
Jesteśmy niedźwiedziami
Wilczy kraj
TAVIS
. . Taylee leżała nieprzytomna na fotelu pasażera.
No, może nie do końca nieprzytomna – po prostu spała. Bardzo głęboko.
Zasnęła w chwili, gdy zapięła pas. Wyruszyli jego jeepem wczesnym popołudniem. Jazda miała potrwać co najmniej dwie i pół godziny.
Zwykle nie przepadał za jazdą samochodem, ale dzisiaj było inaczej.
Upewnił się, że coś zjadła przed wyjazdem. Tylko dwa kawałki tosta, ale zawsze lepsze niż nic.
Dał jej też jakieś stare ubrania: bluzę z kapturem i dżinsy. Były trochę zniszczone, ale włożyła je bez słowa.
I opowiedział jej trochę więcej o tej całej sprawie z niedźwiedziem.
Chciała zrozumieć, ale wyraźnie wciąż była wstrząśnięta tym, że przez osiemnaście lat nie była tym, kim myślała, że jest.
Więc czego się o niej dowiedział?
Miała osiemnaście lat. I była adoptowana.
Ciągle przepraszała za szpiegowanie – tak to nazwała – jego rąbania drewna. On ciągle powtarzał, że nie musi przepraszać.
Tak, był zaskoczony, widząc ją tam stojącą i tak uważnie obserwującą. Ale to była miła niespodzianka.
Miał nadzieję, że pokazało to, jak poważnie traktuje opiekę nad nią.
Co prawdopodobnie było ostatnim razem, kiedy miał to zrobić.
Wracała do domu, do swojej rodziny, na ziemie Białej Łapy, gdzie było jej miejsce. A jeśli nigdy więcej jej nie zobaczy, cóż, trudno.
Westchnął i włączył radio, ściszając dźwięk. Po tym wszystkim, przez co przeszła, nie ma sensu jej budzić.
Nie chciał brzmieć jak zboczeniec, ale wyglądała spokojnie, kiedy spała.
A przynajmniej lubił na nią patrzeć.
Sposób, w jaki oddychała.
Delikatny ruch jej głowy...
Chciał się nią opiekować, dopóki całkowicie nie wyzdrowieje.
Może doprowadzenie jej w połowie drogi było najlepszym, co mógł zrobić.
Taylee nie miała się obudzić w najbliższym czasie, więc Tavis trochę podgłośnił muzykę. Smith Westerns.
Nucił cicho, pozwalając, by długa autostrada rozciągała się przed nim. Muzyka pomagała mu się zrelaksować podczas jazdy, w przeciwnym razie zawsze był trochę spięty.
Niedźwiedzie nie były mile widziane na ziemiach Białej Łapy. Przynajmniej nie oficjalnie. Domyślał się, że będzie musiał podrzucić Taylee, a potem szybko odjechać.
Ale chciał też poznać jej rodzinę. Dać im znać, kim jest i co dla niej zrobił. Nie w stylu chwalenia się, jakby mu coś byli winni. Po prostu żeby zobaczyli jego twarz i poznali jego imię.
A może jeśli oni będą z nim w porządku...
Wysokie zakończenie piosenki zawsze było fajne.
Gdy refren się powtarzał, spojrzał na Taylee i zobaczył, jak poruszają się jej usta – tylko trochę, ale zdecydowanie wyszeptywała słowa.
Czy będzie za nim tęsknić tak, jak on już za nią tęsknił?
Ich związek – raczej dwunastogodzinny związek – nie był łatwy ani naturalny, ale było w nim coś prawdziwego.
Nie ratuje się czyjegoś życia bez tworzenia więzi z tą osobą, i nie zostaje się uratowanym przez kogoś bez tworzenia więzi z tą osobą.
Więź to więź. Nie mogła o tym zapomnieć.
On nigdy by nie zapomniał.
Nawet jeśli ostatni raz zobaczy ją, patrząc, jak wchodzi w ramiona swoich rodziców.
Po raz pierwszy w życiu miał nadzieję na korek, ale nigdy na żaden nie trafili. Zbyt szybko zjechał na zjazd w kierunku podmiejskiej dzielnicy Olympii, gdzie mieszkała.
Zmiana ruchu po zjechaniu z autostrady ją obudziła. Wymamrotała kilka słów do siebie, a jej głowa powoli poruszała się z boku na bok.
„Hej, ty” – uśmiechnął się do niej.
Przez chwilę patrzyła na niego zmrużonymi oczami, jakby próbowała sobie przypomnieć jego twarz.
„Hej” – odpowiedziała.
„Prawie jesteśmy na miejscu”.
Zmieniał pasy. „Chyba powinnaś przedstawić mnie rodzicom, co?”
„Ty mi powiedz”.
„Moja mama będzie chciała zobaczyć, kim jesteś”.
„Cóż, nie mogę zostać długo”.
„Dlaczego?”
„Ee, bo nas zakazaliście, pamiętasz?” – Poprawił się. „Nie ty – wasi ludzie. Alfa White”.
Westchnęła. Jej głowa opadła na szybę. „Nawet o nim nie wspominaj”.
Kilka minut ciszy; po prostu słuchali radia. Teraz Neon Trees, pomyślał, albo jakiś zespół, który brzmiał bardzo podobnie.
„Więc opowiedz mi więcej o tym stadzie... tropie... cokolwiek. Blue Blood”.
„Cóż, w zasadzie trzymamy się z dala w Oregonie. Wiemy, że nigdzie indziej nie jesteśmy mile widziani. Ale jeśli ktoś do nas przyjdzie i nas potrzebuje, Alfa Bluestone nie waha się ich przyjąć”.
„Bluestone brzmi jak alfa, którego my potrzebujemy”.
Tavis uśmiechnął się do siebie. „Polecałbym go”.
„Więc niedźwiedzie i wilki i...”
„Głównie wilki. Kilka niedźwiedzi”.
„Tavis” – nagle usiadła prosto i odwróciła się do niego. „Właśnie o czymś pomyślałam”.
Nie mógł powstrzymać lekkiej paniki; jego serce zabiło szybciej. „O czym?”
„Kiedy poznam mojego niedźwiedzia?”
Zawahał się. „Ee”.
„To znaczy, cały ten czas czekałam na spotkanie z moim wilkiem, ale czekałam na coś, co nigdy nie miało nadejść, więc teraz ta część ma sens. Ale czy nie powinnam przemieniać się lada moment?”
Nie odrywał wzroku od drogi. „Może”.
„Może?”
Patrzył na swoje ręce, gdy skręcały za róg, lewa nad prawą. Mówił ostrożnie. „Wiele osób przemienia się po raz pierwszy, kiedy... uprawia seks”.
Wpatrywała się prosto przed siebie. „Och”.
Zapadła niezręczna cisza. Skręcali za róg na jej ulicę.
„Możesz mi teraz powiedzieć swoje nazwisko?” – zapytał, częściowo żeby zmienić temat, częściowo bo chciał wiedzieć.
„Po co?”
„Muszę wiedzieć, jak zwracać się do twoich rodziców. Kiedy będę im wyjaśniał, jak ich córka spędziła noc”.
Widział, jak przewraca oczami, nawet kątem oka. „Harris”.
„Harris” – pozwolił, by nazwisko pozostało na jego ustach, jak tajemny uśmiech. „Taylee Harris”.
Jadąc krętą drogą, przyglądał się okolicy. Domy były małe, jeszcze mniejsze przez duże przestrzenie między nimi. Zastanawiał się, czy każdy z nich jest domem dla rodziny wilków.
Była piąta po południu, gdy szary jeep wjechał na podjazd. Słońce właśnie zaczynało schodzić ku horyzontowi.
Zielony dom z białymi okiennicami. Rampa prowadziła do frontowych drzwi, przecinając trawnik. Dwie świece paliły się w oknie wystawowym.
Za świecami, w połowie oświetlone ich światłem, Tavis myślał, że widzi twarze.
Miał rację, gdy drzwi się otworzyły i trzy osoby wyszły, zanim on czy Taylee zdążyli wysiąść z samochodu.
Najpierw mężczyzna – wysoki i szeroki w ramionach.
Potem kobieta – pulchna, z włosami do ramion, blond z rudymi pasemkami.
W końcu młoda dziewczyna. Wyglądała na kilka lat młodszą od Taylee, z takimi samymi blond włosami jak jej matka i jasnoszarymi oczami, które było widać nawet z daleka.
Trzy pary oczu obserwowały, jak Tavis wysiada z samochodu i spieszy, by pomóc Taylee.
Oparła się na nim, gdy szli w stronę jej rodziny.
„Och, Taylee!” – powiedziała głośno jej matka.
Tavis puścił ją w ramiona ojca. Szerokie ramiona mężczyzny trzęsły się od cichego płaczu, gdy trzymał córkę.
Kobieta objęła ich oboje ramionami.
Młodsza dziewczyna nie powiedziała ani słowa, ale trzymała się rodzinnego uścisku.
Tavis został sam. Spojrzał na swój samochód i włożył ręce do kieszeni, mając nadzieję, że ostatnie wspomnienie Taylee o nim – i pierwsze jej rodziny – nie będzie takie, że wtargnął w ten bardzo osobisty moment.
Jedynymi dźwiękami były sporadyczne pociągania nosem.
W końcu kobieta wyciągnęła rękę i wzięła jego dłoń, trzymając ją między swoimi zimnymi, białymi dłońmi. „Musisz być Tavis” – powiedziała, jej głos był cichy i pełen wdzięczności.
Skinął głową.
„Ja... nie wiem, co powiedzieć poza podziękowaniem”.
„To było... wszystko, co mogłem zrobić, proszę pani” – spuścił wzrok.
„Nie wejdziesz?”
„Mamo” – zawołała Taylee z ramion ojca. Jej matka odwróciła się zdziwiona. Taylee skinęła głową, a rodzina zbiła się w kupę, gdy coś im szeptała.
Wszyscy spojrzeli na Tavisa. Ojciec Taylee pierwszy wystąpił do przodu.
„Powinieneś iść, synu” – jego głos nie był zły, ale był pełen strachu.
„Nie” – nie zgodziła się jej matka. „Jeśli już, to powinien wejść do środka. Nie może być na zewnątrz, gdzie...”
Nagle rodzice sapnęli. Młoda dziewczyna rzuciła się na Taylee i zachwiały się do tyłu.
Tavis odwrócił się i zobaczył pięć warczących wilków, ich ciemne futro lśniło, a szczęki ociekały śliną.
Szybko go otoczyły. Ruchy obronne, które spędził tyle czasu na ćwiczeniu, wymykały mu się z pamięci.
„Tavis!” – zawołała Taylee. Zobaczył ją kątem oka, trzymaną przez rodzinę. Wilki się zbliżały.
Tak, to było terytorium wilków.
I nie było miejsca dla samotnego niedźwiedzia.
Continue to the next chapter of Jesteśmy niedźwiedziami