
Strażak
Autorzy
L. B. Neptunia
Lektury
4,3M
Rozdziały
90
911 Nagły Wypadek
LEILA
- 911, co się stało?
- Proszę, przyjedźcie szybko! Nasz dom się pali! To... - Zaczęłam kaszleć od dymu unoszącego się z dołu. Nie miałam pojęcia, kiedy zaczął się pożar ani jak duży był, ale podłoga pod moimi stopami robiła się coraz gorętsza.
- Jak się pani nazywa i jaki jest adres?
- Leila Montgomery. Mieszkamy pod adresem 1339 Laurdale Avenue w Edison. Błagam, pośpieszcie się! - Znów zakaszlałam i próbowałam uspokoić moją przerażoną córeczkę, która płakała, przytulając misia.
- Ile osób jest w domu?
- Trzy! Ja, moja córka i nasz pies. Szybciej! Utknęłyśmy w jej pokoju na górze.
Przypomniałam sobie, jak Molly obudziła mnie, szczekając i drapiąc podłogę łapkami, zanim włączył się alarm przeciwpożarowy.
Niewiele więcej pamiętam, zanim znalazłam się na łóżku Kensie z Molly między nami, dzwoniąc po pomoc kilka minut później.
- Ciii, kochanie. Wszystko będzie dobrze. Nie martw się - starałam się ją uspokoić, ale utknięcie w niebezpiecznej sytuacji bez możliwości działania było przerażające. Chciałam krzyczeć ze strachu, tak jak ona, i schować się pod kołdrą, ale nie mogłam.
Choć próbowałam mówić uspokajająco, wiedziałam, że to na nic się nie zda, jeśli szybko stąd nie wyjdziemy.
Dym wciskał się przez dziurkę od klucza zamkniętych drzwi, a nawet widziałam, jak unosi się między deskami podłogi.
- POŚPIESZCIE SIĘ! - krzyknęłam, czując, jak dym wypełnia moje płuca, wywołując kolejny atak kaszlu.
- Będą na miejscu za półtorej minuty - powiedział mężczyzna przez telefon, ale wydawało się to wiecznością, bo nawet sekundy ciągnęły się w nieskończoność, gdy byłyśmy tak przerażone.
- Proszę nie rozłączać się, dopóki nie zobaczy pani wozów strażackich, dobrze? Proszę ze mną rozmawiać. To bardzo ważne.
Nie odpowiedziałam. Moja głowa była zbyt pełna przerażających myśli, by myśleć jasno.
- Proszę pani? LEILA! - krzyknął mężczyzna, przywracając mnie do rzeczywistości. Po tym, jak odpowiedziałam, kontynuował instrukcje.
- Proszę zostać na podłodze. Słyszy mnie pani? Niech pani zejdzie na czworaki i czołga się w kierunku okna. Nie do drzwi, do okna. Dobrze?
- Tak... - powiedziałam cicho, próbując nakłonić córkę, by zrobiła to samo. Ale niełatwo było przekonać przerażoną pięciolatkę do posłuszeństwa.
- Proszę nie otwierać żadnych drzwi ani okien, dopóki nie powiem. Chyba że naprawdę będzie pani miała problemy z oddychaniem. Bo gdy pani otworzy, dostarczy pani ogniowi więcej powietrza, i bardzo szybko się rozprzestrzeni. Dobrze? Czy jest pani teraz na podłodze przy oknie?
- Tak, jesteśmy - odpowiedziałam ochrypłym głosem i przyciągnęłam Kensie i Molly jak najbliżej siebie.
- Czy na zewnątrz okna są jakieś drabiny przeciwpożarowe?
- Nie... Miałam to naprawić w zeszłym roku, ale...
Nie mogłam już powstrzymać łez. Czułam się winna, że nie zadbałam o bezpieczną drogę ewakuacji w takich sytuacjach.
Ale po pogrzebie męża w zeszłym roku nie było na to pieniędzy. Nie stać mnie było nawet na naprawę ogrzewania w łazience.
Więc za każdym razem, gdy moja córka się kąpała, używałam starej metalowej wanny, którą znalazłam w garażu, napełniałam ją ciepłą wodą przed kominkiem i pilnowałam, żeby nie zmarzła.
Ale teraz...? Nie będziemy miały nawet domu. Wszystko, co posiadałyśmy, płonęło wokół nas - nawet świąteczne prezenty Kensie.
- W porządku. Proszę zostać tam, gdzie pani jest. Czy słyszy pani już syreny?
Nie słyszałam. Wciąż kaszlałam, próbując zasłonić twarz Kensie moją koszulą nocną, by ochronić ją przed najgorszym dymem.
Czułam się zmęczona i oszołomiona, zaczęłam się zastanawiać, jak źle musiałabym oddychać, żeby móc otworzyć okno.
- LEILA! CZY SŁYSZY PANI SYRENY?
- Ja... - zaczęłam, ale skończyło się to tylko kolejnym atakiem kaszlu.
- PROSZĘ MNIE SŁUCHAĆ! WOZY STRAŻACKIE SĄ NA MIEJSCU I MOŻE PANI OTWORZYĆ OKNO. DOBRZE? PROSZĘ OTWORZYĆ OKNO, LEILA. TERAZ!
Z wielkim wysiłkiem uniosłam się na kolanach, chwyciłam klamkę i pchnęłam okno. Zimne zimowe powietrze wdarło się do środka z ogromną siłą, gdy ogień wciągał je obok mnie.
Próbowałam krzyczeć o pomoc, ale mój głos był ledwie słyszalny, a ciało opadło bezwładnie.
Moje kolana uderzyły mocno o podłogę, co powinno wywołać krzyk, ale zamiast tego przewróciłam się na bok i skuliłam.
Ostatnią rzeczą, jaką zobaczyłam, zanim straciłam przytomność, były płomienie przedzierające się przez podłogę obok drzwi.
***
- Leila! Słyszysz mnie?!
Głos dochodził z bardzo daleka i przez chwilę nie mogłam zrozumieć, co się dzieje. Ale gdy spróbowałam zaczerpnąć powietrza, zaczęłam gwałtownie kaszleć.
Nagle na twarz nałożono mi maskę, a dwa silne ramiona podniosły mnie z podłogi i wyniosły przez okno w bezpieczne miejsce.
- Nie! Moja córka! I mój...!
Kolejny atak kaszlu przerwał mi, ale usłyszałam spokojny, głęboki głos strażaka przy uchu.
- Są bezpieczne.
Zaledwie kilka słów. Ale jakże ważnych. Były bezpieczne. Nie miało znaczenia, co się ze mną stanie, dopóki moja córka była bezpieczna.
Ale gdy strażak delikatnie położył mnie na noszach, a ratownicy owinęli mnie ciepłymi kocami, gotowi podać tlen i udzielić innej pomocy, wiedziałam, że też chcę żyć.
Musiałam żyć dla mojej córki. Byłam jedyną osobą, którą miała. I musiałam przetrwać.
Strażak miał mnie już puścić, ale nie pozwoliłam mu odejść. Musiałam zobaczyć mężczyznę, który zaryzykował życie, by nas uratować. Zaczęłam więc słabo ciągnąć za jego maskę, wciąż trzymając się jego ramienia.
- Nie... - powiedziałam z trudem. - Muszę... zobaczyć...
Mój głos był bardzo cichy i ledwo słyszalny. Ale spróbowałam ponownie.
- Proszę, panie... Pozwól mi... zobaczyć twoje...
Zobaczyłam imię „Ben Cavanaugh” na plakietce z boku jego klatki piersiowej i poczułam się nieco lepiej, znając przynajmniej jego imię.
Ale musiałam też zobaczyć jego twarz, więc jeszcze raz pociągnęłam za maskę, zmuszając go do jej zdjęcia. I na moment wstrzymałam oddech.
Przez chwilę po prostu mrugałam, wpatrując się w najłagodniejsze brązowe oczy, jakie kiedykolwiek widziałam. I przez moment czułam się bardziej zagubiona niż kiedykolwiek.
- Pani Montgomery? Musi się pani położyć. Pani Montgomery!
Ale nie słyszałam dobrze pomyślanych poleceń ratowników. W moim świecie istniał tylko Ben. Ben i jego piękne oczy. Ale wtedy...
- MAMO! MAMO!
Moja córka przybiegła z naszym małym chihuahua w ramionach, a ja natychmiast zeskoczyłam z noszy i uklękłam, by je przytulić. Byłyśmy bezpieczne dzięki małej Molly i...
Spojrzałam z powrotem na tego niesamowitego mężczyznę, który niósł mnie w ramionach. Jego uśmiech był bardzo ciepły i życzliwy, i wydawało się, że stał się jeszcze szerszy, gdy zobaczył moją córkę obejmującą moją szyję.
- Kensie? - Mówiłam z bólem gardła, ale to było dla mnie ważne. - Czy możesz... podziękować... miłemu panu?
Rozluźniłam jej uścisk i odwróciłam ją w jego stronę, a jej nieśmiałe zachowanie wywołało jego cichy śmiech.
- Och... Nie ma potrzeby dziękować, proszę pani. Po prostu wykonywałem swoją pracę.
Mimo to Kensie cichutko powiedziała „dziękuję” i chwyciła dłoń Bena, gdy wyciągnął ją do niej. Potem ukucnął przed nią.
- Wiesz co? Myślę, że jesteś najodważniejszą małą dziewczynką, jaką kiedykolwiek spotkałem. Opiekowałaś się mamą jak prawdziwa bohaterka, dopóki nie mogliśmy przyjść i was uratować. Myślę, że musisz być super księżniczką w przebraniu.
Kensie zachichotała, wciąż nieco nieśmiało, ale teraz odważyła się na niego spojrzeć.
- Molly też pomogła - powiedziała i podniosła naszego psa, żeby mógł go pogłaskać, i byłam zaskoczona, gdy faktycznie udało mu się pogłaskać jej głowę bez szczekania czy warczenia.
Zwykle bała się mężczyzn, ale nie tego. Może zrozumiała, że to on nas uratował?
- Naprawdę? Pomogła? To taki dobry pies. Wygląda na to, że jesteście bliskimi przyjaciółkami. Mam rację?
Uśmiechnął się do niej tak szeroko, że pokazał rząd bardzo białych zębów, co stanowiło duży kontrast z czarną sadzą na jego twarzy.
- Tak. To najlepsza przyjaciółka na świecie - powiedziała Kensie i odwzajemniła uśmiech. Potem Ben wstał i spojrzał na mnie.
- Bardzo mi przykro z powodu pani domu, pani Montgomery. Czy ma pani rodzinę, u której może pani zostać? Przyjaciół? Czy pani mąż...
- Mój tatuś jest w niebie - przerwała Kensie. - Nie powinieneś o nim mówić, bo mamusia się smuci.
Ben i ja przez chwilę patrzyliśmy na siebie w szoku, zanim Ben odchrząknął, by przemówić.
- Tak mi przykro!
- W porządku! - powiedzieliśmy prawie jednocześnie.
- Nie. Nie powinienem był... - zaczął, ale przerwałam mu. Naprawdę nie chciałam, żeby czuł się winny z powodu naszej sytuacji. To nie była jego wina.
- Naprawdę! Wszystko w porządku. Nie wiedziałeś. I nic z tego nie jest twoją...
Znów zaczęłam kaszleć, a dwóch ratowników podniosło mnie z powrotem na nosze i kazało mi się położyć.
Podnieśli nosze, żebym siedziała, co miało mi pomóc w oddychaniu, i założyli mi maskę tlenową, trochę inną niż ta, którą Ben nałożył mi na twarz, zanim wyniósł mnie z pożaru.
Ben...
Spojrzałam na niego i zobaczyłam parę bardzo smutnych oczu.
- CAVANAUGH?! WEŹ WĄŻ Z LEWEJ STRONY DOMU!
Ben skinął głową w stronę dowódcy jednostki i odwrócił się, by kontynuować pracę. Ale potem zatrzymał się i podszedł do mnie.
- Pani córka. Czy ma się kto nią zaopiekować, gdy pani będzie w szpitalu? - zapytał, patrząc na mnie prosto swoimi łagodnymi brązowymi oczami.
Przełknęłam ślinę i próbowałam mówić, ale skończyło się to kolejnym atakiem kaszlu. Ale zamiast pytać ponownie, zrobił coś, czego myślę, że żaden inny mężczyzna by nie zrobił. Ukląkł przed Kensie.
- Twoja mama musi teraz pojechać do szpitala, księżniczko. Czy ty i Molly chcecie przyjść i zostać u mnie na noc? A potem odwiedzimy twoją mamę jutro rano po śniadaniu?
Kensie skinęła głową i uśmiechnęła się do niego bardzo promiennie.
- Czy to w porządku dla pani, pani Montgomery? Jeśli nie, upewnię się, że ktoś...
Wyciągnęłam rękę po jego dłoń i ścisnęłam ją. A sposób, w jaki na mnie spojrzał, pokazał, że zrozumiał wszystko, co próbowałam powiedzieć oczami.
- Zaopiekuję się nią - powiedział i obdarzył mnie pocieszającym uśmiechem. Był obcy. Był mężczyzną. I dosłownie oddałam moje serce w jego ręce. Ale wiedziałam, że mogę mu zaufać.
Jak? Nie wiem, po prostu wiedziałam.
- Będzie bezpieczna.












































