
Przeklęty ród 1: Strażnik
Autorzy
Salem Morgan
Lektury
540K
Rozdziały
59
Rozdział 1
LYRA
Piwnica śmierdziała zgnilizną i pleśnią. Odór był tak intensywny, że wżerał się w skórę, włosy i usta. Nie chciałam schodzić na dół. Ale byłam bękartem lorda i żywym przypomnieniem dla lady o wszystkim, czego nienawidzi, więc szłam tam, gdzie mi kazano.
Nie miało to znaczenia, jak bardzo śmierdziało. Nie miało to znaczenia, co czekało na mnie w ciemności.
Nienawidziła mnie. Od zawsze. Mojej twarzy, głosu, wyglądu, tego, że w ogóle żyję. Ale najbardziej nienawidziła krwi płynącej w moich żyłach. Byłam dowodem na to, że jej mąż kiedyś pragnął kogoś innego.
Mojej matki. Kobiety, którą nienawidziła na tyle, by skazać ją na powolne umieranie. Jej chorobę można było wyleczyć. Lekarz wyszeptał to cicho, kiedy myślał, że nikt nie słyszy.
Ale wykonywał rozkazy, a lady kazała mu zostawić chorą na pastwę losu. Moja matka krzyczała dniami i nocami, aż w końcu przestała.
Ta sama choroba dopadła mnie kilka tygodni później. Też powinnam była umrzeć. I może w pewnym sensie umarłam.
Gorączka wydrążyła mnie od środka, zostawiając za sobą coś dziwnego. Od tamtej pory ból mnie nie opuszczał. Gorąco, zimno, ucisk w piersi – czułam to wszystko, ale nie prawdziwy ból.
Taki ból, który przenika cię na wylot, który sprawia, że ludzie krzyczą albo zginają się wpół. Zniknął. Tak jak ona.
Wciągnęłam wiadro do pierwszej komory i skrzywiłam się. Stęchlizna uderzyła mnie mocno – powietrze było gęste, kwaśne, stare.
Nawet smakowała starością, jakby ktoś zamknął je tu ze sto lat temu i zapomniał. Kurz pokrywał wszystko jak popiół po pożarze, a pajęczyny wisiały z sufitu jak zasłony, zasłaniając kąty, do których nie docierało światło.
Gdybym mogła otworzyć okno, może znów bym mogła odetchnąć, choćby trochę. Włożyłam w to całą siłę, żeby zmusić zardzewiałą ramę okna do ruchu.
Metalowe elementy zapiszczały w proteście, jakby nie chciały puścić, ale w końcu zrobiła się wąska szczelina i zimne powietrze wdarło się do środka, jakby tylko na to czekało. Niosło zapach mokrej ziemi i rzeki płynącej u podnóża wzgórza, odrobinę słodki pod przeważającą zgnilizną.
To prawie wystarczyło, żebym znowu poczuła się człowiekiem. Prawie.
„Lepiej zabierz się do do roboty” powiedziałam sobie cicho, maczając szmatę w ciepłej wodzie. Moje ręce poruszały się machinalnie, bez przerwy.
Ruch oznaczał dla mnie życie. Dawno temu nauczyłam się mierzyć swoje życie ruchem: jeśli szoruję, nie umieram. Jeśli się ruszam, wciąż tu jestem.
Na górze rezydencja huczała aktywnością – brzęczące tace, wykrzykiwane rozkazy, służący pędzący w pośpiechu. Przygotowywali się do jakiegoś wielkiego wydarzenia.
Do uroczystości, tak to nazywali. Goście lorda Petera mieli przybyć przed zmrokiem – wojownicy powracający z wojny, ludzie, którzy przeżyli straszne rzeczy, których nawet nie potrafiłam sobie wyobrazić.
Nie to, żebym miała ich kiedykolwiek zobaczyć. Na pewno nie. Chyba że zeszliby gdzieś, gdzie nie powinni, na przykład tutaj.
Nie rozumiałam, co w wojnie jest warte świętowania. Nic w niej nie wydawało mi się dobre.
Ale to nie moja sprawa zadawać pytania. Nigdy nie miałam do tego prawa.
Przeciągnęłam szmatę po ścianie, patrząc, jak ciemnieje od brudu. Materac miał dziury, wypełnienie wychodziło z niego, jakby ktoś go wypatroszył.
Pochyliłam się bliżej, szturchnęłam szew – i coś przemknęło po podłodze. Za szybko, żebym mogła zobaczyć dokładnie – szczur, pająk, może cień. Oddech zatrzymał mi się na chwilę, potem wrócił.
Szczury mnie nie przerażały. Nie tak jak stworzenia z nieba, te, które zabijały bez mrugnięcia.
Zepchnęłam materac z chwiejnej ramy i uderzył o podłogę płaskim, ciężkim dźwiękiem, uwalniając świeży zapach zgnilizny. Zrobiło mi się niedobrze, ale kontynuowałam.
Następna komora piwnicy była gorsza. Stęchłe powietrze osiadało na mojej skórze, a światło latarni ledwo przebijało się przez ciemność.
Na nierównych ścianach zawieszone były półki, załadowane zapomnianymi gratami. Wszystko tu wydawało się nie tak. Jakby coś mrocznego zwinęło się w kątach i czekało na okazję do ataku.
Ale nie mogłam pozwolić sobie na strach.
Wrzucałam potłuczone szkło, zardzewiałe narzędzia, kawałki metalu, których nie potrafiłam nazwać, na rosnący stos. Moje ręce nie przestawały się poruszać, aż dotarłam do dalekiej półki, na której wyrzeźbione były blade symbole.
Nie były to litery, ale coś, co się poruszało, zmieniało kształt. Moje palce dotknęły rzeźbień i dreszcz – nie zimna – przeszył mnie. Czułam się obserwowała.
Cofnęłam się ostrożnie. Cisza owinęła się wokół mnie, ciężka i wyczekująca.
„To tylko piwnica” wyszeptałam, chwytając półkę i ściągając ją na dół. Runęła z głośnym trzaskiem. Latarnia zamigotała, prawie zgasła, zanim wróciła do życia.
Czekałam. Cisza powróciła, ale kryło się w niej coś niepokojącego. Była namacalna.
Kontynuowałam swoją pracę i stos gratów rósł, ale potem – na dnie ostatniej półki – zobaczyłam coś. Małe, brudne pudełko. Na wpół zakopane w gnieździe zardzewiałego drutu i podartych szmat.
Otrzepałam je i podniosłam. Było cięższe, niż wyglądało. Zimne. To nie był jednak rodzaj zimna, który pochodził z kamienia czy metalu.
Na powierzchni zauważyłam więcej wyrzeźbionych symboli.
Powinnam była je zostawić. Ale nie zostawiłam.
Moje palce poruszyły się, zanim zdążyłam pomyśleć, i otworzyły pudełko. Wieko zaskrzypiało, jakby nie było ruszane od stu lat. Może dłużej.
W środku znajdowała się złożona tkanina. A pod nią sztylet.
Nie był jednak ze stali. Był wykonany z materiału, którego nigdy wcześniej widziałam. Lśnił jak ciecz mieniąca się w świetle księżyca.
Rękojeść sztyletu była owinięta czymś niecodziennym. Jakby kryła się w nim tajemnica.
Nie myślałam. Nie zastanawiałam się długo. Moja ręka po prostu się poruszyła.
Wsunęłam sztylet do kieszeni fartucha.
Wydawał się prawie nieważki. Ale jakoś dziwnie mi ciążył. Był cięższy niż moje ubranie. Cięższy, niż powinien być.
Nie wiedziałam, dlaczego go zatrzymałam. Po prostu to zrobiłam.
Serce biło mi szybciej, gdy spojrzałam przez ramię na drzwi, bo nadal towarzyszyło mi uczucie bycia obserwowaną. Teraz było jeszcze bardziej zauważalne, cięższe, jakby same ściany pochylały się bliżej.
Ale miałam pracę do dokończenia. Wojownicy lady mieli wkrótce przybyć, a jeśli pokoje nie będą czyste, spotka mnie kara.
Symbole, cienie, dziwny sztylet – nic nie zmieniało tego, kim byłam.
Służącą. Bękartem.
Dziewczyną, która wiedziała, że lepiej odwracać wzrok.
***
Stos gratów rósł, a każdy połamany przedmiot przypominał o tym, na jak długo to miejsce było zapomniane. Kurz drapał mnie w gardło, szczypał w oczy, a wilgotne powietrze przesiąkało przez ubranie, jakby chciało mnie uwięzić.
Chwyciłam starą miotłę i zaczęłam zamiatać, a powtarzający się dźwięk zamiatania mnie uspokajał.
Kiedy większość brudu została zamieciona, zwróciłam uwagę na latarnie, które wcześniej przyniosłam z rezydencji – były wgniecione, stare i wyszczerbione, ale działały. Podobnie jak ja.
Zawieszenie ich wymagało wysiłku. Ściany były nierówne, sufity niskie. Balansowałam na chwiejnym stołku, mając nadzieję, że haki nie przerdzewiały na wylot.
Pierwsza latarnia zapaliła się z cichym sykiem, a jej pomarańczowa poświata przecięła w ciemność. Wypuściłam z ulgą powietrze, testując hak. Jedna z głowy. Jeszcze pięć.
Nawyk kazał mi cały czas spoglądać przez ramię, ale za każdym razem okazywało się, że w piwnicy byłam tylko ja i migoczące na ścianach płomienie. Cisza była wszechogarniająca, gęsta i ciężka, więc nuciłam cicho jedną ze starych kołysanek mojej matki.
Nie przepędzała cieni, ale przypominała mi, kim jestem. Kim ona była.
Kolejna komora niemal nadawała się do zamieszkania. Była surowa i zimna, ale już nie taka wroga.
Postawiłam świeże wiadro wody w trzeciej komorze, gotowa kontynuować, gdy czyjeś kroki zabrzmiały echem na schodach. Powolne. Ciężkie.
Nie była to lady – jej obcasy miały wredny, ostry rytm, który sprawiał, że większość z nas podskakiwała bez zastanowienia. Te kroki były inne.
Wyprostowałam się natychmiast, nerwowo otrzepując fartuch.
Pani Branth wynurzyła się z cienia, wyglądając, jakby została wykuta z kamienia.
„Lyra” warknęła. „Ile skończyłaś?”
„Tylko dwie komory” powiedziałam, wskazując za siebie. „Druga szła wolno. Było tam mnóstwo gratów
Jej oczy przesunęły się po latarniach, na wpół zamiecionej podłodze, stosie przy drzwiach. Prychnęła.
„Będzie musiało wystarczyć. Lord i lady chcą, żeby te sale były gotowe w ciągu godziny”.
Otworzyłam usta, potem zamknęłam je z powrotem.
Godzina. Oczywiście.
Pani Branth uniosła brew, jakby i tak usłyszała moje myśli.
„Wyślę jedną z młodszych dziewczyn, żeby ci pomogła. Ale nie oczekuj cudów – wszystkie biegają jak szalone w przygotowaniach do uczty. Będziesz musiała sobie poradzić”.
„Tak, pani Branth”.
Została sekundę dłużej, niż musiała, obserwując mnie, jakby próbowała ustalić, czy przeżyję tę noc. Potem odwróciła się i odeszła, a jej kroki powoli wtopiły się w hałas na górze.
Jak tylko zniknęła, wypuściłam z siebie głośno powietrze.
Graty czekały. Podobnie jak rzeźbienia, których udawałam, że nie widzę.
Weszłam z powrotem do drugiej komory z latarnią w ręku. Cienie poruszały się po kątach, jakby oddychały.
Jakby mnie obserwowały. Przesuwałam wzrok po podłodze – nie na znakach, nie na kształcie ostrza w kieszeni fartucha, ciągnącym mnie jak lina.
Ale nie mogłam się powstrzymać.
Kiedy stos przy dalekiej półce został uprzątnięty, opadłam za nim na kolana.
Sztylet praktycznie brzęczał przy moich żebrach. Czekałam tylko sekundę, zanim go wyciągnęłam.
Lśnił w świetle latarni, śliski i świecący. Symbole na ostrzu pasowały do tych na pudełku i półce.
Obracałam go powoli w dłoni, patrząc, jak odbija blask, i wtedy…
Ukłucie. Ostre, nagłe.
„Cholera” syknęłam, cofając się gwałtownie.
Cienka czerwona linia pojawiła się na mojej dłoni.
Cięcie było płytkie, ale uczucie, które wywołało, było dziwne. To nie był ból. Nie do końca.
To była świadomość. Jakby coś pradawnego właśnie obudziło się w mojej skórze, zaciskając palce wokół krawędzi mojego umysłu.
Wstrzymałam oddech. Przez ułamek sekundy pokój wyglądał inaczej. Był jaśniejszy i ciemniejszy jednocześnie.
Potem usłyszałam:
„Lyra?” Głos dziewczyny był cichy, niepewny.
Moja głowa odwróciła się gwałtownie w stronę drzwi i pospiesznie wepchnęłam sztylet z powrotem do fartucha, owijając go tkaniną tak szybko, jak mogłam.
„Tutaj!” zawołałam, ocierając krwawiącą dłoń o spódnicę. „Uważaj na szkło”.
Weszła do środka właśnie wtedy, gdy zmusiłam swoją twarz do bezruchu. Serce waliło mi jak młotem, ale uśmiechnęłam się, jakby nic się nie stało.
Bo cokolwiek się tu właśnie obudziło – dopiero zaczynało.














































