Cover image for Kochaj swojego alfę

Kochaj swojego alfę

Rozdział 2.

CLAY

„O rany, Clay! Tak, właśnie tak! Jeszcze! Mocniej!” Lauren krzyczała na cały głos, gdy brałem ją od tyłu. Jej jasna głowa odchylona do tyłu, twarz wykrzywiona w ekstazie.
Cieszyłem się, że nie widziała mojej miny. Gdyby mogła, zobaczyłaby moje zniecierpliwienie. Nie rozumiałem, czemu tak się wydzierała.
Wiedziałem, że jestem niezły w łóżku, ale to nie był nasz pierwszy raz, a ona nigdy wcześniej nie robiła takiego hałasu. Czy próbowała przekonać resztę watahy, że znów jesteśmy razem?
Myślała, że lubię, jak jest taka głośna? Sądziła, że to sprawi, że znów będę chciał z nią być? Podejrzewałem, że chodziło o to pierwsze, przez co żałowałem, że znów się z nią przespałem.
Byłem daleki od finiszu, co było rozczarowujące, ale nigdy nie zostawiałem kobiety niezaspokojonej.
Sięgnąłem do przodu i dotknąłem jej czułego miejsca, sprawiając, że jej ciało wygięło się w łuk. Potem przycisnąłem trzema palcami, poruszając nimi, aż straciła nad sobą kontrolę.
– Clay! – Lauren krzyknęła na cały regulator, gdy poczuła prawdziwą rozkosz. Jej ramiona się poddały i opadła na brzuch.
Wysunąłem się z niej i szybko wstałem.
– Dokąd idziesz? – zapytała, siadając na moich poduszkach, jej nagie ciało rozciągnięte na kołdrze.
Wiedziałem, czego chciała, ale nie mogłem tego zrobić. Chciała, żebym się położył obok niej, przytulił, poobściskiwał. Ale gdybym to zrobił, pomyślałaby, że znów jesteśmy razem, a na to nie mogłem pozwolić.
Już czułem się podle, że uprawiałem z nią seks, wiedząc, że pragnie czegoś więcej. Wiedziałem, że nie mogę dać jej tego, czego chce.
Zwykle nie byłem taki oschły wobec kobiet, ale dziś czułem, że potrzebuję czegoś, co odwróci moją uwagę od stresu związanego z nadchodzącym wydarzeniem.
– Muszę wziąć prysznic przed przygotowaniem się na wieczór – powiedziałem jej, idąc do łazienki. Usłyszałem jej smutne westchnienie, gdy zamykałem za sobą drzwi, ale nie mogłem się nad tym rozwodzić.
Rzeczywiście musiałem się ogarnąć przed imprezą. Przyjęcie zaczynało się za kilka godzin.
Szybko się załatwiłem, zanim się umyłem i wyszedłem spod prysznica. Z ulgą zauważyłem, że Lauren zrozumiała aluzję i wyszła, gdy byłem pod prysznicem.
Wiedziałem, że będę musiał z nią później pogadać.
Ale teraz musiałem skupić się na tym, co miałem zrobić - zorganizować przyjęcie dla około dwustu wilków w moim domu.
Nie będę kłamał, byłem zdenerwowany. Czułem się niespokojny i zaniepokojony, ale wiedziałem, że na zewnątrz muszę wyglądać na opanowanego.
Więc przez resztę wieczoru zachowywałem kamienny wyraz twarzy, od czasu do czasu się uśmiechając. To była ważna noc dla mnie i mojej watahy.
Byłem alfą mojej watahy od ponad trzech lat i już wcześniej organizowałem imprezy w domu stada. Każde wydarzenie było stresujące, ale dzisiejszy wieczór wydawał się szczególnie napięty.
Dziś szukałem jej - mojej partnerki. Moi zaufani członkowie watahy wiedzieli o moich poszukiwaniach i wszyscy zdawaliśmy sobie sprawę, że nie ma gwarancji, że ona tu będzie lub że ją znajdę.
Ale wiedzieliśmy też, że kończy mi się czas na jej znalezienie. Uznaliśmy, że mam większe szanse, jeśli zorganizuję przyjęcie, na które wszyscy są zaproszeni.
Jednak największym problemem tego wieczoru nie było znalezienie mojej partnerki. Mówiąc, że wszyscy byli zaproszeni, miałem na myśli dosłownie wszystkich. Włącznie z kobietą, która straciła męża, i jej córką, które mogły zepsuć imprezę.
Richardsowie.
Lilly i Jennessa.
Nie byłem pewien, co im powiedzieć, jeśli nadarzy się okazja. Przez ostatnie trzy lata starałem się ich unikać, nie sprawiając jednocześnie wrażenia, że ich wykluczam.
Wiedziałem, że są na mnie wściekli z powodu tego, co mój ojciec zrobił lata temu.
Mimo że nie miałem nic wspólnego z wyborami mojego ojca, rozumiałem, że łatwiej jest złościć się na mnie niż na zmarłego. Akceptowałem więc ich gniew, mając nadzieję, że w końcu będą mogli ruszyć dalej.
Nie lubiłem udawać ofiary, ale wiedziałem, że należy im się jakaś forma zadośćuczynienia za to, co mój ojciec im zrobił.
Za każdym razem, gdy organizowałem przyjęcie, wysyłałem zaproszenie do każdej rodziny, w tym do Richardsów. Ich zaproszenie, w przeciwieństwie do innych, nie wymagało odpowiedzi ani obecności.
Zazwyczaj nie przychodzili, z wyjątkiem kilku okazji, gdy Lilly pojawiła się na ślubie przyjaciółki lub podobnym wydarzeniu.
Ale nawet wtedy przychodziła tylko Lilly. Nigdy jej córka, Jennessa.
Ostatni raz, gdy widziałem Jennessę, była jeszcze dzieckiem. Zastanawiałem się, co o mnie myśli i co by powiedziała, gdyby zobaczyła mnie dziś wieczorem.
Co mówi się komuś, którego członka rodziny zabił twój ojciec?
Rozmyślałem nad tym, zakładając czarny garnitur i poprawiając krawat.
Po kilku minutach nadal nie miałem odpowiedzi. Nie byłem pewien, czy zaproszenie ich dziś wieczorem było dobrym pomysłem.
Rozmawiałem o tym z moim betą, Brice'em, przed wysłaniem zaproszeń. Powiedział, że jedna noc konfrontacji z Richardsami jest warta znalezienia mojej partnerki.
Żartował, że byłoby zabawnie, gdyby córka Lilly okazała się moją przeznaczoną partnerką. Prawie ich nie zaprosiłem przez to. Ta myśl sprawiła, że czułem się chory wtedy i nadal tak się czuję.
Świat nie mógłby być aż tak okrutny, prawda?
Przełknąłem ślinę, nagle czując suchość w ustach na myśl, że moja partnerka mogłaby mnie nienawidzić, zanim w ogóle by mnie poznała. Przez krótką chwilę gniew, jaki czułem wobec ojca, był jak wielki ogień w mojej piersi.
Boże, pomóż mi, modliłem się w duchu, jeśli mój ojciec sprawił, że moja partnerka nienawidzi mnie z powodu głupich decyzji, które podjął dziesięć lat temu, następnym razem, gdy go zobaczę, zabiorę go ze sobą do piekła.
Spojrzałem na siebie w lustrze, upewniając się, że zapiąłem wszystkie guziki, zasunąłem zamek i zawiązałem sznurówki.
Gdy byłem zadowolony ze swojego wyglądu, wziąłem głęboki wdech, próbując przestać martwić się zaproszeniem Richardsów, i zszedłem na dół, gdzie przyjęcie właśnie się zaczynało i goście już się zbierali.
Wszyscy byli elegancko ubrani. Kobiety w drogich długich sukniach, mężczyźni w najlepszych garniturach i krawatach.
Każdy, kogo mijałem, uśmiechał się, dziękował za zaproszenie lub ściskał mi dłoń. Nastrój był radosny. Czułem podekscytowanie w powietrzu.
– No cóż – powiedział mój beta i najlepszy przyjaciel, Brice, podchodząc i klepiąc mnie w plecy. – Impreza trwa już dwie godziny, a jednak...
Mój nastrój natychmiast się pogorszył. Byłem bardzo ostrożny, starając się rozmawiać z każdą kobietą w pomieszczeniu, upewniając się, że patrzę każdej w oczy.
Mimo to nie znalazłem jeszcze mojej partnerki. Spojrzałem gniewnie na Brice'a za przypomnienie mi o moim dotychczasowym niepowodzeniu.
Byłem alfą bardzo dobrej watahy. Ludzie, których miałem, byli lojalni, pracowici i inteligentni. Każdy z nich odgrywał swoją rolę.
Ponieważ moja wataha była największa w Ameryce Północnej i wciąż rosła każdego dnia, istniała możliwość, że moja partnerka mieszkała w mojej okolicy, a ja nigdy jej wcześniej nie spotkałem.
To był jeden z głównych powodów, dla których organizowałem kilka przyjęć rocznie, żeby móc poznać moją watahę.
– Wiem, ale goście wciąż przybywają, więc wszystko może się jeszcze zmienić – powiedziałem mu, brzmiąc bardziej optymistycznie niż się czułem.
– Dokładnie, a wiesz, kto jeszcze się nie pojawił? – zapytał Brice, jego brązowe oczy błyszczały figlarnie.
– Nie mów tego – warknąłem, prostując się i wkładając pięści do kieszeni spodni. Nie było potrzeby straszyć gości, pokazując mój gniew.
Spojrzałem gniewnie na Brice'a, gdy zobaczyłem, że się śmieje. Szybko spoważniał.
– Hej, stary, tylko próbuję cię trochę zdenerwować.
– Akurat dziś wieczorem. Naprawdę? – zapytałem, kręcąc głową.
Kobieta przeszła obok Brice'a i mnie. Jej jaskrawoczerwona jedwabna suknia lśniła w przytłumionym świetle sali.
Uśmiechnęła się i mrugnęła do mnie zielonym okiem. Wszystko, co mogłem zrobić, to skinąć głową i wymusić uśmiech. Brice'owi udało się mnie zdenerwować i nagle ostatnią rzeczą, jakiej chciałem, było być tutaj.
Brice gwizdnął obok mnie, trzymając ręce w kieszeniach i kołysząc się w przód i w tył. Jego oczy były utkwione w czymś za mną, a twarz wyrażała zdumienie.
Spojrzałem przez ramię i zobaczyłem Kimberly, partnerkę Brice'a, schodzącą po wielkich schodach, w czarnej sukni opinającej jej wąską talię i sięgającej podłogi.
Jej blond włosy były upięte w skomplikowany kok na czubku głowy. Wyglądała pięknie, nikt nie mógł temu zaprzeczyć, a gdy spojrzałem z powrotem na Brice'a, nikt nie mógł pomylić wyrazu jego twarzy.
Był całkowicie skupiony na Kimberly. Jego serce mogłoby równie dobrze być w jego oczach, bo to wszystko, co w nich widziałem - miłość.
Tego właśnie chciałem. Tego spojrzenia na jego twarzy, gdy patrzył, jak Kimberly idzie do nas przez salę, jakby widział ją po raz pierwszy w życiu, jakby zakochiwał się w niej na nowo.
Chciałem tego dla siebie. Chciałem być szaleńczo zakochany, miłość wypływająca z każdej części mojego ciała, gdy znajdę swoją partnerkę. Chciałem bardzo szczęśliwego życia z piękną kobietą, która kochałaby mnie równie mocno.
– Witaj, piękna – powiedział Brice, biorąc Kimberly w ramiona, zanim pochylił ją nisko. Szyja i twarz Kimberly zdawały się czerwienić na widok tak jawnego okazywania uczuć przez Brice'a w obecności tylu ludzi.
– Cześć, przystojniaku – wyszeptała do niego. Jej niebieskie oczy błyszczały, patrząc na niego, a ona uśmiechała się.
– Mmm, wyglądasz absolutnie smakowicie – powiedział jej, przesuwając nosem po jej obojczyku i szyi, sprawiając, że Kimberly westchnęła, a z jej ciemnoczerwonych ust wydobył się najcichszy jęk.
Mógłbym czuć się bardziej nie na miejscu, gdyby nie to, że to się działo za każdym razem, gdy byli razem. Zawsze okazywał swoją miłość w jakiś wielki sposób.
To było mdlące, ale nie mogłem zaprzeczyć, że byłem im trochę zazdrosny.
Znaleźli się cztery lata temu i jak prawdziwi partnerzy, zawsze byli razem i czasami - jak teraz - wydawali się niezdolni do kontrolowania się. Kto nie byłby choć trochę zazdrosny o to?
Nagle pomyślałem o Lauren i mój żołądek się ścisnął. Nawet jeśli dzisiejszy wieczór nie pójdzie po mojej myśli, nie mogłem dalej spotykać się z Lauren.
To nie było w porządku wobec niej, że uprawiałem z nią seks, wiedząc, że chce ode mnie czegoś więcej. Patrząc na Brice'a i Kimberly, wiedziałem, że to, co oni mają, jest tym, czego ja chcę. Nie jakiegoś udawanego związku.
I dokładnie tym to było. Chciałem swojej partnerki. Nie zaakceptuję niczego mniej, a Lauren też nie powinna.
– Nadal nic? – zapytała Kimberly, odrywając usta od Brice'a na tyle długo, by zadać pytanie. Brice spojrzał przez ramię na mnie i uśmiechnął się.
– Nie, wciąż czeka na swoją dziewczynę – zaśmiał się Brice, odwracając się z powrotem do Kimberly, by ją dotknąć.
– Znajdziesz ją – powiedziała mi Kimberly, zanim zaczęła chichotać z powodu wędrujących rąk Brice'a. – Przestań. Jesteśmy tu dla Claya.
– On jest dużym chłopcem, poradzi sobie – usłyszałem, jak Brice mówi, ciągnąc Kimberly za rękę i prowadząc ją z powrotem w stronę wielkich schodów.
– Nie mogę się doczekać, żeby zdjąć z ciebie tę sukienkę. – Kimberly zachichotała i poszła za nim, ale odwróciła się, by spojrzeć na mnie.
– Powodzenia! – powiedziała radośnie, zanim pobiegła na górę z Brice'em. Nie mogłem powstrzymać się od przewrócenia oczami na ich zachowanie jak nastolatków, śmiech uciekł z moich ust. Szczęściarz.
Podszedłem do otwartego baru, zamawiając Jack Danielsa z colą. Wziąłem łyk, odwracając się, by spojrzeć na tłum.
Sala zapełniła się od mojego ostatniego obchodu. Postanowiłem nacieszyć się drinkiem, zanim wrócę w tłum.
– Hej, Daniel – powiedziała słodko kobieta w jasnoróżowej sukience, obejmując ramionami szyję jednego z moich wojowników. Westchnąłem. Wszyscy zdawali się mieć kogoś dziś wieczorem, oprócz mnie.
– Cześć, Sasha – odpowiedział Daniel, posyłając jej pewny siebie uśmiech. Był przystojnym facetem, tak wysokim jak ja, ale nie tak umięśnionym.
Jeśli dobrze pamiętałem, był jednym z naszych najlepszych wojowników na Wzgórzu Treningowym. Miał duże szanse na awans w watasze.
– Bawisz się już dobrze? – zapytał ją.
– Teraz tak – odpowiedziała seksownym głosem. Barman postawił przed Danielem dwa drinki. – Jak słodko – powiedziała cicho Sasha, sięgając po jeden z nich.
– Przepraszam, ale te są właściwie dla mojej partnerki – powiedział jej Daniel, brzmiąc nieco przepraszająco.
– Partnerki? – zapytała Sasha, kładąc ręce na biodrach. – Kogo?
– Ma na imię Jennessa Richards. Jest tam – Daniel wskazał w tłum. Z czystej ciekawości podążyłem za jego wskazaniem.
Mój wilk poruszył się we mnie, gdy ją zobaczyłem.
Jej długie, ciemne, lśniące włosy opadały na plecy, odsłaniając nagie ramiona i plecy. Jej oliwkowa skóra lśniła na tle ciemnozielonej sukni, która idealnie opinała jej ciało, podkreślając każdą krzywiznę.
Nagle poczułem, że trudno mi oddychać, starając się z całych sił utrzymać mojego wilka pod kontrolą.
– Wow, jestem zaskoczona, że w ogóle przyszła. – Słowa Sashy wyrwały mnie z zamyślenia. – Wiesz, zła krew z alfą i w ogóle. – Najwyraźniej nie zdawała sobie sprawy, że stoję w pobliżu.
– Nie wiem, ale cieszę się, że pozwoliła mi być jej partnerem. Jest absolutnie piękna, nie sądzisz? – zapytał Daniel Sashę, jego niebieskie oczy nie opuszczały Jennessy.
Sasha wydała z siebie zirytowany dźwięk, odrzucając blond włosy przez ramię. – Niespecjalnie – powiedziała cicho, ale Daniel nie zwrócił na to uwagi.
Był zbyt zajęty obserwowaniem Jennessy rozmawiającej z inną głośną wilczycą.
– Kolejny drink, Alfo? – zapytał Marcus, barman, sprawiając, że Sasha i Daniel spojrzeli na mnie. Tylko skinąłem głową, moje oczy utkwione w Danielu.
– Czy Jennessa jest twoją partnerką? – usłyszałem, jak pytam, jej imię wywołujące dreszcz na moich plecach.
Niebieskie oczy Daniela rozszerzyły się. – Nie, ale ktokolwiek ją dostanie, będzie szczęściarzem.
Marcus podał mi drugi drink, który wypiłem trzema dużymi łykami. Nie byłem pewien, co to było - może dziwna ciekawość - ale wkrótce znalazłem się idąc w jej kierunku.
Continue to the next chapter of Kochaj swojego alfę