Cover image for Jeźdźcy Tyru 2: Hellhound

Jeźdźcy Tyru 2: Hellhound

Niekończące się koszmary

RAGE

„Cholera!” mruczę pod nosem, zaciągając się głęboko papierosem.
Mocno trzymam włosy dziewczyny, poruszając szybko biodrami. Ona się krztusi, ale nie puszczam. Ciągnę ją mocno za włosy, odzwierciedlając to, co czuję w środku.
Czuję, jak ogarnia mnie gorąco, po czym dochodzę w jej ustach. Puszczam jej włosy i kończę papierosa głębokim wdechem. Ona wstaje, patrząc na mnie, przełyka i pociera głowę.
Unoszę podbródek, rzucając jej nieme wyzwanie.
Candy to klubowa dziewczyna. Wie, co robi. Większość kobiet trzyma się ode mnie z daleka, ale żadna nie odmawia.
Noszę emblemat, a nawet gdyby to nie wystarczyło, wszystkie się mnie boją. Ale Candy jest inna. Sama do mnie przyszła i wiem, czego chce.
Myśli, że jeśli wytrzyma ze mną wystarczająco długo, zrobię z niej swoją dziewczynę i uratuję przed byciem przekazywaną między innymi członkami gangu.
„Rage?”
Zapinam spodnie, opierając się o ścianę korytarza. Słyszę imprezę przy barze.
„Rage” Candy naciska, próbując szczęścia. „Może pójdziemy do twojego pokoju i dokończymy?”
Odpalam kolejnego papierosa. Światło zapalniczki krótko oświetla bladą twarz Candy.
Jej oczy wyglądają na pełne nadziei. Nikt, nawet moi bracia, nigdy nie wchodzi do mojego pokoju. I nigdy nie zabrałem tam kobiety, poza szybkimi numerkami w korytarzu.
Candy wie, że dostanie się do mojego pokoju pomogłoby jej stać się moją. Śmieję się szorstko i odwracam od niej. Idąc w stronę baru, słyszę jak Candy cicho pociąga nosem.
Jest głupia, jeśli chce się do mnie zbliżyć.
W barze panuje gwar. Wszyscy bracia są obecni, poza tymi na wyjeździe, i wszyscy się bawią.
Widzę ich uśmiechy, słyszę śmiech i czuję ukłucie zazdrości. Właśnie zaspokoiłem swoje potrzeby, ale się nie uśmiecham. Idę prosto do mojego stałego stolika, siadam i opieram łokcie na kolanach.
Przeczesuję palcami mój irokez, raz za razem. Kończę papierosa, po czym sięgam po butelkę whisky na stole. Piję prosto z butelki, czując jak pali.
Kolejny dzień przy życiu. To wystarczający powód do picia.
„Cholera!” mówię cicho, odchylając głowę do tyłu i pociągając z butelki.
Kolejna noc bez snu. Jedna z wielu.
Może zdrzemnąłem się na minutę, ale to się nie liczy. Ledwo pamiętam, jak to jest dobrze spać. Nie śpię od świtu, a pierwszą rzeczą, jaką robię, jest odpalenie papierosa.
Mówią, że to cię zabije, ale nie jestem bliżej błogiego zapomnienia niż wczoraj. Wstaję z łóżka, przeczesując palcami włosy, próbując się rozbudzić. Nie zawsze potrafię rozróżnić, kiedy jestem na jawie, kiedy śnię, a kiedy jestem po prostu pijany.
Wiem tylko, że w mojej głowie zawsze jest to paskudne uczucie, jak paznokcie drapiące po tablicy. Cały czas. Nie mogę spać, nie mogę usiedzieć w miejscu i nie mogę pozwolić, by wróciły wspomnienia.
Idę do łazienki, sikam, po czym pochylam się, by zwymiotować do brudnej toalety.
Myję twarz, a potem patrzę na siebie w lustrze. Lustro jest rozbite, poplamione moją krwią. Uderzyłem w nie głową jakiś czas temu, łamiąc sobie nos.
To była dobra noc, ale nawet ten ból nie trwał długo. Patrzę na rozbite, zakrwawione odbicie i nie wiem, kim jestem. Jak bardzo to pojebane? Mógłbym minąć samego siebie na ulicy i nie rozpoznać się.
Lekarze mają na to nazwę, ale mnie to nie obchodzi. Jestem praktycznie martwy, więc co za różnica, co mi dolega? Wychodzę z pokoju i idę do baru.
Jest wczesny ranek i w barze panuje cisza. Nikt jeszcze nie wstał po wczorajszej imprezie i wiem, że nikt nie wstanie przed południem.
Lubię tę porę dnia. Jestem sam, tak samo samotny jak czuję się w środku. Nikt mnie nie obserwuje, nie szepcze o mnie ani nie patrzy na mnie z pożądaniem, będąc zbyt przestraszonym, by cokolwiek zrobić.
Schodzę na siłownię. Ojciec Tora zbudował siłownię i upewnił się, żeby większość braci spędzała tam czas. Są tu ciężary, ławki, worki treningowe i ring na środku.
Ćwiczę, aż moje ręce i nogi drżą, potem biorę zimny prysznic, dopóki nic nie czuję. To uczucie trwa przez chwilę.
Idę do kuchni, mając na sobie tylko kamizelkę i obcisłe czarne dżinsy, szukając czegoś do jedzenia, żeby uspokoić żołądek.
Jeśli Tor będzie mnie dziś potrzebował, muszę być gotowy. Jeśli nie mogę tego zrobić, to kim jestem? Jeśli nie Rage’em, jeźdźcem i członkiem The Riders Hellhound, to kim?
Otwieram lodówkę i chwytam pierwszą z brzegu rzecz. Siadam na podłodze, jedząc bezmyślnie, wpatrując się w pustą ścianę. Potem wracam do baru, zajmując swoje stałe miejsce.
Do południa wciąż siedzę w barze, wiercąc się na krześle, przeczesując palcami włosy i wbijając paznokcie w dłonie. Wiem, że to będzie kolejny zły dzień.
„Tu jesteś!” Runner stawia butelkę na moim stoliku.
Spoglądam na niego i to mnie trochę uspokaja.
Nie ma wielu ludzi, których lubię, ale Runner jest na szczycie tej listy. To on znalazł mnie na ulicy i przyprowadził tutaj, dając mi rodzinę i pracę, nawet jeśli ta praca polega na ranieniu i zabijaniu innych.
Uśmiecha się do mnie jednym z tych szerokich uśmiechów, które kobiety uwielbiają.
To mroczny człowiek pod każdym względem, a jego portorykańskie pochodzenie nadaje mu ciemnobrązową skórę. Jest wysoki i szczupły, z przystojną twarzą, która sprawia, że wygląda jak model.
Ale trzeba by zobaczyć, jak ciągnie człowieka za swoim motocyklem, aż zostanie tylko głowa, żeby wiedzieć, że lepiej z nim nie zadzierać. Jest prawie dziesięć lat starszy ode mnie, ale jestem z Jeźdźcami od ponad ośmiu lat, a Runner jest dla mnie jak brat.
„Mogę się przysiąść?” pyta Runner.
Lekko kiwam głową. Runner, mój brat, dobrze mnie zna. Wie, kiedy ze mną rozmawiać, a teraz siada naprzeciwko mnie przy stoliku.
Ale nawet jeśli mnie rozumie, nie mogę obiecać, że nie wścieknę się z byle powodu. Dziś jest bardzo zły dzień. Jestem blisko utraty kontroli.
Muszę wyładować trochę gniewu i muszę to zrobić szybko.
Myślę o tym, żeby poprosić Runnera o walkę na ringu, ale wiem, że żaden z braci tego nie zrobi. Ostatni, który się zgodził, wylądował w szpitalu. Nikt nie był zły, ale nikt już nie chce ze mną walczyć.
„Wszystko w porządku, bracie?” Runner patrzy na moją twarz.
Wydaję z siebie mruknięcie i sięgam po butelkę. Nie pytam Runnera, czy chce się napić. On wie, że jedna butelka to dla mnie dopiero początek.
„Rage”, mówi cicho, „jestem tu dla ciebie, bracie”.
Odwracam się do niego i unoszę podbródek. Wszyscy w klubie albo mnie szanują, albo się mnie bardzo boją. Traktują mnie dobrze, ale trzymają się z daleka.
Wszyscy oprócz Runnera i Tora. Runner znalazł mnie w najgorszym możliwym stanie i utrzymał mnie przy życiu. Szanuję go za to.
Jest najbliżej tego, co inni nazywają rodziną. Kiedy Runner przyprowadził mnie do klubu motocyklowego, Jeźdźcy przyjęli mnie jako jednego z nich. A Tor, nasz nowy prezydent, nasz Król, widzi we mnie użyteczność.
Widzi we mnie swoją najbardziej zaufaną broń. To wszystko, czym jestem: naładowany pistolet gotowy do strzału. Jestem Hellhoundem, potworem z piekła rodem.
I tam właśnie trafię, gdy to bolesne życie się skończy.
„Dobrze, bracie”. Runner odchyla się i pije swoją kawę. Lekko się śmieję.
Jeźdźcy Tyra, klub motocyklowy, który mnie przyjął, powstał w Szwecji. Rozrośli się na tyle, że niektórzy członkowie przyjechali przejąć Stany, tak jak Wikingowie przed nimi. Z oryginalnych Szwedów tylko Tor i Bjorn są ich bezpośrednimi potomkami.
Tor jest synem byłego Króla, jak Jeźdźcy nazywają swojego prezydenta. Mimo że to jeden z najbardziej zróżnicowanych rasowo klubów motocyklowych w kraju, z członkami od Portorykańczyków po rdzennych Amerykanów jak Ironhand, większość braci bazuje na oryginalnym szwedzkim slangu.
To trochę zabawne widzieć ciemnoskórego Portorykańczyka mówiącego po szwedzku. Ale mój uśmiech szybko znika, jakby został wciągnięty z powrotem do Piekła, skąd przyszedł.
Biorę duży łyk whisky prosto z butelki. Moje nogi drżą z napięcia, gdy drzwi baru się otwierają. Odwracam zamglone oczy w stronę nowej osoby, moje ciało napięte, mając nadzieję, że to wróg moich braci, ktoś, na kim mógłbym wyładować swój gniew.
Ale zamiast tego stoi tam kobieta, zza jej pleców wyłania się słońce, a jego promienie zacieniają jej sylwetkę.
Continue to the next chapter of Jeźdźcy Tyru 2: Hellhound