
Desperacja
Rozdział 3
MINA
Wiedziałam, że schudłam. Te kilka ciuchów, które miałam, było za duże. Ale nie miałam zbyt wiele do stracenia. Przez większość czasu jedynym posiłkiem w ciągu dnia była paczka chipsów. Nosiłam ze sobą butelkę z wodą i napełniałam ją tak często, jak się dało.
Był ładny jesienny dzień. Siedziałam na ławce, słuchając odgłosów bawiących się dzieci.
Pamiętałam, jak przychodziłyśmy tu z mamą, kiedy byłam mała. Huśtawki były moimi ulubionymi. Mama siadała i patrzyła, jak huśtam się godzinami. Musiała mnie zatrzymywać, kiedy przychodził czas wracać do domu.
Teraz siedziałam tam i obserwowałam przechodzących ludzi. Chciałam być jak oni – iść do pracy lub z pracy, albo po prostu cieszyć się dniem z rodziną. Otarłam łzę.
Spojrzałam na zegarek. Szybko poszłam do łazienki, żeby się umyć przed nocą.
Zużyłam resztki mydła dwa dni wcześniej. To, co było w parku, nie było najgorsze, ale moje włosy wyglądały przez to okropnie.
W pewnym momencie zorientowali się, że śpię tam w środku. Teraz zamykali łazienkę na noc, kiedy robiło się ciemno. Musiałam spać na ławce. Wybrałam taką, która była z dala od ludzi, żeby mnie nie widzieli.
Noce robiły się coraz zimniejsze. Mój stary, poddarty koc nie ogrzewał mnie zbyt dobrze. Lepszy oddałam miłemu starszemu panu, który nie miał żadnego.
Czułam się, jakbym żyła tam od lat, a minęło zaledwie kilka miesięcy. Nawet obchodziłam swoje dziewiętnaste urodziny. Cóż, nie nazwałabym tego świętowaniem. Zjadłam banana.
Myśl o życiu na zewnątrz zimą przerażała mnie. Próbowałam w schronisku dla kobiet po drugiej stronie miasta. Ale nie byłam ofiarą przemocy domowej i nie miałam dzieci, więc nie mogłam zostać. Odmówiłam powrotu do tego drugiego.
Byłam bardzo ostrożna od czasu incydentu w schronisku. Każdy dźwięk i ruch przyciągał moją uwagę. Widziałam ludzi przechodzących obok i spuszczałam głowę. Oglądałam się za siebie, żeby upewnić się, że się nie odwrócą i nie zaczną mnie śledzić.
W końcu dotarłam do mojej ławki na noc. Sprawdziłam torbę jeszcze raz, żeby się upewnić, że niczego nie zostawiłam w łazience. Wyciągnęłam poddarty koc. Położyłam się na kolejną okropną noc.
***
Jeszcze raz umyłam się najlepiej, jak mogłam, włożyłam sukienkę i wyszłam szukać pracy. Nikt nie chciał mnie zatrudnić. Nie byłam zaskoczona. Czułam rosnącą frustrację. Usiadłam na kilka minut. Wpatrywałam się w swoje ostatnie dwa dolary. Wiedziałam, że nie będę w stanie nic zjeść. Ale przynajmniej mogłam kupić filiżankę gorącej kawy.
Westchnęłam, zdając sobie sprawę, że za kilka godzin będę całkowicie bez grosza. Jakiś mężczyzna usiadł obok mnie. Spojrzałam na niego. Garnitur Armani opinający się na mięśniach i lśniące czarne buty. Ciemne włosy lekko opadające na jasne zielone oczy. Wyglądał bardzo atrakcyjnie.
„Robi się zimniej” – powiedział, wyrywając mnie z zamyślenia. „Nie masz kurtki, młoda damo?”
Nie wiedziałam, co powiedzieć, więc tylko skinęłam głową i mocniej przycisnęłam torbę.
Odwrócił się, żeby na mnie spojrzeć. „Jak długo mieszkasz w parku?”
„C-co sprawia, że myślisz, że jestem bezdomna?”
Zmierzył mnie wzrokiem. „Twoja sukienka jest za duża, masz dziury w butach, a twoja torba jest bardzo stara i zniszczona.” – Wskazał na moje ręce. „I sposób, w jaki trzymasz te pieniądze – boisz się, że je stracisz. Kiedy ostatnio jadłaś porządny posiłek?”
„Wszystko w porządku.” – Ale szczerze mówiąc, nie pamiętałam, kiedy ostatnio zjadłam coś porządnego.
Wstałam, żeby odejść.
„Chodź, zapewnię ci posiłek, gorący prysznic i porządne łóżko.”
„Nie pójdę do schroniska i nie potrzebuję twojej jałmużny.”
Wyciągnął do mnie rękę. „To nie jałmużna. To układ.”
Jego oczy były życzliwe, ale wciąż martwiłam się o zimno. Wiedziałam, że nie przetrwam tam dużo dłużej. „Jaki układ?”
Pociągnął mnie za rękę, stawiając na nogi.
„Omówimy szczegóły później” – powiedział. „Ale najpierw chodź.”
Zaprowadził mnie do swojego samochodu. Czarny bentley z miękką czarną skórzaną tapicerką.
Kiedy wyjeżdżaliśmy z miasta, zdałam sobie sprawę, że gdyby miał mnie zabić i porzucić moje ciało gdzieś tutaj, nikt nawet by nie zauważył, że zniknęłam.
„Dokąd jedziemy?” – Strach był wyraźny w moim głosie.
Roześmiał się. „Nie martw się, nie zabiję cię. Mógłbym to zrobić jeszcze w parku.” – Spojrzał na mnie i uśmiechnął się. „Jedziemy do mojego domu.”
Trzymałam się torby i starałam ukryć swój strach. Zastanawiałam się, dlaczego w ogóle wsiadłam do samochodu z tym mężczyzną. To nie było coś, co normalnie bym zrobiła. Ale chyba kiedy nie masz nic do stracenia, wszystko wygląda inaczej.
Patrzyłam, jak miasto coraz bardziej się oddala.
Continue to the next chapter of Desperacja