
Czego w tobie nienawidzę
Autorzy
Autumn Ferris
Lektury
538K
Rozdziały
58
Rozdział 1
SUSAN
Śmiech przetacza się przez biuro niczym fala, rozbijając się o krawędzie mojego skupienia. Mrugam, odrywając wzrok od ekranu komputera, którego chłodny blask wciąż tańczy na szkłach moich okularów, i spoglądam w głąb korytarza za moim boksem. Ten dźwięk jest nie do pomylenia – głośny, męski i całkowicie pozbawiony hamulców.
Mój wzrok bez trudu odnajduje jego źródło.
Grupa mężczyzn tłoczy się wokół biurka, a ich ramiona wręcz trzęsą się z rozbawienia. To biurko należy do nikogo innego jak Xaviera Kamy. No jasne, że tak.
Xavier stoi teraz, śmiejąc się w najlepsze wraz z resztą, a jego dłonie poruszają się w sposób, który nie pozostawia najmniejszych złudzeń co do tematu ich rozmowy. Wulgarne. Przewidywalne. Napędzane testosteronem bzdury.
Wypuszczam ze świstem powietrze, odsuwam się gwałtownie od biurka i wygładzam dłońmi materiał mojej szarej, sięgającej kolan spódnicy. Moja bluzka – jasnoniebieska z dekoltem w serek – nagle wydaje się zdecydowanie zbyt delikatna jak na mój obecny, bojowy nastrój.
Prostuję plecy, zatrzaskuję laptopa i wsuwam go do torby ze znacznie większą siłą, niż to konieczne.
Wychodzę na korytarz, a moje obcasy stukają miarowo i ostro o kafelki. Mijam ich pewnym krokiem, bez najmniejszej chwili wahania.
„Czy moglibyście, playboye, trochę przyciszyć?” Mój głos jest chłodny i ucięty. „To miejsce pracy. Nie dom studencki. Chociaż jestem pewna, że wam, chłopcy, cały czas się to myli”.
Śmiech urywa się natychmiast. Cisza rozciąga się w przestrzeni, stając się gęsta i cholernie niezręczna.
Nie zaszczycam ich spojrzeniem. Nie muszę tego robić. Gdy ich mijam, niemal fizycznie czuję na swoim ciele ich wzrok, a za moimi plecami znów zaczynają narastać szepty – ciche, wyraźnie rozbawione i zupełnie niezrażone moim wybuchem.
Dochodzę do windy, wbijam palec w przycisk i czekam. Drzwi rozsuwają się z cichym syknięciem, a ja wchodzę do środka.
Nie muszę się odwracać, żeby wiedzieć, że wszedł za mną do kabiny. Wyczuwam jego obecność, zanim w ogóle go dostrzegam.
Xavier opiera się plecami o ścianę windy. Wygląda przy tym swobodnie, a zarazem jest do bólu zadowolony z siebie. Celowo ustawia się dokładnie między mną a panelem sterowania. Krzyżuje ręce na piersi, a każdy jego drobny ruch sprawia, że twarde mięśnie wyraźnie napinają się pod szwami eleganckiej koszuli. W jego bursztynowych oczach tańczą figlarne, drapieżne ogniki.
„Hmm”, mruczy, a jego głos jest niski i gładki niczym aksamit. „Zawsze wiedziałem, że jesteś wyposzczona, Susie Q, ale nie zdawałem sobie sprawy, że sam temat aż tak cię onieśmiela”.
Mrużę gniewnie oczy. Robię krok do przodu, żeby się obok niego przecisnąć i z siłą wcisnąć przycisk parteru. Moje ramię na ułamek sekundy ociera się o jego twardą klatkę piersiową. Kosmyk moich włosów zsuwa się z ramienia, delikatnie muskając jego przedramię, i wtedy do mnie dociera – ten zapach.
Jego zapach.
Kokos. Liście palmy. Coś niesamowicie ciepłego, kojarzącego się z rozgrzanym słońcem wybrzeżem. Uderza we mnie z siłą wspomnienia, którego za nic w świecie nie chcę przywoływać.
Zamykam na moment oczy. Biorę o jeden zbyt głęboki wdech i natychmiast tego żałuję. Moje nerwy iskrzą niczym przerwane przewody pod napięciem. Czuję, jak tętno gwałtownie przyspiesza, dziko pulsując mi aż w gardle. Prostuję się gwałtownie, cofam o krok i wbijam niewidzące spojrzenie w zamknięte drzwi windy.
„Czy ty zawsze musisz pachnieć w pracy jak męska dziwka, Xavier?”
Unosi ciemną brew, a w kącikach jego ust błąka się leniwy, arogancki uśmiech.
„Naprawdę? Gdybym cię nie znał, pomyślałbym, że całkiem podoba ci się to, co poczułaś. Trochę ci zeszło, zanim z powrotem się wyprostowałaś. Nie żebym narzekał. Twarze znikają, gdy tyłki idą w górę”.
Odpycha się z gracją od ściany dokładnie w momencie, gdy drzwi rozsuwają się z cichym sykiem. Wsuwa dłonie do kieszeni spodni i wychodzi na korytarz z taką pewnością siebie, jakby był pieprzonym właścicielem tego budynku.
„Dupek”, mruczę pod nosem, mijając go ze złością.
Agresywnym ruchem wyciągam telefon z kieszeni. Moje kciuki wręcz fruwają po ekranie, gdy w pośpiechu wystukuję wiadomość do siostry.
Susan
Błagam, powiedz mi, że jesteś wolna w porze lunchu. Potrzebuję przerwy. I drinka. Albo najlepiej łopaty.
***
Uśmiech Mindy poszerza się, gdy pochyla się do przodu. Opiera łokcie na krawędzi kawiarnianego stolika, a jej szklanka z mrożoną herbatą dosłownie poci się przez owiniętą wokół niej serwetkę. Obserwuje mnie z fascynacją, jakbym była jej ulubioną telenowelą, a ona już zdążyła przewidzieć kolejny skandal.
„Więc pozwól, że to sobie poukładam”, mówi, mieszając leniwie drinka słomką. „Pachnie jak męska dziwka – twoje słowa – a ty wciąż pamiętasz dokładnie ten zapach?”
Przewracam oczami, ale nie potrafię powstrzymać cichego śmiechu, który ucieka z moich ust.
„To nie tak, że chcę pamiętać. Po prostu jest… intensywny. Kokos i palmy. Jakby wykąpał się w tropikalnych wakacjach”.
Mindy unosi brwi, pociągając powolny łyk.
„Twierdzisz, że go nienawidzisz”, zauważa, a jej głos jest lekki, lecz bezbłędnie trafia w punkt. „Ale pamiętasz, jakich perfum używa. To nie nienawiść, Susan. To gra wstępna”.
Niemal dławię się wodą.
„Serio?!”
Kiwa głową ze śmiechem.
„Poszedł za tobą do windy, a potem oparł się o ścianę, jakby pozował do kalendarza. Chce cię porządnie wyruchać, absolutnie w stu procentach. A sądząc po tym, jak się teraz rumienisz…” Wskazuje słomką prosto na moją twarz. „Myślę, że ty też masz ochotę go trochę posmakować”.
Przykładam dłoń do piersi, udając głębokie oburzenie.
„Zdecydowanie nie. To znaczy, jasne, jest przyjemny dla oka. Przyznaję mu to. Ale w momencie, gdy tylko otwiera usta? Natychmiastowa śmierć pożądania. Jego osobowość działa jak przemysłowej mocy środek wysuszający cipki”.
Mindy parska ze śmiechu, omal nie rozlewając mrożonej herbaty.
„O mój Boże, Susan”.
„Mówię poważnie”, rzucam, opierając się wygodniej na krześle. „To tylko zadowolone z siebie uśmieszki i aroganckie teksty. Jakby myślał, że jest boskim darem dla kobiet”.
„Cóż”, mówi, odkładając szklankę i zerkając na zegarek. „Wiesz, jak to naprawić”.
Mrużę podejrzliwie oczy.
„Nie rób tego”.
Uśmiecha się szeroko, a w jej spojrzeniu czai się coś diabolicznego i triumfującego zarazem.
„Zmuś go, żeby cię wylizał”.
Szczęka dosłownie mi opada. Uderzenie gorąca natychmiast zalewa moją twarz, pełznąc po szyi i paląc aż po same czubki uszu.
„Mindy!”
Ona jednak już wstaje z krzesła, rzucając na stół kilka banknotów, by uregulować rachunek.
„Co mogę powiedzieć? Nie ma za co, siostrzyczko”. Puszcza do mnie oko, po czym płynnym ruchem zarzuca torebkę na ramię i po prostu odchodzi lekkim krokiem. Zostawia mnie za sobą – czerwoną jak burak i całkowicie pozbawioną słów.
Siedzę w bezruchu przez dłuższą chwilę, wpatrując się w do połowy pustą szklankę i usilnie próbując siłą woli zmyć rumieniec z policzków. Zresztą, wiedziałam, o co się proszę, wysyłając jej tę wiadomość. Mindy od zawsze była tą odważną. Tą, która bez wahania rzuca się w sam środek chaosu i jakimś cudem zawsze wypływa na powierzchnię z nienaganną fryzurą i nową, ekscytującą historią do opowiedzenia.
Nie jestem pruderyjna. Uprawiałam seks. Bywałam w związkach.
Ale nie sypiam z facetami bez zobowiązań. Nie zachowuję się lekkomyślnie. Mam swoje standardy i wymagania. Takie jak normalne randkowanie. Jak wzajemne zaufanie. I jak to, by facet nie był emocjonalnie uczulony na okazywanie jakiejkolwiek wrażliwości.
Mindy miała za to swoje dzikie epizody. Zaliczyła przygody na jedną noc, spontaniczne wycieczki w nieznane i incydenty z serii ‘ups, chyba pocałowałam nieznajomego’. Ale to przeszłość. Teraz jest zaręczona z Gregiem i planują walentynkowy ślub na przyszły rok. Ustatkowała się. Przynajmniej w większości.
Zerkam na zegarek i wzdycham ciężko. Muszę wracać do biura. Nasza szefowa ma dziś ogłosić przydziały do specjalnego, walentynkowego materiału.
Dwoje dziennikarzy, nie jeden. Zapowiedziała nam, że gdy tylko padną nazwiska, dowiemy się reszty szczegółów.
I już doskonale wiem, na co po cichu liczę.
Oraz dokładnie, czego przeraźliwie się obawiam.
Bo jeśli na liście zadań nazwisko Xaviera Kamy wyląduje tuż obok mojego, to chyba naprawdę będę musiała pożyczyć od Mindy tę łopatę.














































