
Alfy z South Forest - Walentynki
Autorzy
Laila Callaway
Lektury
90,0K
Rozdziały
7
Rozdział pierwszy
ROSEMARY
„Cześć, babciu. Przepraszam, że tak długo mnie nie było. Miałam mnóstwo pracy z opieką nad stadem, odkąd chłopców tu nie ma” – mówię do niej z westchnieniem.
Siedzę w swoim zwykłym miejscu, na ławce przy jej grobie. Nieświadomie przesuwam palcami po miękkim mchu rosnącym na poręczy.
„Nadal chodzę do kościoła. Ucieszy cię to”. Kościół wspólnoty zawsze będzie dla mnie jak dom, choć często pracuję w Templum.
Pomagam Livinii odpowiadać na pytania członków stada dotyczące religii. Mówi, że patrzę na sprawy inaczej niż ona i dobrze, żeby słyszeli różne poglądy.
„Chłopcy są... cóż, nie chcę o nich rozmawiać”. Serce ściska mi się w piersi, gdy myślę o moich partnerach.
„Wciąż są poza domem, robią wiele dobrego, z tego, co słyszę. Jestem na nich zła i oni o tym wiedzą.
„Nigdy nie powinni byli powstrzymywać mnie przed wyjazdem z nimi. Minął już prawie tydzień bez nich i zaczyna mnie boleć w klatce piersiowej.
„To szalone – fizycznie boli mnie ich nieobecność. Nie sądzę, żeby było w porządku, że narażają mnie na to. Powinni byli pozwolić mi pojechać z nimi”.
Próbuję sobie przypomnieć wszystko inne, co chciałam jej powiedzieć w tym tygodniu.
„Beta Harvey to mój łącznik z nimi. On też pojechał i codziennie daje mi znać, co u nich słychać. Próbowali do mnie dzwonić, ale odmawiam odebrania.
„Przez pierwsze kilka dni dzwonili tak często, że musiałam wyłączyć telefon! Wciąż próbują, ale wiedzą, że usłyszą ode mnie tylko przez Harveya.
„Ślub Oyi jest już bardzo niedługo. Chciała wielkiej imprezy, co nie jest zaskakujące, jeśli znasz Oyę. To dziwne, że zmiennokształtny bierze ślub, ale Oya uwielbia wystawne rzeczy.
„Widziałam większość planów i to będzie ogromne wesele, jej biedny partner. Ale jedyne, co musi zrobić, to się pojawić.
Miał bardzo niewiele do powiedzenia w kwestii planów ślubu i myślę, że mu to odpowiada.
„Potem spotykam się z Ruthie, żeby pogadać i nadrobić zaległości, a później mam popołudniowe spotkanie z Hectorem. Naprawdę jest bardzo zajęta.
„Powinnam móc wrócić w przyszłym tygodniu, może przed ślubem”.
Przesyłam babci moje uczucia, a potem wkładam ręce do kieszeni, żeby znaleźć telefon.
Jak się spodziewałam, mam ponad dziesięć nieodebranych połączeń od Emmanuela i Ezekiela. Usuwam powiadomienia i chowam telefon z powrotem.
Gdyby nie chcieli, żebym ich ignorowała, nie powinni byli mnie zostawiać. Wiedzieli, jak się czuję, gdy jestem pomijana. Sami sobie winni.
Dwa tygodnie temu stado zza wody poprosiło o pomoc stada Leśne, bo ludzie wchodzili na ich terytorium i byli zbyt blisko odkrycia prawdy.
Alfa Jason ze stada Wschodniego Lasu zaoferował pomoc, razem z moimi partnerami z naszego stada, Północnego Lasu.
Moi teściowie, Leilani, Jarron i Dane, alfowie Południowego Lasu, też zaoferowali pomoc, ale wygląda na to, że Jason i moi partnerzy mają to pod kontrolą.
Problem z ludźmi wchodzącymi na nasze terytorium polega na tym, że trzeba go rozwiązać inaczej niż w przypadku łotrów.
Łotrzy reagują na przemoc. Wymaga to prostych, ale zdecydowanych działań, żeby usunąć ich z terenu stada. Ludzie natomiast nigdy nie mogą dowiedzieć się o naszym gatunku.
Proces odprowadzania ich jest trudniejszy. Wymaga cierpliwości i starannego planowania i zajmuje dużo czasu.
Wiedziałam o tym, gdy moi partnerzy zaoferowali pomoc. Zgłosiłam się, przypominając im, że jestem najbardziej cierpliwa z nas trojga.
Wychowana wśród ludzi, myślałam, że będę w stanie pomóc najbardziej w tej sytuacji. Nie zgodzili się – uważali, że naraziłoby mnie to na niepotrzebne niebezpieczeństwo.
Próbowali to upiększyć, mówiąc „chcemy, żebyś została i zaopiekowała się stadem”, ale równie dobrze mogli poprosić o to betę Harveya.
Myślałam, że moi partnerzy staną się mniej opiekuńczy po tym, jak mnie oznakowali.
Jesteśmy całkowicie połączeni. Możemy czuć nawzajem swoje emocje przez więź i wiemy, kiedy któreś z nas cierpi.
Myślałam, że to wszystko im wystarczy, ale wciąż są tak samo zaborczy jak wtedy, gdy mnie poznali. Część mnie uważa to za miłe i seksowne, ale druga część tego nienawidzi.
Spotykam się z Ruthie w kawiarni w mieście. Wstaje, żeby mnie przywitać, całuje mnie w policzki i głaszcze po plecach.
„Pozwoliłam sobie zamówić ci chai latte” – mówi, wskazując na pienisty napój przed moim krzesłem.
„Jesteś niesamowita, dziękuję”.
„Jak się trzymasz?” Jej usta poruszają się, jakby chciała się uśmiechnąć. „Moi kuzyni dzwonili do mnie tyle razy, pytając o ciebie”.
Przewracam oczami i biorę łyk napoju. „Tak przesadzają, przepraszam”.
„Martwią się o ciebie, to wszystko”.
„To nie powinni byli mnie zostawiać”.
Ruthie kiwa głową ze zrozumieniem. „Powinni byli cię ze sobą zabrać. Nie rozumiem, dlaczego nie pojechałaś. Nie potrzebujesz ich pozwolenia!”
„Wiem, że nie, ale kiedy jest ich dwóch, bardzo trudno się kłócić.
„Łączą siły przeciwko mnie, a potem używają różnych sposobów, żeby mnie rozproszyć, i nagle jestem naga i zapominam, o co w ogóle walczyłam”.
Marszczy nos. „Fuj. To podstępne z ich strony”.
„Tak jest! Muszę nosić pas cnoty podczas naszej następnej kłótni”.
„To obrzydliwe”. Wzdryga się. „Zmieńmy temat. Kiedy wracają?”
„Jutro minie tydzień, odkąd wyjechali. Myślę, że mówili, że zajmie to dwa tygodnie, żeby odprowadzić ludzi i zniszczyć wszelkie dowody, które znaleźli.
„Muszą się też upewnić, że informacje nie zostały nigdzie wysłane. Tym właśnie teraz zajmuje się Harvey. Włamuje się do pobliskich systemów, żeby sprawdzić, co zostało udostępnione”.
„Ludzie” – mruczy Ruthie, a potem patrzy na mnie. „Przepraszam. Bez urazy”.
„Nie obrażam się” – śmieję się. „To skomplikowany proces. Myślę, że wrócą na czas na ślub Oyi, który jest w przyszłą sobotę”.
„Nie mogę uwierzyć, że wychodzi za mąż. Co za ludzka tradycja”.
„Uwielbia pomysł wystawnej imprezy i noszenia białej sukni. Odbywa się w Templum, nie w kościele. Przyjęcie potem będzie w sali stada na terytorium jej partnera”.
„Z tego, co mi o Oyi opowiadałaś, brzmi, jakby to miała być niezła impreza”.
„Będzie. To mi przypomina, muszę odebrać swoją suknię druhny w ten weekend”.
„Druhna?” Ruthie unosi brwi. „Bliźniacy będą cię obłapiać”.
Prycham. „Jeśli im pozwolę. W tym momencie w ogóle mnie nie dotykają”.
„Wow, naprawdę mają u ciebie przechlapane, co?”
„Nie masz pojęcia”.
Moim zdaniem związek opiera się na wzajemnym szacunku i równej odpowiedzialności. Połączyli siły przeciwko mnie i odebrali mi decyzję.
Jedyną rzeczą, nad którą jeszcze mam kontrolę, jest to, czy daję im swoją uwagę, czy nie, i wybrałam nie.
Boli mnie to, ale musi tak być. Potrafię być bardzo uparta, kiedy chcę.
Rozmawiam z Ruthie jeszcze przez chwilę, a potem muszę pędzić z powrotem do domu stada, żeby spotkać się z gammą Hectorem. Przez ostatni tydzień razem prowadzimy stado.
W biurze w sali stada, gdzie stoją biurka moich partnerów, jest teraz trzecie biurko – moje. Stoi dokładnie między ich biurkami.
Sprawia to, że pokój jest trochę bardziej zatłoczony, ale chciałam, żeby przekaz był jasny: jestem takim samym alfą tego stada jak oni.
Hector i ja siadamy, oboje mamy przed sobą laptopy.
„Jak wygląda sytuacja w tym tygodniu?”
„Z mojej strony wszystko dobrze. Kilku członków prosiło o urlop. Zatwierdziłem, bo nie było problemów z grafikiem.
„Patrole przebiegają gładko, żadnych intruzów ani dziwnych zapachów. Jedyna rzecz godna uwagi to prośba o transfer do stada. Wysłałem ci ich podanie mailem”.
„Jakieś przemyślenia?” – pytam go, otwierając maila.
Przeglądam szczegóły. Wygląda na to, że łotr szuka ochrony przed przemocowym byłym partnerem, który jest człowiekiem. Łatwe do załatwienia.
„Wygląda na prawdziwe. Zrobiłem research i myślę, że naprawdę przydałaby się im ochrona. Mamy miejsce”.
„Okej, wyślij potwierdzenie akceptacji i zakwateruj ich w jednym z domów gościnnych. Damy im tymczasowe cztery tygodnie, żeby zobaczyć, jak pójdzie”.
„Okej, załatwię to. Chciałaś coś omówić?”
„Tak, właściwie”. Opieram łokcie na stole. „Porozmawiajmy o moich partnerach”.

















































