
Przeddzień pożądania
Autorzy
Eni Gem
Lektury
17,3K
Rozdziały
40
Rozdział 1
VY
W tym roku deszcz ledwie dotknął Nowej Ziemi. Niebo odwróciło się od nas, pozostawiając popękaną i martwą ziemię.
Uprawy uschły, a rzeka, która kiedyś płynęła rwącym nurtem, była teraz zaledwie cienką strużką błota.
Próbowaliśmy wszystkiego: racjonowania, handlu, wysyłania ekip, by błagać lub wymieniać się z innymi frakcjami. Ale nikt nie miał już zapasów, wszyscy ledwo wiązali koniec z końcem.
W akcie desperacji uruchomiliśmy maszyny pogodowe, ale kiedy odważyliśmy się ich użyć, wypluły z siebie tylko kwaśny deszcz, paląc to, co jeszcze nam zostało.
Starszyzna mruczała pod nosem, że zachwialiśmy równowagę, otworzyliśmy coś naszym wtrącaniem się, pozwalając toksynom przenikać z zewnętrznej półkuli. Może mieli rację.
Ja wiedziałam tylko jedno: nic nie działało.
O świcie patrzyłam, jak matka klęczy w ogródku, przesypując pył przez palce, jakby był ze złota. Troskliwie pielęgnowała sadzonki, próbując wykrzesać życie z upartej ziemi.
Wokół niej inne kobiety poruszały się w określonym celu: niektóre naprawiały ubrania, inne rozdawały skromne porcje zupy głodnym dzieciom.
Najmłodsze dziewczynki pomagały, ucząc się rytmu przetrwania, który stał się ich dziedzictwem.
Nie każda kobieta była uwiązana do ogrodu czy domowego ogniska. Niektóre pracowały jako naukowcy, inżynierowie czy medyczki.
Ale po ślubie oczekiwano od nich zmiany ról; miały skupić się na domu, na dzieciach, na utrzymywaniu kruchych nici naszego społeczeństwa. Innymi słowy, ich przyszłość była dla nich zaplanowana.
Mężczyźni, bez względu na to, czy byli żołnierzami, naukowcami czy uczonymi, dźwigali ciężar ochrony i zaopatrzenia.
Zostałam obiecana Darrekowi, faworyzowanemu przez radę żołnierzowi: przystojnemu i wygadanemu. Moi rodzice myśleli, że to zapewni mi bezpieczeństwo: siła i obowiązek, połączone w jedno.
Ja jednak chciałam czegoś więcej niż cichego posłuszeństwa i rodzenia dzieci. Pragnęłam wolności, szansy na odkrywanie, by sięgnąć poza gwiazdy. Nie chciałam być uwiązana do życia, którego nie wybrałam.
Tego ranka, gdy wioska dopiero się budziła, przybyło dwóch posłańców. Ich mundury były nieskazitelne, a twarze nie zdradzały żadnych emocji.
Nieśli list z kobaltową pieczęcią: wezwanie rady do broni. Kiedy szli w moją stronę, przez tłum przetoczyły się szepty. Wzięłam list, czując jego ciężar.
W domu, z drżącymi rękami, rozłożyłam dekret i przeczytałam go na głos matce.
„Spotkanie w sprawie misji odbędzie się dziś wieczorem w Placówce Sektora 14. Wszyscy ochotnicy, bez względu na przynależność do frakcji, mają zgłosić się do służby.
„Sprzęt zostanie zapewniony. Możliwy jest natychmiastowy wylot. Ta misja jest kluczowa dla naszego przetrwania”
Te słowa były pieśnią syren dla każdego, kto kiedykolwiek marzył o gwiazdach i przeżył, by o tym opowiedzieć.
Ludzi takich jak ja: Vy, weteranki niemal samobójczych misji, naukowca, odkrywczyni, upartej ocalałej.
Nazywali nas ochotnikami, ale my wiedzieliśmy, co oddajemy: nasz czas, nasze życia, za obietnicę postępu i odkryć.
Trudy życia wyryły głębokie zmarszczki zmartwienia wokół oczu mojej matki. „Vy, musisz zostać. To zbyt niebezpieczne. Potrzebujemy cię tutaj”.
Nienawidziła tego, że goniłam za horyzontem, nienawidziła strachu, który zżerał ją od środka. Tak czy inaczej, nie miałam wyboru. Zignorowanie wezwania na misję było ciężkim przestępstwem, więc wiedziałam, że muszę iść.
Spojrzałam jej w oczy. „Mamo, to coś większego niż my. Byłam tam; potrzebują mnie. Ta misja to nasza szansa. Dla dzieci, dla ciebie”.
List jasno określał nasz cel: znaleźć surowce potrzebne nam do przetrwania.
Ścisnęła moją dłoń, rozdarta między strachem a dumą. Obiecałam, że będę ostrożna i że wrócę.
To nie był mój pierwszy raz poza naszą planetą, ale po raz pierwszy rada zjednoczyła wszystkie frakcje w misji o przetrwanie: desperackim wysiłku ostatniej szansy.
Zadanie było niebezpieczne, może nawet śmiertelne, i wszyscy o tym wiedzieli.
Ale jaki mieliśmy wybór? Nowa Ziemia umierała, a czas uciekał.
Tej nocy usiadłam na swoim łóżku, z drżącym w dłoni listem, wpatrując się w metalowy sufit.
Moje myśli uciekły do opowieści o Starej Ziemi: o tym, jak nasi przodkowie zatruli powietrze, zamienili technologię w potwory i spalili kontynenty na szkło.
Czasami czułam, jakbyśmy byli tylko cieniami, potykającymi się w cudzym koszmarze.
Nigdy nie widziałam tamtej planety, urodziłam się tutaj, na Nowej Ziemi, ale same opowieści wystarczyły: zanieczyszczenia, które dusiły dzieci, wojny o wodę, a na koniec świat, na którym nikt nie mógł przetrwać.
Tutaj, na Nowej Ziemi, mieliśmy postępować lepiej.
A jednak byłam tu i zastanawiałam się, czy nie popełniamy tych samych błędów.
Pytania zawsze sprowadzały na mnie kłopoty. Jaki był sens przetrwania, jeśli wszystko, co robiłeś, to odpędzanie śmierci na kilka kolejnych lat? Może cel był luksusem dla ludzi z pełnymi żołądkami.
Ale nie mogłam odpuścić. Widziałam wiele innych planet w bliskim zasięgu, dwie z nich z bliska: wrogie, piękne, ale niezdatne do życia.
Można było tam wylądować, ale żeby przetrwać choć godzinę, trzeba było mieć własny zapas tlenu i skórę grubszą od stali.
Ich powietrze było gęste od metanu i dwutlenku siarki. Żadne ludzkie płuca by tego nie przetrwały, a niedotlenienie wykończyłoby cię w kilka minut.
Dzika przyroda? Ostatnim razem coś wielkiego i głodnego goniło nas przez kwaśne bagna. Udało nam się uciec o włos.
Mimo to wciąż tam wracałam, napędzana ciekawością i głodem nieznanego. Ale te miejsca niczego nam nie oferowały.
Podeszłam do biurka, wodząc palcem po zniszczonych mapach gwiezdnych, których orbity były wypalone w moim umyśle. To nie były tylko wykresy; to były wspomnienia miejsc, w których byłam.
Czasami marzyłam o wybawicielu: bóstwie czy obcym, wszystko mi było jedno. O kimś, kto przechyliłby szalę na naszą korzyść.
Religia to osobna kwestia; na Starej Ziemi rozpoczynała wojny i kończyła cywilizacje. Jeśli istniał jakiś bóg, to się odwrócił albo nigdy nas nie obchodził.
Jako naukowiec szukałam dowodów. Istniała szansa, że istnieją inne istoty. Kosmici. Zgodnie z tym, co czytałam, ale nigdy nie przybyli, by nas uratować.
Ostre pukanie przerwało to zamyślenie. Podskoczyłam z walącym sercem. Nikogo się nie spodziewałam, a już najmniej dzisiejszego wieczoru, skoro za chwilę miałam wyruszyć.
Kiedy otworzyłam drzwi, stali tam Zarfis i Glordin, z plecakami przerzuconymi przez ramię i kurzem przyklejonym do butów.
Moja załoga: ci, którzy podążali za mną, gdy wzywała przygoda. Jasna i ostra ulga zaparła mi dech w piersiach.
„Chyba dostaliście wezwanie” – powiedziałam, szczerząc zęby.
Zarfis uśmiechnął się krzywo. „Za nic w świecie bym tego nie przegapił, choćby to był koniec świata”.
Glordin skinął głową. „Pomyśleliśmy, że powinniśmy jechać razem. Rada wzywa do Placówki Sektora 14 na dzisiejszy wieczór. Ochotnicy z każdej frakcji. Wielki plan”.
„Widziałam. Dajcie mi chwilę”. Już wcześniej spakowałam wszystko do plecaka — ubrania, mój podniszczony dziennik, ulubiony długopis i scyzoryk.
Czekali obok naszego starego łazika, ładowanej energią słoneczną sześciokołowej bestii o nazwie Dustrunner, zbudowanej z myślą o trudnym terenie i trującym powietrzu.
Ruszyliśmy przez popękaną równinę, a osada malała za naszymi plecami.
***
Placówka była fortecą z kopuł, otoczoną buczącymi od napięcia ogrodzeniami.
Wewnątrz, centrum dowodzenia było mieszaniną nerwowych głosów i unoszących się ekranów: map, skanów atmosferycznych i odczytów zasobów.
Rada zawsze wierzyła w technologię: satelity, drony, roboty badawcze i maszyny pogodowe.
Ale każdy system ich zawiódł, odkąd zaczęli zbyt mocno naciskać na wyniki.
Maszyny pogodowe, ich ostatnia nadzieja, przyniosły odwrotny skutek, zmieniając te resztki deszczu w kwas i wypalając uprawy aż do korzeni i pyłu.
Teraz, nie mając się już do kogo zwrócić, rada wezwała ochotników. Naukowców, żołnierzy, medyków, inżynierów: każdego, kto ich zdaniem mógłby przeprowadzić tę misję.
Liderka Rady, Mira, stała na przedzie w otoczeniu głów innych frakcji. Jej głos przebijał się przez niespokojne szepty.
„Wiecie, dlaczego tu jesteście. Nowa Ziemia umiera. Potrzebujemy innego świata: zasobów, wody, ewentualnie miejsca, do którego moglibyśmy się przenieść. Wysłaliśmy drony, sondy, wszystko, co mieliśmy.
„Ale to wszystko nie ma znaczenia, jeśli nie ma miejsca zdatnego do życia dla ludzi. Czy ktoś natrafił na prawdziwy trop?”
Jeden po drugim, eksperci wychodzili naprzód, każdy ze zdjęciami satelitarnymi, raportami z czujników, danymi z odległych lądów.
Jeden z naukowców opisał planetę z płynnymi oceanami, ale tamtejsze powietrze było toksyczne: jeden oddech zabiłby człowieka w kilka minut.
Inny wspomniał o świecie z powietrzem nadającym się do oddychania, ale o tak miażdżącej grawitacji, że łamałaby kości i zatrzymywała serca. Każda możliwość obracała się w popiół: było tam zbyt zimno, zbyt gorąco, zbyt trująco lub zbyt dziko.
A co gorsza, żaden z nich nigdy tam nie wylądował. Każda frakcja używała zwierząt lub technologii, by przetestować atmosferę. Byłoby o wiele lepiej, gdyby doświadczyli tej planety na własnej skórze.
Rada i ochotnicy ufali swoim maszynom, ale maszyny nie krwawiły, nie dusiły się i nie wiedziały, jak to jest uciekać, ratując życie pod czarnym, obcym niebem.
Słuchałam, rozpoznając nazwy i liczby. Byłam tam, chodziłam po tych skałach, smakowałam zatrute powietrze przez maski tlenowe, widziałam burze rozrywające statki na kawałki.
Niektóre z tych miejsc wyglądały z daleka pięknie, ale z bliska były zabójcze.
Pomieszczenie ucichło. Ramiona Miry opadły. „Musi zostać jeszcze jakieś miejsce. Takie, którego nikt nie próbował. Choćby plotka, jakakolwiek szansa”.
Wszystkie oczy spoczęły na mnie. Byłam odkrywczynią, tą, która naprawdę postawiła stopę w różnych miejscach, nawet tych, o których wspomnieli.
Pomyślałam o ostatniej planecie, którą badałam: świecie z chmurami metanu i siarki, gdzie ziemia syczała i zapadała się pod stopami.
Przed nią, widziałam zamarzniętą sferę, na której samo powietrze skrystalizowałoby się w płucach po wzięciu oddechu.
Uciekałam przed drapieżnikami na kwaśnych bagnach, obserwowałam przesuwające i zapadające się krajobrazy. Za każdym razem miałam nadzieję na coś lepszego i za każdym razem to mi umykało.
Wystąpiłam naprzód. „Sprawdziliśmy wszystkie osiągalne układy. Dane niczego nie przeoczyły. Ale możemy spróbować polecieć za Zasłonę, choć to miejsce prawie nie jest naniesione na mapy, a na skanerach widać głównie szumy i zakłócenia. Nikt nie zapuścił się tak daleko. Ale jeśli chcemy mieć prawdziwą szansę, właśnie tam bym wyruszyła”.
Pojawiło się kilka sceptycznych twarzy, ale nikt nie protestował. Nie mieliśmy już nic do stracenia.
Mira skinęła głową, wyczerpana, ale zdeterminowana. „Taki jest zatem plan. Weźcie wszystko, czego potrzebujecie. Znajdźcie coś, cokolwiek. Nieważne co, byle dało nam nadzieję”.
Potem rozkazy padły szybko. Zarfis i Glordin stanęli u mojego boku, z gotowymi plecakami. Wszyscy nosiliśmy identyczne skafandry kosmiczne, wygodne i lekkie, ale w kolorach naszych sektorów.
Nasze były granatowe, ale widziałam też wojskową zieleń, musztardową żółć i fiolet. Brązowe leżały złożone na stole, ponieważ ich ochotnicy się nie zjawili. Miałam pewność, że wpadli w wielkie kłopoty.
Ale żołnierze mieli na sobie czarne kamizelki kuloodporne. Jeszcze nie były całkiem potrzebne.
Radzie skończyły się opcje. Nie dbali już o to, w co celujemy, bylebyśmy celowali gdziekolwiek. Obraliśmy kurs w nieznane: poza mapę, w pustą plamę przestrzeni i nowych możliwości.
Pozostała nam tylko nadzieja, że znajdziemy coś, czego maszyny nie potrafiły dostrzec, coś, czego jeszcze nie widzieliśmy.
***
W doku, cichym z wyjątkiem tupotu butów i brzęku sprzętu, ustawiliśmy się gęsiego i ruszyliśmy do wnętrza statku.
Każdy ochotnik dostał plecak: zapas hermetycznie pakowanych racji żywnościowych na wiele miesięcy, apteczkę, zniszczony tablet z mapami i lokalizatorami, krótkofalówkę oraz mały pistolet.
Mój plecak był ciężki, nadzieja wtłoczona w baterie i każdy jego gram.
Statek lśnił na niebiesko w świetle reflektorów. Drzwi się zatrzasnęły, a do środka z sykiem wpadł zimny, ostry tlen. Wepchnęłam plecak pod siedzenie, usiadłam i z walącym sercem wyciągnęłam mapę.
Nie spodziewałam się Darreka: żołnierza, ulubieńca rady, mojego przeznaczonego narzeczonego. Nie zarejestrował się podczas odprawy, ale oto był, stojąc ze swoją załogą.
Kiedy zauważył, że mu się przyglądam, podszedł bliżej. „Witaj, Vy” – powiedział głosem gładkim jak tajemnica.
Trzymałam się na dystans. „Nie spodziewałam się ciebie tutaj”.
Uśmiechnął się, pewny siebie jak zawsze. „Nie pozwoliłbym, żeby moja przyszła żona wędrowała przez pustkę sama”.
Skupiłam się na trzymanej w dłoni mapie, kreśląc palcem ścieżkę, którą tylko ja znałam. „Nie potrzebuję ochrony. To nie jest moja pierwsza misja”.
„Nie, ale po raz pierwszy przewodzisz za Zasłonę. Stawiałaś już czoła potworom, jednak nikt nie wie, co czeka na nas tam”. Delikatnie, lecz stanowczo sięgnął mojej brody.
Pożądanie zamigotało, ale zdusiłam je w sobie. Może, jeśli przeżyjemy, pozwolę sobie go pragnąć. Nie teraz.
„Skup się” – powiedziałam, odpychając jego dłoń. Piloci zajęli swoje miejsca w hełmach naszpikowanych czujnikami. Tak samo zrobiła reszta, zajmując losowe fotele.
„Gotowi?” – zapytałam.
„Gdy tylko zapniecie pasy. Trzymajcie się mocno, ma mocnego kopa”.
Darrek wsunął się obok mnie. Reszta wydawała się blada i spięta. Silniki zabuczały, grawitacja się przechyliła.
A potem ciśnienie wcisnęło mnie w fotel. Dłoń Darreka odnalazła moją. Ścisnęłam ją z wdzięcznością.
Nowa Ziemia skurczyła się w oknie. Wpatrywałam się w pusty sektor przed nami: żadnej mapy za otchłanią, żadnej pewności, jedynie uparta nadzieja, że w ciemności coś na nas czeka.
Wystartowaliśmy, goniąc za przyszłością, którą przeoczyły nasze obserwacje.












































