Cover image for Nimfa i Alfa - druga szansa

Nimfa i Alfa - druga szansa

Pogaduszki z Helen

KAIRO

Wciągnąłem Falę poza zasięg wzroku ludzi.
-Co ty robisz, Fala? - zapytałem ją z całą złością, na jaką się zdobyłem. Dlaczego ona zawsze grała mi na nerwach? - Dlaczego nie możesz okazać trochę szacunku. To twoja Luna.
- Do niej? Jak mam to zrobić, skoro ty tego nie robisz? - Wydała z siebie gorzki śmiech i nagle zastygłem w miejscu. - Co? Czyżbym się myliła? - zapytała, wyrywając się z mojego uścisku.
Fala była moją młodszą o sześc lat siostrą, miała szesnaście lat, ale wciąż zachowywała się jak jakaś nastoletnia buntowniczka.
Wiem, że miała rację co do tego, że nie chcę Adelie. Nie chciałem jej, nigdy nie prosiłem o drugą szansę, nie zasługiwałem na drugą szansę. Chciałem myśleć, że Księżycowa Bogini popełniła błąd, ale wiedziałem, że ona nigdy się nie myli.
Nie mogłem zaprzeczyć, że więź była silna. Czułem ból w jej sercu. Bolało, że to ja go powodowałem.
Gdy tylko się odpowiednio skupiłem, czułem, że ona nosi w sobie nieustanny smuteku. Jej serce było pełne bólu, a ja miałem wrażenie, że to nie przeze mnie.
Nawet teraz moje serce się ściskało. To dość ironiczne, że wciąż miałem serce, podczas gdy krzywdziłem własną bratnią duszę.
Byłem zbyt zmęczony wybuchami Fali, zawsze robiła coś, co irytowało mnie do głębi.
-Dlaczego nie możesz być taka jak Raphael? On ją uwielbia, a więc wygląda na to, że wszyscy inni też uważają ją za bohaterkę - to była prawda, że stado wychwalało ją jak żadną inną.
-Tak, o poprzedniej Lunie też tak myśleli -rzuciła w moim kierunku.
-Ona jest twoją Luną. Pamiętaj o tym - powiedziałem i wróciłem do domu.
Adelie tam będzie. Chcę być blisko niej. Dotykać ją w każdy możliwy sposób. Ale nie mogę. Byłoby o wiele łatwiej, gdyby mnie odrzuciła.
Jeśli przeżyła śmierć swojego towarzysza, byłem pewien, że da radę żyć po tym, jak mnie odrzuci. Jeśli mnie odrzuci, to ja będę na skraju śmierci, podczas gdy ona będzie żyła szczęśliwie.
Nigdy nie mógłbym jej odrzucić. Odrzucenie było najbardziej chorą i okrutną rzeczą, jaką znałem. Jak można odrzucić przeznaczoną sobie osobę?
Nie spodziewałem się, że to zrobi, bo widziałem, że jest dobra, ma szlachetne serce. Nie wiem tylko, ile krzywdy może znieść, zanim się ze mną skonfrontuje.
Oczywiście Adelie byłaby świetną Luną, ale nie mogłem dać jej takiej władzy. Kiedyś to zrobiłem i teraz płaciłem za ten błąd patrząc na moje niegdyś wielkie stado, które teraz było małe i przepełnione strasznymi wspomnieniami.

ADELIE

Beta odprowadził mnie z powrotem do domu. Nie mówił wiele, musiał rozumieć, jak się czułam. Zrobiłam z siebie idiotkę przed całą watahą, a siostra mojego towarzysza powiedziała nawet, że Alfa Kairos mnie nie chce.
Znów śniłam o miejscu, w którym mogłabym istnieć, gdzie moje serce biło powoli, moje ciało było kochane, byłam rozumiana. Czy takie miejsce w ogóle istniało?
Teraz zostałam w tym wielkim domu bez żadnego źródła kontaktu z innymi ludźmi. Byłam przyzwyczajona do samotności, nigdy nie pozwalano mi się zaprzyjaźnić, "im mniej ludzi będzie blisko mnie, tym mniej będę cierpiała".
W pełni zrozumiałam to dopiero po śmierci mojej matki. Przysięgłam sobie, że nie będę się do nikogo zbliżać. I trzymałam się tej obietnicy. Z takim towarzyszem jak mój nie będzie to trudne.
Przypomniałam sobie o umierających roślinach i podeszłam do kwiatów, które stały na półkach na ścianach. Powinny być zielone i żywe, ale były żółte, a liście wiotkie, błagając o odrobinę świeżej wody.
Musiałam je uratować, byłam leśną nimfą i nic ani nikt nie mógł tego powstrzymać. Byłam stworzeniem natury, które musiało dbać o las i rośliny w stadzie Nocnych Wędrowców.
Urodziłam się, aby chronić środowisko wokół mnie i nawet jeśli będzie to jedna rzecz, która doprowadzi mnie do szaleństwa, zrobię to z całego serca i duszy.
Po kilku okrążeniach wokół pierwszego piętra znalazłam kuchnię. Była duża, pewnie dla pięciu kucharzy naraz. Podniosłam najbliższą miskę i napełniłam ją wodą z kranu.
Trochę się spieszyłam i przez to kilka kropel wylało się z miski, ale nie obejrzałam się za siebie. Miałam misję. Jeśli to ma być miejsce, w którym będę mieszkała, musiałam sprawić, by Matka Natura była dumna z mojej służalczej natury.
Na półkach stało w sumie pięć roślin. Podlałam je wszystkie i położyłam miskę u swoich stóp. Lekko musnęłam liście opuszkami palców, a rośliny zaczęły się podnosić i natychmiast stały się zielone. Znowu oddychały, były żywe.
Nie mogłam się powstrzymać od uśmiechu. Uwielbiałam to, że miałam moc uzdrawiania. Jeśli jest coś, za co jestem wdzięczna w związku z moimi mocami, to właśnie to. W mojej naturze nimfy leżało pomaganie innym i rośliny nie były tu wyjątkiem.
Rośliny były teraz pełne życia i wyglądało to tak, jakby prawie cały pokój się obudził, mogłam sprawić, że to miejsce znów będzie oddychało. Oczywiście...jeśli Alfa mi pozwoli, kilka krzewów róż przed domem sprawiłoby, że wyglądałby on bardziej gościnnie, czerwone róże na tle ciemnoszarej ściany wyglądałyby świetnie.
Z rozmyślań wyrwały mnie kroki, które usłyszałam za sobą i wzdrygnęłam się, gdy zobaczyłam stojącego tam Alfę Kairosa. Wyznaczył mi zasadę, żebym zeszła mu z drogi, ale nie posłuchałam. Stałam na jego drodze, ale mimo to nie odważyłam się ruszyć. Nie mogłam zmusić się do poruszenia nogami, byłam jak zamrożona.
Alfa spojrzał na rośliny i zmarszczył brwi, a potem przerzucił spojrzenie na mnie. -Co zrobiłaś?- Zapytał mnie, zaciskając mocno szczękę.
-Podlałam rośliny, Alfo - wyjaśniłam, choć nie byłam pewna, czy mi wolno.
-Moja pokojówka to robi - nie do końca to kupił, bo wyglądał podejrzliwie, ale strząsnął to z siebie. -Jutro. Odbędzie się ceremonia powitania cię w sforze Nocnych Wędrowców jako Luny.
Jego spojrzenie wwiercało się we mnie, ale z całych sił starałam się nie patrzeć mu w oczy. Moja wilczyca Madeline sprawiła, że było to jeszcze trudniejsze. Mówił tak gorzkim głosem, jak to tylko możliwe, prawie czułam się wykorzystana.
-Ceremonia rozpocznie się o 22:00. Wyślę kilka samic omegi, aby pomogły ci się przygotować. Kiedy będziesz gotowa, spotkasz się ze mną tutaj. Czy dobrze zrozumiałaś? - zapytał głośniej. Starał się brzmieć surowo, ale to było nienaturalne i wymuszone.
Kiwnęłam głową. - Tak Alfo - odszedł w szybkim tempie.
Jak mogłam być jego Luną, skoro on nawet mnie nie chciał? Może to mój umysł płata mi figle, ale czułam, że moje serce boli mnie bardziej z każdą sekundą bycia tutaj. Jeśli tak dalej będzie się działo, nie wiem jak długo to zniosę.
Kiedy już będę Luną, nie będzie dobrego sposobu, by kiedykolwiek uciec z tego stada. Kiedy zostanę Luną, będę przywiązana do tego stada umysłem, sercem i duszą.
Zaczęłam się zastanawiać nad ceremonią. W moim starym stadzie, Alfa Archibald opowiedział mi kiedyś o ceremoniach powitania Luny, podał mi kilka przykładów tradycji w stadach. Pamiętam, że wspomniał o sforze Nocnych Wędrowców, wspominał o niej dość często, chyba dlatego, że była to sąsiednia wataha.
Kiedy Luna zostaje powitana przez stado, zawsze odbywa się bieg z grupą "wybrańców" Alfy, może to być rodzina, przyjaciele lub najwyżsi rangą.
Nie potrafiłam się przemieniać. Nie byłam nawet szybka jako człowiek, byłam tak samo silna jak każdy inny człowiek. To powitanie będzie musiało być inne, jak wszystko związane ze mną. Nadal nie wiedziałam, co wataha myśli o tym, że nie umiem się zmieniać.
Urodziłam się, by się wyróżniać, nie w dobry sposób, ale nie ma sposobu, bym mogła to kiedykolwiek zmienić. Dla dobra stada postaram się być tak normalna, jak to tylko możliwe i będę trzymała moje sekrety w tajemnicy do dnia mojej śmierci, a jeśli zajdzie taka potrzeba, nawet dłużej. Jeśli ochrona stada będzie ostatnią rzeczą, jaką zrobię, umrę z honorem.
Nawet jeśli Alfa powiedział, że nie będę miała żadnych obowiązków jako Luna to i tak byłam odpowiedzialna za bezpieczeństwo watahy. Gdyby tylko Alfa wiedział jakim zagrożeniem jestem ja sama. Jakie niebezpieczeństwo mogę sprowadzić.
Moje serce bolało teraz bardziej niż kiedykolwiek. Miałam dwóch towarzyszy, a żaden z nich mnie nie chciał.
Już miałam wyjść, by udać się do swojego pokoju, gdy drzwi wejściowe się otworzyły. Przez drzwi weszła kobieta. Była pulchna i przez to chodziła nierówno, nosiła spódnice, które kończyły się poniżej kolan, jej włosy były brązowe, ale miejscami szarawe.
Jej brwi były jakby zapadnięte, a usta lekko wydęte, na prawym policzku miała pieprzyk, który był całkiem sporych rozmiarów. W rękach trzymała koszyk i trzy inne torby, wyglądała jakby trudno jej było to wszystko udźwignąć.
-Pomogę pani - powiedziałam z uśmiechem na twarzy, wyciągnęłam ręce, aby chwycić niektóre z toreb. Ale kobieta cofnęła się i potrząsnęła głową.
-Nie - powiedziała ostro, i odeszła spiesząc się z wszystkimi torbami uderzającymi o jej nogi.
Poszłam za nią. - Nie mam nic przeciwko pomaganiu - wykrzyknęłam, ale nawet gdy doszłyśmy do kuchni, nie odpowiedziała mi.
Położyła swoje torby i koszyk na blacie kuchennym i zaczęła układać wszystko na półkach, wciąż się spiesząc i mamrocząc coś pod nosem. Działała chaotycznie.
Chciałam pomóc, bo wyglądało na to, że nikt inny nie przyjdzie, więc wzięłam coś z jednej z toreb, ale nie zdążyłam nawet na to spojrzeć, gdy wyrwano mi to z rąk.
Zrezygnowałam i zajęłam miejsce przy blacie. - Jak masz na imię? - zapytałam ją.
-Helen - o dziwo odpowiedziała mi dość ostro, ale to przynajmniej był jakiś początek.
-Czy jesteś kucharką? - spytałam, ale nie uzyskałem żadnej odpowiedzi. To było oczywiste, że jest kucharką, ja tylko starałam się być przyjazna.
-Jeśli ci przeszkadzam, mogę wyjść? - zabrzmiało to bardziej jak pytanie niż stwierdzenie.
Wstałam, aby wyjść, gdy deska do krojenia z nożem i marchewkami zostały ostro rzucone przede mnie. -Potnij - powiedziała i odwróciła się do mnie plecami, aby znaleźć coś w szafce.
Ucieszyło mnie to, że faktycznie mogłam się do czegoś przydać. Nie mogę po prostu nic nie robić. Przez całe życie byłam omegą w stadzie. Zawsze mówiono mi, że mam gotować i sprzątać.
Skończyło się na tym, że pokroiłam marchew, cebulę, ziemniaki i trochę zieleniny do zupy, którą Helen robiła.
Teraz zdałam sobie sprawę, że nie powiedziałam jej moje imienia. -Mam na imię Adelie- rzuciłam.
-Służę Lunie i Alfie - powiedziała. Zakładam, że mówiła o mnie, więc wiedziała, kim jestem.
-Helen, mogę cię o coś zapytać? - spróbowałam, ale ona nie odpowiedziała tylko nadal kręciła się po kuchni. Była chodzącym bałaganem. Pracowała bardzo głośno i była niechlujna.
-Jesteś członkiem watahy i zastanawiałam się, czy mogłabyś odpowiedzieć na kilka moich pytań.
Może tylko w mojej głowie brzmiało to jak dobre pytanie, ale i tak to zrobiłam. - Co właściwie stało się z tą sforą dwa lata temu?
Po raz pierwszy zatrzymała się i faktycznie spojrzała na mnie, wpatrywała się we mnie stojąc bez ruchu.
-Nie wiem o czym mówisz - powiedziała, odwracając się z powrotem do swojej pracy.
Ale zobaczyłem, że coś błysnęło w jej oczach. Smutek. Złość. Strach.
-Proszę, Helen - powiedziałam, podchodząc do niej i biorąc jej ręce w swoje.
Helen zmarszczyła brwi, ale widziałam, że chciała coś powiedzieć. - Nie wolno nam mówić o przeszłości.
-Muszę wiedzieć. Wiedza o tym, co się stało może mi pomóc - byłabym w stanie pomóc stadu o wiele bardziej. Może dowiedziałabym się, co tak bardzo dręczyło Alfę. Może gdybym wiedziała, mogłabym z nim o tym porozmawiać.
Musiałam wiedzieć, czy Alfa rzeczywiście był tak zły, jak wszyscy mówili. Może te plotki były błędne. Wyczuwałam w nim dobre serce...
I może wtedy rzeczywiście chciałby, żebym została jego towarzyszką.
-Luna... - Helen powiedziała cicho.
-Tak? - spytałam.
-Nie - potrząsnęła głową. - Inna Luna.
Moje serce przyspieszyło.
Inna Luna? O czym ona mówiła?
-Co masz na myśli Helen? Proszę, powiedz mi!
Miała zamiar mówić, ale wtedy usłyszałam ciężkie kroki i jego zapach za mną. Helen spojrzała przez moje ramię, jej oczy były szeroko otwarte.
Odwróciłam się, a mój żołądek wywinął salto.
Stał za mną.
Alfa Kairos.
I wyglądał na wściekłego.
Continue to the next chapter of Nimfa i Alfa - druga szansa