Razem na bezludnej wyspie - Okładka książki

Razem na bezludnej wyspie

S. Glasssvial

0
Views
2.3k
Chapter
15
Age Rating
18+

Streszczenie

Po wypadku statku wycieczkowego Cassie i młody Max znajdują się na bezludnej wyspie. Gdy jedzenie i schronienie są trudno dostępne, przetrwanie staje się ich głównym priorytetem - ale wkrótce nie jest to ich jedyne zmartwienie. Spędzając ze sobą coraz więcej czasu, ich więź pogłębia się w namiętne i intensywne pożądanie, którego żadne z nich się nie spodziewało.

Z każdym mijającym dniem napięcie między nimi rośnie, a wyzwania wyspy bledną w porównaniu z chemią, której nie mogą zignorować. Czy zdołają pokonać przeciwności losu i przetrwać? Czy też ich rosnąca namiętność pochłonie ich, zanim zostaną uratowani?

Zobacz więcej

20 Rozdziałów

Rozdział 1

Rozdział 1.

Rozdział 2

Rozdział 2.

Rozdział 3

Rozdział 3.

Rozdział 4

Rozdział 4.
Zobacz więcej

Rozdział 1.

Razem na bezludnej wyspie

CASSIE

Pierwszą rzeczą, którą poczułam, był ból – całe ciało mnie bolało, jakby ktoś mnie porządnie wyżął i zostawił do wyschnięcia.

Drugą był słony posmak w ustach, gdy wykrztusiłam morską wodę. Gardło piekło mnie okropnie, ale przynajmniej byłam przytomna.

Matko Boska.

Leżałam na czymś szorstkim i ziarnistym. Dłoń zapadała mi się w wilgotne, chrupiące drobinki. Piasek. Słyszałam fale rozbijające się o brzeg – byłam na plaży.

Co się, u licha, stało?

Próbowałam sobie przypomnieć i nagle wszystko wróciło jak bumerang.

Statek wycieczkowy.

Panika. Przerażenie.

Krzyczący i płaczący ludzie.

Lodowata woda wciągająca mnie w głębiny.

O cholera. Statek poszedł na dno.

I jakimś cudem ja nie poszłam razem z nim.

Głowa pulsowała mi bólem przy każdym uderzeniu serca. Kiedy w końcu otworzyłam oczy, natychmiast tego pożałowałam. Słońce raziło niemiłosiernie.

Jęknęłam, próbując przewrócić się na plecy w poszukiwaniu cienia.

Gdzie ja, do diabła, jestem?

Czy umieram? A może już nie żyję?

To chyba nie może być niebo, prawda?

Jeśli to jest niebo, to Panie Boże, odeślij mnie z powrotem.~

Nagle padł na mnie cień. Czyżbym trafiła do piekła?

Uniosłam wzrok, co było łatwiejsze bez oślepiającego słońca, i zobaczyłam młodego mężczyznę klęczącego obok mnie.

„Jesteś bezpieczna. Wszystko będzie dobrze”, powiedział głębokim, ale łagodnym głosem.

„G-gdzie j-jesteśmy?”, wydusiłam ochrypłym głosem, po czym zaczęłam mocno kaszleć, każdy spazm boleśnie wstrząsał moimi żebrami.

„Nie mam pojęcia. Wiem tylko, że jesteśmy na plaży, ale wydaje mi się, że tylko my dwoje”, odpowiedział, dotykając krótko mojego czoła. „Dasz radę wstać?”

„Nie wiem”, wychrypiałam. „Ja… ledwo mogę mówić. Czuję się okropnie”.

„Dobra, to spróbuję cię ponieść”, powiedział stanowczo. „Musimy się wydostać z tego słońca”.

Chciałam zaprotestować, ale naprawdę nie byłam w stanie. Ręce i nogi miałam jak z ołowiu, a ból głowy się nasilił.

Skinęłam lekko głową, a on podniósł mnie bez wysiłku.

Potem wszystko stało się czarne.

***

Nie mam pojęcia, jak długo spałam, ale gdy się ocknęłam, nieznajomy klęczał obok mnie, podając mi wodę do picia. Opierałam się o coś twardego – pewnie pień drzewa.

„Jeszcze trochę… Tak, dobrze”, powiedział, dając mi kolejny łyk. „Pij powoli, bo znowu zaczniesz kaszleć”.

Słabo skinęłam głową. Chłodna woda była jak balsam dla mojego gardła.

Spojrzałam w górę i po raz pierwszy naprawdę go zobaczyłam. Na pewno był młodszy ode mnie – może dwadzieścia pięć lat? Był wysportowany, o jasnobrązowej skórze, ładnych orzechowych oczach i tatuażach pokrywających jego nagie ramiona i klatkę piersiową.

Byłam pewna, że sama wyglądałam jak siedem nieszczęść. Tak się też czułam.

„Jestem Max”, powiedział.

„C-cassie”, wydusiłam ochrypłym głosem. Gardło wciąż mnie bolało, ale woda przyniosła ulgę.

„To dobrze, że pamiętasz, kim jesteś”, powiedział. „Pamiętasz, co się stało?”

Skinęłam głową, gdy wspomnienia znów zalały mój umysł. „Statek… zatonął. O Boże, wszyscy ci ludzie”, wyszeptałam, a łzy napłynęły mi do oczu.

„Hej…”, Max delikatnie dotknął mojego ramienia, próbując pocieszyć mnie niepewnym gestem. „To straszna tragedia, ale… my przeżyliśmy”.

„Cieszę się, że nie jestem sama”, wykrztusiłam przez ściśnięte gardło.

„Ja też. Musimy trzymać się razem. Pomożesz mi w tym?”

„Postaram się”, odpowiedziałam, ocierając wilgotne policzki.

„To dobrze. Możesz płakać”, powiedział łagodnie, siadając obok. Jego słowa sprawiły, że poczułam się bezpiecznie. Zanim się zorientowałam, wybuchnęłam głośnym płaczem, który w końcu przeszedł w ciche czkanie.

Gdy się uspokoiłam, podał mi butelkę. Wzięłam kilka łyków chłodnej wody.

„Skąd ją masz?”, zapytałam, gdy mój oddech wrócił do normy.

„Znalazłem torbę ratunkową na plaży. Musiała zostać wyrzucona na brzeg razem z nami. Jest wodoodporna i wypełniona najpotrzebniejszymi rzeczami: kilka butelek wody, batony energetyczne, pistolet sygnałowy, zapalniczka, dwa noże myśliwskie i scyzoryk, trochę liny i inne przydatne rzeczy”.

„Jezu. Naprawdę mamy szczęście!”, powiedziałam z wdzięcznością w głosie.

Nie byłam ekspertem, ale oglądałam wystarczająco dużo programów o przetrwaniu, by wiedzieć, że zapalniczka i nóż to podstawowe narzędzia dla rozbitka.

„Jest jeszcze lepiej…”, kontynuował. „Znalazłem kilka walizek. Są wciąż mokre, ale w środku są ubrania i przybory toaletowe – nawet nowe szczoteczki do zębów, wciąż w opakowaniach”.

„Nie wszystko da się wykorzystać – część rzeczy jest zniszczona – ale jest tam sporo przydatnych przedmiotów. Możesz później wszystko przejrzeć”.

„Na pewno to zrobię. Szczoteczka do zębów? Co za niesamowity zbieg okoliczności”.

„Prawda?”, powiedział, opierając się o palmę obok mnie. „A potem znalazłem ciebie i to było moje najlepsze znalezisko”.

„Niezły z ciebie podrywacz”.

„Mówię poważnie”, uśmiechnął się, a jego twarz rozjaśniała. „Swoją drogą, nie mam pojęcia gdzie jesteśmy, więc nie wiem jak może zmienić się pogoda. Masz jakiś pomysł, gdzie możemy być?”

Pokręciłam głową. „Nie, jestem typem osoby, która gubi się we własnym mieście”.

Zaśmiał się, a jego uśmiech był olśniewający.

„Obudziłem się kilkaset metrów od ciebie, ale poza znaleziskami nie zapuszczałem się dalej w głąb lądu. Powinniśmy znaleźć jakieś schronienie, zanim zacznie padać. Może rozejrzę się po okolicy?”

Skinęłam głową, nie czując się jeszcze na siłach, by ruszyć się z miejsca. „W porządku. Ale wrócisz szybko, prawda?”, zapytałam, chwytając jego dłoń.

„Tak, wrócę. Nie martw się – nie zostawię cię samej”.

***

Do wieczora Max znalazł jaskinię, która miała nam służyć za schronienie i miejsce do spania.

Położona była przy jeziorze o krystalicznie czystej wodzie, które zasilało malowniczy wodospad. W innych okolicznościach uznałabym to miejsce za zapierające dech w piersiach.

Woda w jeziorze miała najintensywniejszy odcień błękitu, jaki kiedykolwiek widziałam. Skały porastał soczysty, zielony mech, a wokół tafli wody rosły tropikalne drzewa i kwiaty mieniące się wszystkimi kolorami tęczy. Wyglądało to jak scena wyjęta prosto z filmu.

Ale w tej chwili nie potrafiłam się zachwycać błękitną wodą i palmami.

Na szczęście nie natknęliśmy się na żadne niebezpieczne zwierzęta. Zgodnie uznaliśmy jednak, że potrzebujemy ognia. Widziałam w programach przyrodniczych, że płomienie trzymają dzikie zwierzęta na dystans.

Siedziałam więc przy cieple ogniska, które dawało nam schronienie przed chłodem nocy.

Jedliśmy w milczeniu, podczas gdy migoczące płomienie rzucały tańczące cienie na ściany jaskini. Batony z zestawu ratunkowego smakowały paskudnie, ale przynajmniej było to jakieś pożywienie.

„Wciąż nie mogę w to wszystko uwierzyć”, przerwałam ciszę.

„To jak jakiś koszmar”, zgodził się Max. „Wszystko wydaje się nierealne”.

Siedział kilka kroków ode mnie, wpatrując się w ogień i bezmyślnie kreśląc kółka w piaszczystej ziemi.

„Nasze rodziny muszą umierać ze strachu”, powiedziałam cicho.

Niemal widziałam moją matkę załamującą ręce, rozpaczliwie trzymającą się nadziei. Nasi rodzice zapewne modlili się o cud, jednocześnie przygotowując się na najgorsze.

Próbowałam nie myśleć o cierpieniu innych rodzin – to tylko pogorszyłoby sytuację.

„Tak… moja biedna mama”, głos Maxa się załamał, a szczęka napięła. „I oczywiście mój ojczym”.

„Twoi rodzice są po rozwodzie?”

„Nie, mój ojciec zmarł, gdy miałem cztery lata”.

„Och, tak mi przykro”.

„To było dawno temu”, odwrócił wzrok, a ja instynktownie wyczułam, że nie chce kontynuować tego tematu.

„Zmieniamy temat?”

„Proszę”, uśmiechnął się z wdzięcznością.

„Ile masz lat?”, zapytałam, próbując rozczesać palcami splątane włosy. Długie pasma były teraz prawdziwym utrapieniem. Jutro muszę sprawdzić, czy w którejś z walizek nie znajdę grzebienia.

„Mam dziewiętnaście lat. A ty?”, zapytał.

Tylko dziewiętnaście?!

„Mam dwadzieścia osiem. Wiedziałam, że jesteś młodszy, ale nie spodziewałam się, że aż tak. Jesteś bardzo dojrzały jak na swój wiek”, powiedziałam.

„Tak… często to słyszę”.

„Twoja dziewczyna musi się martwić…”, sama nie wiedziałam, dlaczego liczyłam na to, że jest wolny.

Podniósł wzrok. „Och, nie mam dziewczyny. A… twój chłopak? Na pewno się martwi?”

„Och, nie mam chłopaka”.

„Może mąż?”

„Ani męża. Ani dziewczyny”, odpowiedziałam z uśmiechem.

„To pierwszy raz, kiedy widzę twój uśmiech”, odwzajemnił gest. W migoczącym świetle ognia jego rysy wydawały się jeszcze bardziej pociągające.

„Trudno się śmiać, gdy los tak z nami pogrywa”, westchnęłam, wykonując bezradny gest ramionami.

„Fakt”.

Zapadła cisza, przerywana tylko trzaskaniem ognia i odległym szumem wodospadu.

Max ziewnął i potarł oczy. Widać było po nim wyczerpanie – nie dość, że zajmował się wszystkim przez cały dzień, to jeszcze dźwigał mnie na rękach przez sporą część drogi do jaskini.

„Jesteś zmęczony. Powinieneś się przespać”, powiedziałam.

„Ty też powinnaś się przespać”.

Przed kolacją naciął kilka dużych liści i rozłożył je na ziemi jako prowizoryczne posłanie. Nie było to luksusowe hotelowe łóżko, ale na tę noc musiało wystarczyć.

„Tak. Prześpijmy się i zobaczymy, co przyniesie jutro. Może ktoś nas znajdzie”, powiedziałam, choć sama nie wierzyłam w te słowa.

„W porządku. Jak myślisz, możemy zostawić ogień w takim stanie?”, zapytał.

„Chyba tak. W najgorszym razie po prostu zgaśnie”.

„Racja… w końcu nigdy wcześniej nie byłem rozbitkiem na bezludnej wyspie”.

Zaśmiałam się, układając się na prowizorycznym posłaniu. „Ja też nie. Mam tylko nadzieję, że nie stanę się nocnym bufetem dla komarów”.

„Na razie żadnego nie widziałem”, powiedział, kładąc się w niewielkiej odległości. „Ale śmiało mnie budź, jeśli będziesz potrzebowała pomocy z zabiciem jakiegoś – albo z czymkolwiek innym, dobrze?”

Zawahałam się przez moment. „Cieszę się, że jesteś tu ze mną”.

Mówiłam to już drugi raz tego dnia. Nie chciałam powtarzać tego zbyt często, ale naprawdę czułam ogromną wdzięczność za jego obecność.

„Ja też, Cassie”.

***

Noc była przeraźliwie zimna. Ogień dawał niewiele ciepła, a ja trzęsłam się coraz mocniej.

Max obudził się od moich niespokojnych ruchów. „Jest ci zimno?”, zapytał z troską.

„B-bardzo z-zimno”, wykrztusiłam przez szczękające zęby.

„Może… mógłbym położyć się obok ciebie?”, zaproponował niepewnie. „Żeby cię ogrzać. Ciepło drugiego ciała podobno najlepiej pomaga w takich sytuacjach”.

„N-nie obchodzi mnie to t-teraz, p-proszę. Możesz z-zrobić wszystko, co p-pomoże”, prawie błagałam. Plecy i kark zaczynały boleć od ciągłego drżenia.

Przysunął się i położył obok, a jego ciało emanowało ciepłem jak kojący koc. „Lepiej?”, zapytał łagodnie.

„D-dziękuję b-bardzo”, wyszeptałam, czując już pierwszą ulgę.

„Powinnaś spać”, powiedział Max cicho.

„Ty też powinieneś”.

„Zasnę. Tylko… pozwól mi jeszcze chwilę czuwać”.

Nie protestowałam. Ostatnie, co zapamiętałam przed zaśnięciem, to miarowe trzaskanie ognia i uspokajająca obecność Maxa.

Nagły, ostry trzask echem odbił się od ścian jaskini, wyrywając mnie ze snu.

Max znieruchomiał obok mnie. „Słyszałaś to?”, wyszeptał.

Wstrzymałam oddech, wytężając słuch. Ogień przygasł, ale wciąż dawał dość światła, by rzucać drgające cienie na szorstkie kamienne ściany.

Znów coś się poruszyło. Cichy szelest, jakby coś skradało się przy wejściu do jaskini.

Poczułam, jak serce podchodzi mi do gardła. „Coś tam jest”, wyszeptałam.

Max chwycił najbliższy kij, unosząc go jak broń. Wpatrywaliśmy się w otwór jaskini, obserwując. Czekając.

Tuż poza kręgiem światła cień się poruszył. To nie był wiatr. Coś tam było – coś, co poruszało się powoli i z rozmysłem.

Żołądek ścisnął mi się ze strachu. Co jeśli jakaś istota nas obserwuje?

Max przełknął głośno ślinę. „Musimy to sprawdzić o świcie. Zobaczyć, czy zostały jakieś ślady albo inne znaki”.

Po tym incydencie żadne z nas nie zmrużyło oka do rana.

Następny rozdział
Ocena 4.4 na 5 w App Store
82.5K Ratings
Galatea logo

Nielimitowane książki, wciągające doświadczenia.

Facebook GalateaInstagram GalateaTikTok Galatea