
Siedmiu grzeszników
Autorzy
Julianna Wrights
Lektury
597K
Rozdziały
19
Rozdział 1
Księga 1: Opowieść o Lenistwie
Każdy święty ma przeszłość, a każdy grzesznik ma przyszłość
LYCIDAS
Lycidas nie miał ochoty na te długie, dramatyczne pierdoły i widział, że jego Rada chciała się od niego jak najszybciej oddalić. Szczęka mu się zacisnęła, gdy wstał z klęczącej pozycji za ławką.
Nienawidził ich comiesięcznego kultu Artemidy w Świątyni Artemizjum. Wszystko, co dla niego zrobiła, to uczyniła go okrutnym zabójcą, który nawet nie chciał zabijać – żywą postacią śmierci i zniszczenia.
Ich grupa była na zewnątrz, pod jej posągiem, więc widział księżyc oświetlający wszystkich swoim blaskiem. Nienawidził tego cholernego księżyca.
Gdy dzwon rozległ się po polu wampirów, wsunął ręce do kieszeni spodni khaki i ruszył prosto do wyjścia.
„Hej, Lycidas!”
Odwrócił się w stronę brata z Rady, który biegł do niego z przyjaznym uśmiechem.
„Ostrożnie, Quillian, możesz sobie złamać biodro.”
„Ha, ha. Nie mogłeś się doczekać, żeby się stamtąd wydostać.”
„Jak zawsze. Nic się nie zmieniło w tym miesiącu.”
Lycidas często się zastanawiał, jak to możliwe, że żaden z jego braci nie znalazł swojej ukochanej. Nigdy nie zastanawiał się nad swoją.
Właściwie to bardzo się starał ignorować bolesne uczucie pragnienia, by ją mieć. W słabych momentach pragnął swojej ukochanej, ale do diabła z tym – nie mógł zrujnować życia jakiejś kobiety przekleństwem, jakim był.
„Dostaliśmy wiadomość, że kilku łowców kręciło się koło Neon Lights. Zanthus i ja mieliśmy zamiar to sprawdzić. Idziesz z nami?”
Czemu nie? Nie miał nic lepszego do roboty. Nie tak, żeby miał wieczność przed sobą. Poza tym przydałaby mu się dobra walka w nastroju, w jakim był.
„Tak, idę.”
***
Nienawidził zapachu ludzi. Robiło mu się niedobrze w ich towarzystwie, ale zmuszał się do przebywania w ich świecie, bo gdyby tego nie robił, nie mógłby opuszczać kompleksu.
Czy mu się to podobało, czy nie, żył w ich świecie, ale oni nie żyli w jego. Musiał przestrzegać ich zasad, przynajmniej dopóki nie powiedzieli czegoś, co go wkurzyło.
Wpatrywał się intensywnie w lampę nad barem. Kołysała się powoli, jakby byli na kołyszącym się statku. Nie mógł powstrzymać lekkiego śmiechu z powodu ironii. Stał przy mahoniowym barze ze szklanką whisky w dłoni.
Wyczuwał Quilliana po drugiej stronie, przy toaletach, pijącego cokolwiek tam pił. Zanthus stał przy wejściu i nie pił.
Przez chwilę Lycidas i Quillian spojrzeli sobie w oczy, dzieląc się wzajemnym przekazem to jest do dupy.
Lycidas poczuł znajomy smród łowców. Nosili kadzidło jako formę duchowego przewodnictwa czy jakieś takie bzdury. Nie rozumiał tego i nie chciał rozumieć.
Łowcy robili to, co potrafili najlepiej: polowali. Próbowali doprowadzić rasę wampirów do wyginięcia.
Mocno wierzyli, że ten świat był tylko dla ludzi, a obecność wampirów była rodzajem choroby niszczącej ziemię.
Jeśli zapytać Lycidasa, to ludzie sprawili, że ziemia była tak niezdrowa, tak brudna, tak... bezlitosna. Najwyraźniej nie zgadzali się w tej kwestii.
Lycidas pociągnął łyk whisky, po czym odstawił szklankę na bar i odszedł. Wyszedł na zewnątrz do zaułka, a łowcy poszli za nim.
Trzech z nich. Głupi. Zawsze myśleli, że Rada była słabsza niż oni i że ich własne umiejętności były lepsze, niż były w rzeczywistości. Postępowali zgodnie z planem Rady, idąc za pojedynczym członkiem na zewnątrz.
Lycidas odwrócił się, uśmiechając się lekko do trójki, która za nim podążała.
„Panowie” – przywitał się.
„Pijawko” – odpowiedziała jedna z nich. Wyciągnęła kołek, podczas gdy jej siostry wyciągnęły inne bronie, by go zabić.
„Cholera, jaka szkoda” – powiedział Quillian, zamykając je w pułapce między wszystkimi członkami Rady. „Byłabyś nawet niezła, gdybyś nie była taką suką.”
„Dość, Quillian” – skarcił go Zanthus. „Nie baw się jedzeniem. Psuje mięso.”
„Zaczynamy?” – Oczy Lycidasa rozjaśniły się, choć jednocześnie ciemniały. Pokazał swoje wielkie kły, po czym rzucił się na łowców przed sobą, a Quillian i Zanthus poszli w jego ślady.
ADRASTEIA
Adrasteia cicho zrzuciła z siebie kołdrę i wstała z łóżka. Cicho jęknęła, gdy podłoga zaskrzypiała pod jej stopami. Rodzice mieli bardzo dobry słuch. Każdy dźwięk mógł ich obudzić.
Był dzień, ale i tak rzadko pozwalano jej wychodzić. Trzymali ją w tym domu pod ochroną od lat. Nie pozwolili jej chodzić do zwykłej szkoły.
Nauczyciel przychodził do nich, żeby ją uczyć. Spędzała tam długie noce i jeszcze dłuższe dni.
Rodzice byli wampirami. Matka była kiedyś kapłanką, która porzuciła swoją pracę dla osoby, którą kochała. Ojciec Adrastei pracował, pomagając wampirom komunikować się ze sobą w królestwie.
Ze względu na ich ważne stanowiska niezwykle istotne było zapewnienie bezpieczeństwa jedynemu dziecku. Mieli nadzieję, że osoba, którą pokocha, będzie miała równie wysoki lub wyższy status społeczny.
Proszę. Adrasteia chciała znaleźć osobę, którą pokocha, i nie mogła się doczekać, aż ją znajdzie. Ale wiedziała lepiej niż ktokolwiek inny, że nie zasługuje na miłość kogoś z wyższych sfer. Była zbyt zniszczona. Zbyt popieprzona.
Otworzyła okno w sypialni i wyszła na słońce. Wiedziała, że jej przemiana nastąpi wkrótce. Ale na razie chciała cieszyć się słońcem bez uczucia pieczenia. Była człowiekiem.
Mogła wychodzić na słońce. Uwielbiała słońce. Zaśmiała się cicho, zamykając za sobą okno. To było dziwne, że musiała się wykradać, żeby iść na zajęcia.
Aha, i na imprezy.
Nie była aniołem. Lubiła pić Smirnoffa. Lubiła czasem zapalić blanta. Lubiła głośną muzykę, jasne światła i całować ludzi, których uważała za atrakcyjnych.
Nie nazwałaby siebie złą, ale nie nazwałaby się też dobrą. Była gdzieś pośrodku. Ale kim ona była, żeby oceniać, co jest dobre, a co złe? Była nikim w wielkim świecie wampirów i ludzi.
„Adra!”
„Astella!”
Dziewczyny roześmiały się, biegnąc do siebie. Adrasteia kochała swoją najlepszą przyjaciółkę. Astella objęła ją za szyję i przyciągnęła do radosnego powitania.
Minęło kilka dni, odkąd Adrasteia mogła się wymknąć. Wymykała się z wielu powodów, ale zawsze w ciągu dnia, bo rodzice nie spali w nocy.
Wymykała się, żeby zobaczyć się z przyjaciółmi, pójść na imprezy, pójść na zajęcia na uczelni. Wszystko, czego nie mogła robić w domu, robiła w ciągu dnia.
„Jest impreza w Delcie później. Chcesz iść po zajęciach? Słyszałam, że Chase tam będzie” – powiedziała Astella drwiącym tonem.
„Tak, jestem za. Zobaczysz, jak piję w” – spojrzała teatralnie na zegarek – „trzecią po południu.”
„Pijesz tak dużo! Nie wiem, jak to robisz.”
„Umiem się napić.”
„Tak, co jest zaskakujące, bo masz jakieś metr czterdzieści dziewięć.”
„Pierdol się, mam metr pięćdziesiąt pięć.”
„O tak, centymetry robią taką różnicę” – powiedziała Astella sarkastycznie.
„Tak, robią! Centymetry zmieniają wszystko” – powiedziała głośniej Adra. Uniosła brwi w górę i w dół, pokazując, że żartuje na temat seksu.
„Wiesz, że rozmiar nie ma znaczenia, Adra. Liczy się, jak się ruszasz” – powiedziała Astella, poruszając biodrami.
„Cholera, dlaczego zawsze masz rację?”
„Nie zapominaj o tym, kurwa!”
***
Adrasteia opuściła nogi, a mężczyźni, którzy ją trzymali, pomogli jej zejść na podłogę. Z dumnym uśmiechem uniosła ręce, pokazując, że wygrała konkurs w piciu.
„Co za bestia!”
Adra roześmiała się i pokręciła głową.
„Chcesz ze mną wychylić piwo?”
„Tak, żeby znowu przegrać?” – zapytał Chase, unosząc puszkę piwa. „Nie, dzięki. Nie chcę znowu stracić dumy.”
Adrasteia uśmiechnęła się i skinęła głową. Nie chciała go zmuszać do picia. To nigdy nie było w porządku.
Zobaczyła Astellę w rogu, grającą w bilard z kilkoma braćmi z bractwa. Musiała trafić, bo krzyknęła i z dumą uniosła ręce.
„Dobra, musisz oszukiwać” – powiedział Thomas do Astelli.
„Wcale nie. Dawaj moją dziesiątkę” – powiedziała, wyciągając rękę. Oczy jej się rozszerzyły, gdy zobaczyła przyjaciółkę podchodzącą do stołu bilardowego. „Adra!”
„Uważaj, Tom. Wiesz, że cię robi, prawda?”
„Adra, co do cholery – solidarność dziewczyn!”
Adrasteia roześmiała się i uniosła ręce, pokazując, że tylko żartuje, gdy Astella oddała Thomasowi pieniądze.
Około trzydziestu minut później dziewczyny wyszły. Adra pomagała Astelli iść prosto z powrotem do jej mieszkania.
Astella miała takie szczęście. Chodziła do tego samego college'u co Adra, ale mogła wychodzić i mieszkać z przyjaciółmi. Adra czasem jej zazdrościła.
Astella trzymała się Adry, gdy ta wciągała ją do mieszkania.
„Adra” – czkała. „Jesteś taka piękna. Taka ładna! Wiesz o tym! Nigdy nie pozwól żadnemu skurwielowi mówić ci inaczej. S-słyszysz mnie?”
„Słyszę cię” – powiedziała, śmiejąc się lekko. Zaprowadziła Astellę do łóżka i ułożyła ją. Zdjęła jej buty i wzięła chusteczkę do demakijażu.
Zmyła Astelli makijaż i przebrała ją w piżamę, zanim zostawiła szklankę wody przy jej łóżku. Gdy spojrzała przez okno, wydała zaskoczony dźwięk, widząc księżyc jasny i wyraźny.
Sprawdziła telefon. Żadnych wiadomości. Dziwne. Rodzice powinni być bardzo wściekli.
Kiedy Adra wróciła do swojego pokoju przez okno, spodziewała się, że rodzice będą czekać z poważnymi, wściekłymi minami.
Ale tego nie zobaczyła. Właściwie nie zobaczyła nic. W jej pokoju było całkowicie ciemno, a kiedy wyszła na korytarz, tam też było ciemno. Dziwne. Rodzice zawsze zapalali wszystkie światła, gdy nadchodziła noc.
Szła korytarzem i poczuła, jak coś pęka pod jej stopami. Patrząc w dół, zobaczyła szkło pod swoim butem. Szła dalej korytarzem, szybciej. Czuła, że coś jest bardzo nie tak.
Gdy skręciła za róg, zobaczyła drzwi do pokoju rodziców szeroko otwarte. Podeszła do nich, czując, że jej życie zaraz się zmieni.
Upadła na kolana i zakryła usta, gdy z jej warg wydobył się cichy krzyk. Przez chwilę była jak sparaliżowana i nie mogła się ruszyć.
Podniosła się i podeszła do rodziców. Ciało ojca leżało na podłodze, podczas gdy jego głowa była po drugiej stronie pokoju, przy komodzie mamy.
Wiedziała, że ojciec obudził się pierwszy i próbował uratować osobę, którą kochał. Próbował zasłonić sobą kogokolwiek, kto to zrobił, żeby nie mogli skrzywdzić jej.
Matka leżała na łóżku. Jej głowa leżała tuż obok niej. Jej piękne ciemne włosy wciąż były pełne i kręcone, jakby nic się nie stało. Ale tam leżała, pokryta krwią, jej koszula nocna podarta.
Adra mogła powiedzieć po podartej koszuli, że zrobiono jej coś jeszcze. Coś okropnego. Nie mogła nawet o tym myśleć.
Kiedy była w stanie, zadzwoniła do Rady. Rodzice zawsze mówili jej, że jeśli coś się stanie, ma zadzwonić do Rady. Wampiry wiedziały, żeby nigdy nie kontaktować się z ludzkimi służbami w takich sprawach.
„Halo?”
„M-mam na imię Adrasteia Brown. M-moi rodzice…„













































