
SpaceBrigade II Zemsta Syndykatu
Autorzy
James Marriott
Lektury
19,5K
Rozdziały
35
Rozdział 1
Strażnik DCO wydał z siebie stłumiony, gardłowy jęk, osuwając się bezgłośnie na wypolerowaną podłogę. Gorące ostrze wibronoża gładko poderżnęło mu gardło, a krew spływała po oliwkowozielonym mundurze, tworząc wokół niego kałużę. Zabójca ruszył szybko przed siebie, wyglądając jak mroczny cień.
„Nie trzeba było wchodzić mi w drogę” – mruknął po chwili.
Poruszał się szybko, mając jasny cel w głowie. Zaplanowali to, a jego pani zapewniała go, że ich plan wypali — plan, który wspólnie obmyślili, aby upewnić się, że oboje dostaną to, czego chcą.
Wiedział jednak, że ma bardzo mało czasu na ukończenie tej misji, zanim jego czyny wyjdą na jaw.
Poruszając się pewnie słabo oświetlonymi korytarzami czternastego budynku na planecie Jurass, z łatwością wyłączył już kilka zaawansowanych alarmów i zabił sześciu strażników. Wszystkie te drogie systemy bezpieczeństwa wcale go nie zniechęcały ani nie odciągały od zadania; nie stanowiły żadnej przeszkody dla tego prawdziwego mistrza sztuki tajnej infiltracji.
Jego misja była najważniejsza: zdobyć informacje, których pragnęła jego pani. Centrum archiwów komputerowych, jak zwykle, pilnowało dwóch strażników, którzy, podobnie jak każdego innego dnia, strzegli pomieszczenia bez żadnych zakłóceń.
Ten dzień nie różnił się od innych; nie mieli pojęcia o obecności intruza, aż było za późno. Obaj strażnicy upadli w tym samym czasie, gdy intruz wystrzelił ze swojego krotańskiego pistoletu rozpraszającego, broni zakazanej przez Koalicję ze względu na jej cichą, morderczą brutalność, której szeroki, zielony promień wystrzelił i pochłonął swoje cele.
Narządy wewnętrzne strażników natychmiast zaczęły się rozpuszczać, co doprowadziło do natychmiastowej, rozległej niewydolności całego organizmu i śmierci.
Kilka budynków w okolicy należało do Sieci, która przechowywała w nich swoje najbardziej wrażliwe dokumenty na temat dawnych misji i nowej broni wojskowej. Głębiej w mieście znajdował się główny bank Agar Security, gdzie przechowywano listy osób odbywających kary na asteroidach karnych lub osadzonych w więzieniu wojskowym Vorll.
Intruz nie interesował się żadnym z tych miejsc. Skierował się natychmiast w stronę swojego celu, jak na profesjonalistę przystało, nie przybył tu bowiem dla korzyści majątkowych czy choćby dla władzy.
Powód tego włamania był czysto osobisty. Czternasty budynek krył w sobie najbardziej wrażliwe akta DCO, mogąc poszczycić się najnowocześniejszymi dostępnymi systemami bezpieczeństwa.
Na jego budowę wydano fortunę, zapewniając mu niezdobywalność: czujniki ruchu, drony śledzące, automatyczne laserowe systemy obronne, skanery na podczerwień i ultrafiolet oraz mnóstwo dobrze uzbrojonych strażników bez przerwy czuwało nad tym budynkiem.
Jedna z sekcji czternastego budynku była niezwykle silnie strzeżona; nikt nie miał tam wstępu bez bezpośredniego rozkazu dyrektora Arrona Quinna.
Sekcja ta mieściła ściśle tajne dokumenty DCO, w tym komputerowe kody identyfikacyjne wszystkich aktywnych agentów DCO w Galaktyce Nepis. Nikomu nigdy nie udało się tam włamać bez wykrycia, za co karą była pewna śmierć.
W przeszłości niektórzy próbowali, ale wszyscy ponieśli porażkę – wszyscy, aż do dzisiaj. Rozprawiwszy się ze strażnikami, intruz podszedł do drzwi, sięgnął do jednej z wielu kieszeni w swoim czarnym kombinezonie i wyciągnął miniaturową sondę komputerową, którą przyłożył blisko cyfrowego zamka w drzwiach.
Małe, kolorowe światełka biegały w górę i w dół na ręcznej sondzie, a na jej małym ekranie przesuwały się rzędy cyfr. Po zaledwie piętnastu sekundach sonda wydała z siebie pojedynczy dźwięk, wskazując, że jej zadanie zostało wykonane, więc intruz schował ją z powrotem do kieszeni, pchnął drzwi i wciągnął martwe ciała do środka.
Oświetlenie wewnątrz było tak samo słabe jak na korytarzach. Intruz rozejrzał się po pomieszczeniu, szukając tego, po co przyszedł. Wzdłuż jednej ze ścian, na całej jej szerokości, ciągnął się rząd mrugających kropek.
Przeszedł do nich powolnym krokiem, idąc wzdłuż linii i muskając kropki palcami w rękawiczkach. Pod linią kropek w ścianę wbudowano kilka sejfów – w sumie dwanaście najbezpieczniejszych sejfów w Galaktyce.
W jednym z nich znajdowała się nagroda, której szukał intruz. Włamanie na tym poziomie oznaczało pewne przesłuchanie i egzekucję, chociaż to wcale go nie zniechęciło. Przyjrzał się po kolei każdemu sejfowi, a gdy znalazł sejf zero jeden sześć, na jego twarzy pojawił się wąski uśmiech.
„Tutaj jesteś” – mruknął do siebie.
Zdjął z biodra cienki palnik laserowy i włączył go, a cienkie, pulsujące czerwone światło z łatwością wycięło dziurę wokół cyfrowego zamka, odbarwiając jego uszczelki. Pracował szybko, z ogromną wprawą i skutecznością, i nie zawahał się, gdy usłyszał, że hydro-winda na końcu korytarza ruszyła z miejsca; po prostu schował się za jednym z terminali komputerowych i czekał.
Kiedy nikt nie nadszedł od strony windy, wrócił do swojego nielegalnego zadania.
„Lepiej, żeby to zadziałało, Shakara, bo inaczej sobie porozmawiamy, gdy wrócę” – powiedział do siebie.
Po kilku minutach zamek w sejfie pękł, ale drzwi pozostały zamknięte. Intruz westchnął ze złością i ponownie wyciągnął miniaturowy skaner, po czym przesunął nim po sejfie, a urządzenie zaświeciło się, pokazując, że wnętrze sejfu było podłączone do niesłyszalnego alarmu, który automatycznie wezwałby ochronę po jego otwarciu.
Osiągnięcie celu zajmie mu więcej czasu, niż początkowo myślał.
Przeszukując kieszenie, w końcu znalazł to, czego szukał. Położył na zamku brązowy arkusz grubości wafla i wcisnął mały przycisk; urządzenie zaczęło psuć wewnętrzny system alarmowy, całkowicie go unieszkodliwiając.
Podczas gdy namagnesowany inhibitor robił swoje, dla zabawy przeszukiwał szuflady i szafki, nie szukając niczego konkretnego; niemniej jednak, grzech było zmarnować taką okazję.
Inhibitor zapiszczał. Mężczyzna ponownie skupił uwagę na sejfie i usunął inhibitor z zamka, składając go ostrożnie i chowając z powrotem do kieszeni kombinezonu.
Potarł dłonie w rękawiczkach i szepnął z wielką pewnością siebie: „To nie powinno być zbyt trudne”.
Następnie wyciągnął teleskopowy łom i zaczął podważać drzwi sejfu. Uszczelka puściła; mężczyzna delikatnie wsunął do środka dwa palce, sprawdzając, czy nie ma tam żadnego dodatkowego systemu alarmowego.
Ponieważ nic nie znalazł, otworzył drzwi na oścież.
***
Osiem układów gwiezdnych od Jurass, na plaży Satura na planecie Kodo, pułkownik Jim Raga, kapitan Cap Beeta i kapitan Pala Toms wygrzewali się w południowym słońcu. Karmazynowe fale oceanu delikatnie pieściły brzoskwiniową plażę, wznosząc się w pieniste grzbiety, by na końcu rozproszyć się w drobnych ziarnach zabarwionego na brzoskwiniowo piasku.
„Bardzo się cieszę, że wybraliśmy to miejsce” – zauważył Pala.
Bliźniacze słońca Kodo świeciły jasno na pasteloworóżowym niebie, podczas gdy delikatny, ciepły wiatr łagodził południowy upał. Tutaj, na Kodo, trzej oficerowie Sieci spędzili większość swojego długo wyczekiwanego urlopu; minęły już dwa miesiące od incydentu na Secundzie.
Odbyli już wszystkie typowe wędrówki po miejskich tawernach i domach uciech, a także zobaczyli wszystkie miejsca, które chcieli zobaczyć.
Odwiedzili nawet Imperialne Muzeum Sztuki, gdzie spoczywało całe bogactwo kulturalnej przeszłości planety. Każdy zuchwały złodziej, który miałby czelność spróbować tam szczęścia – choć jak dotąd nikt tego nie zrobił – mógłby zbić na tym istną fortunę.
Cap znudził się muzeum w kilka minut, a historyczna wycieczka szybko dobiegła końca, gdy ten obraził kustosza muzeum i spróbował skręcić jego wątły kark. Zostali natychmiast wyproszeni z budynku z dożywotnim zakazem wstępu oraz obietnicą, że dyrekcja wyśle w pełni udokumentowany raport do ich dowódcy.
„Cóż, minęło sporo czasu, odkąd pozwoliliśmy sobie na odrobinę luksusu” – odpowiedział Raga.
Gdy znudziły im się te atrakcje i zostali wyrzuceni z większości barów i burdeli w mieście, zamieszkali na odosobnionej plaży Satura, gdzie relaksowali się przez resztę swojego pobytu.
Ogromne, wypalone na pomarańczowo słońca znajdowały się teraz w zenicie, a gorąc lał się z nieba mocno, choć nie w sposób nie do zniesienia. Trzej mężczyźni leżeli na leżakach na brzegu wody.
„Wiecie co, mógłbym się do tego przyzwyczaić!” – powiedział Cap, sięgając po kolejną butelkę mocnej whiskey z Kodo.
„Tak, ale zostały nam tylko cztery dni” – odpowiedział Pala, poprawiając swój filtr ultrafioletowy, który przepuszczał dokładnie tyle światła słonecznego, by opalić skórę wokół oczu, nie narażając jednocześnie wzroku na uszkodzenie.
„Masz ochotę na kolejnego wrenchera, Jim?” – zapytał Cap, rzucając pustą butelkę na rosnącą stertę.
Raga skinął głową w odpowiedzi, a Cap rzucił mu butelkę. Nalał tę trafnie nazwaną, gęstą, ciemnobrązową miksturę do szklanki, zamiast pić ją prosto z butelki jak Cap, po czym wziął skromny łyk; alkohol szybko zaczął działać, dając pijącemu dziwne uczucie, że jego serce opuściło kilka uderzeń.
Raga położył dłoń na klatce piersiowej, jakby napój palił go od środka.
W większości podrzędnych tawern krążyła plotka, że wypicie zbyt wielu wrencherów na raz może wręcz zatrzymać akcję serca. Prawdopodobnie jednak plotkę tę wymyślili producenci, aby zwiększyć sprzedaż, ponieważ napoje obarczone czynnikiem ryzyka często świetnie sprzedawały się wśród żołnierzy Sieci, którzy szukali mocnych wrażeń.
Tak czy inaczej, Cap zdążył już wypić kilka i wydawał się czuć świetnie, choć prawdopodobnie mógłby wypić cały alkohol na Kodo i nie uszkodzić swoich silnych, kapstańskich wnętrzności.
Plaża Satura była dla nich idealnym miejscem na relaks i odświeżenie wyczerpanych ciał, bo minęło dużo czasu, odkąd mieli szansę uciec od wojskowego życia. Sama plaża była dostępna tylko dla oddziałów Sieci, zgodnie z umową między Siecią a przywódcami Kodo.
Mogła pochwalić się siedmioma kilometrami cichego wybrzeża, apartamentem godnym króla i przede wszystkim prywatnością, bo żaden miejscowy sprzedawca uliczny nie miał tam wstępu. Aby zyskać dostęp i przejść przez tarczę ochronną, trzeba było zdobyć kody z centrali Kodo, których wcale nie rozdawano lekką ręką.
„Ktoś idzie popływać?” – zapytał Cap, wstając z leżaka.
„Spadaj!” – odpowiedział stanowczo Pala, nie mając najmniejszego zamiaru opuszczać swojego wygodnego leżaka.
„Jim?”
„Nie, ale ty idź” – odparł Raga, otwierając kolejnego wrenchera.
Cap wzruszył ramionami i popędził do ciepłej, wibrującej wody z entuzjazmem małego dziecka, rycząc głośno i wściekle chlapiąc wodą na wszystkie strony.
Raga przełknął kolejny łyk napoju i powiedział: „Chyba nigdy nie dorośnie!”.
„Mam nadzieję, że nie. Kiedy robi się poważny, potrafi być straszną świnią” – odpowiedział Pala, opierając się na łokciach i obserwując Capa.
Raga zerknął na usytuowany przy samej plaży apartament. Jego mury z jasnoniebieskiego piaskowca utrzymane były w stylu starej kodoańskiej architektury, pozwalając, by umiarkowane światło słoneczne przenikało do każdego kąta. Jego jedyne wejście zostało skonstruowane w kształcie łagodnego łuku, a okna były okrągłe, zabarwione na przyjemny odcień średniej zieleni.
Zaokrąglony dach ze stalowego szkła pozwalał mieszkańcom na podziwianie trzech księżyców Kodo i okolicznych konstelacji w bezchmurne noce. Z tyłu, około sześciu metrów za apartamentem, stał rząd srebrzysto-niebieskich wierzb Satur, a ich ośmiostopowe liście wdzięcznie powiewały na wietrze. Długa, kręta ścieżka przeciskała się przez nie aż do tarczy na szczycie klifu.
Cap wybiegł pośpiesznie z wody i strzepnął kapiące wodą ramiona w stronę Jima i Pali.
Pala rzucił mu ręcznik i powiedział: „Wytrzyj się, dupku!”.
Raga uśmiechnął się, gdy Cap spróbował udać urażonego tą uwagą, po czym zapytał: „Co powiecie dzisiaj na kolację u Halpinasa? Słyszałem, że serwują tam świetne steki z Clampy”.
„Dla mnie okej” – odpowiedział Pala.
Cap wzruszył ramionami i skinął twierdząco głową, a po chwili przestał się wycierać i wskazując na ścieżkę, powiedział: „Ktoś nadchodzi”.
Oficer Sieci szedł szybko ścieżką w ich kierunku.
„Cóż, to może oznaczać tylko kłopoty!” – zauważył cicho Raga.
„Zgadza się, gówno mnie to jednak obchodzi, o co chodzi, bo nie wyjeżdżam stąd, dopóki nasz czas się nie skończy!” – mruknął wściekle Cap.
„Ja też nie” – dodał Pala, łapiąc za wrenchera.












































