że tak dużo gadasz, Lux.
W tym momencie ktoś zapukał do drzwi i miły głos zawołał:
– Czy już nie śpisz?
Lydia potwierdziła, a wtedy piękna młoda kobieta otworzyła drzwi i weszła do środka. Nie chodziła zwyczajnie. Poruszała się bardzo płynnie i z gracją.
Była wysoka, o bardzo jasnej cerze, dużych brązowych oczach i krótkich brązowych włosach. Miała na sobie długą, błyszczącą srebrną suknię, która odbijała światło z okna.
Mimo że wyglądała bardzo przyjaźnie, Lydia odruchowo się cofnęła. Dziewczyna uśmiechnęła się.
– Nie musisz się bać, Lydio. Jestem Lis. Siostra Króla. To ja opatrzyłam twoje rany.
Lydia spojrzała na Luxa, który właśnie się mył. Przerwał, by skinąć głową na potwierdzenie. To nie była zwykła dziewczyna. To była Księżniczka Imarnii.
Lydia dygnęła.
– Ja... chcę podziękować, Wasza Wysokość. Dziękuję.
– Cieszę się, że mogłam pomóc. – Położyła dłoń na ramieniu Lydii, a jej uśmiech sprawił, że Lydia poczuła, jakby księżniczka na nią czekała.
Lydia nie wiedziała, co powiedzieć, więc milczała.
Wtedy inny głos im przerwał. I nie był tak miły.
– Siostro...
Król alfa Gabriel wszedł do pokoju, patrząc na siostrę, gdy ta odwróciła się w jego stronę.
– Bracie, co tu robisz?
Westchnął, po czym spojrzał na Lydię.
– Slifer, czy mogę z tobą porozmawiać w moim gabinecie?
Lydia nie miała ochoty iść, ale wiedziała, że to nie było pytanie, tylko polecenie. Ponieważ Lis była dla niej miła, nie zamierzała się z nim spierać.
Tym razem.
Uśmiechając się lekko, skinęła głową.
– Oczywiście, Wasza Wysokość.
***
Lydia stała przed Królem alfa w eleganckim gabinecie. Wszędzie były książki, obrazy i gobeliny. W kominku płonął jasny ogień. Płomienie sprawiały, że Lydia czuła się teraz pewniej.
Zanim Lydia zdążyła zapytać, dlaczego tu są, on zaczął mówić.
– Wezwałem cię tutaj, by zaproponować ci układ, Slifer.
Tego się nie spodziewała. Ale starała się zachować kamienną twarz.
– Jaki rodzaj układu?
– Chcesz być silniejsza, wiem o tym.
Król alfa miał rację. Trenowała codziennie przez ostatnie osiemnaście lat, by stać się potężną czarodziejką. Ale co on miał na myśli?
– Nie wiem, ile powiedział ci Lucius – kontynuował Król alfa – ale jestem pewien, że wiesz, iż twoje ciało ma należeć do mnie?
Twarz Lydii oblała się rumieńcem, ale i tak skinęła głową.
– Cóż, powinnaś wiedzieć, że aby twoja magia mogła się rozwinąć, będę musiał połączyć się z tobą w parę - fizycznie i mentalnie. Kiedy to nastąpi, twoja prawdziwa magia się ujawni. I staniesz się Sliferem, którym zawsze chciałaś być.
Więc to dlatego jej moce były tak słabe... Zaczynało to nabierać sensu. Ale Lydia nie zamierzała tak łatwo się zgodzić.
– Ale nadal nie rozumiem, co mi proponujesz – powiedziała Lydia. – Myślałam, że mnie nie chcesz?
Pochylił się teraz bliżej Lydii, jego szare oczy wpatrywały się prosto w jej. Czuła, jak jej serce bije szybciej, a twarz robi się coraz gorętsza z powodu jego bliskości. Wydawało się, że podobało mu się, jak jej ciało się napina.
– Pozwól, że wyjaśnię – powiedział cicho. – Wcale mnie nie interesujesz. Jeśli tego nie chcesz, w porządku; jest mi to obojętne. Możesz pozostać dziewczyną rzucającą małe kule ognia do końca swojego długiego życia.
Jego okrutne słowa zaczynały wyprowadzać Lydię z równowagi. Ale czuła, że jeszcze nie skończył.
– Ale jeśli się zgodzisz... będziesz podążać za wolą Bogów i chronić moje królestwo. Za to jestem gotów zrobić coś, czego nie chcę robić. Rozumiesz?
Lydia nie mogła mówić. Miała gulę w gardle. Czy to naprawdę jedyny sposób?
– Będziesz moja. Do uprawiania seksu i ignorowania, kiedy zechcę. Czy to jasne?
To była ostatnia rzecz na świecie, której Lydia chciała. Nawet jeśli jej ciało zdawało się nie zgadzać. Ale jeśli oznaczało to, że stanie się najpotężniejszą wersją siebie, Sliferem, którym miała być, Lydia wiedziała, że nie ma wyboru.
Teraz to ona pochyliła się w jego stronę, tak że byli bardzo blisko. I wtedy Lydia podjęła decyzję.
– ...Zgoda.
Continue to the next chapter of Płomienie, które nas łączą