
Naznaczona Księga 4
Autorzy
Lektury
217K
Rozdziały
39
Jaskinia Tajemnic
Oczy w Cieniu i Srebrze
Księga 1: Srebrna Strażniczka
Mroczny las był gęsty. Drzewa rosły zaledwie kilka metrów od siebie. Jednak mój szybki refleks i zwinne ciało pozwalały mi łatwo biegać między nagimi pniami i przeskakiwać nad wystającymi korzeniami.
Wiatry sprowadziły na nasze małe miasteczko bezlitosną burzę. Większość ludzi szukałaby teraz schronienia w swoich ciepłych domach. Ja jednak byłam udręczoną duszą, która potrzebowała ulgi.
Z każdym oddechem czułam w nosie zapach świeżego powietrza, błota i mokrej trawy. Silny deszcz przemoczył moje futro, ale zawracanie nie miało teraz sensu. Byłam bardzo blisko schronienia.
Skręciłam w lewo w stronę polany. Moje łapy zagłębiały się w podmokłym poszyciu lasu, a błoto brudziło moje białe futro.
Znajoma formacja skalna pojawiła się między drzewami. Zmusiłam swoje łapy, żeby poruszały się szybciej.
Piekły mnie płuca, a nogi wydawały się sztywne. Jednak to była tylko kwestia chwil, zanim będę mogła nacieszyć się ciepłem mojego sekretnego miejsca.
Silny wiatr uderzył mnie w twarz niczym policzek, gdy wybiegłam z lasu, który chronił mnie przed gniewem Matki Natury.
Walczyłam z siłami żywiołu, aż dotarłam do wejścia do jaskini. Była wystarczająco duża, by pomieścić moje ogromne ciało.
Gdy znalazłam się w środku, wyrwało mi się westchnienie ulgi. Jaskinia nie była tak ciepła jak nasz dom. Mimo to było tam lepiej niż na zewnątrz.
Otrzepałam się, żeby pozbyć się nadmiaru wody z mojego białego futra, opryskując ściany kroplami.
Słońce wciąż chowało się za ponurymi chmurami na niebie. Przez to moje otoczenie było ciemne i upiorne. Jednak mój wilk pozwalał mi widzieć rzeczy, których zwykłe ludzkie oczy nie potrafiły dostrzec.
Wyczerpana położyłam się na kamiennej podłodze. Rozkoszowałam się dźwiękiem deszczu i samotnością.
Od dni nie słyszałam takiej ciszy. Nasz dom od prawie tygodnia był w stanie niekończącego się konfliktu.
Jeśli mama i tata nie kłócili się o szczegóły naszej jutrzejszej podróży służbowej, to kłóciłam się z mamą albo z moimi braćmi.
Podróże służbowe nie były dla nas niczym niezwykłym. Jesteśmy jedną z najbardziej znanych rodzin alfa na świecie. Ale Sezon Godowy zaczynał się za zaledwie kilka dni.
Mieliśmy wyjechać na co najmniej tydzień. Nie chciałam spędzać pierwszych dni Sezonu Godowego z obcymi wilkami na obcych ziemiach.
Najgorsze było to, że nikt nie chciał zdradzić tożsamości watahy, którą mieliśmy odwiedzić. Nikt też nie powiedział, dlaczego to spotkanie było konieczne. Moi rodzice twierdzili, że chodzi o bezpieczeństwo, ale trudno było mi to zrozumieć.
W Sezonie Godowym żadna wataha nie była ważniejsza od naszej. Tych słów uczono mnie i moich braci od urodzenia.
Sezon Godowy był świętym czasem dla wszystkich wilków. To czas, kiedy poddajemy się naszym zwierzęcym instynktom i odkrywamy naszą seksualność, dopóki nie znajdziemy swojego przeznaczonego partnera.
Podczas naszej podróży mogło się nic nie wydarzyć, ale miałam tu swoje obowiązki. Miałam ludzi, którzy na mnie liczyli...
Czerwony błysk mignął mi przed oczami w pobliżu wejścia.
Podniosłam się na nogi. Odsłoniłam moje śmiercionośne kły i postawiłam uszy do przodu, żeby pokazać swoją władzę.
Burza wciąż szalała, więc cokolwiek było na zewnątrz, mogło być niebezpieczne.
„Diana?”
Głos w mojej głowie był nie do pomylenia. Ale dopiero kiedy rude futro stało się w pełni widoczne przy wejściu, opuściłam gardę.
„Ciociu Everly?” zapytałam, używając więzi umysłu, która nas łączyła. „Co tu robisz podczas takiej burzy?”
Ruda wilczyca oblizała mokry pysk i otrzepała ciało, po czym weszła do jaskini. „Mogłabym cię zapytać o to samo” powiedziała i polizała mnie po policzku. „Czy twoja matka nie odchodzi od zmysłów z niepokoju?”
Wilczyca zaczęła się przemieniać. Jej futro zniknęło, a ciało stawało się coraz mniejsze, aż w miejscu rudej bestii stanęła ludzka sylwetka.
Ognistoczerwone loki opadały na jej nagie ramiona, gdy zbliżała się do kąta. Leżał tam stos grubych kocy.
„Trudno mi uwierzyć, że w ogóle zauważyła moje zniknięcie” powiedziałam, zanim ja również powróciłam do ludzkiej postaci.
Ból pękających i przestawiających się kości był szybki. Po ponad dwóch latach spędzonych z moim wilkiem, byłam do niego przyzwyczajona.
Everly westchnęła, podając mi koc do okrycia mojego nagiego ciała. „Co ona znów zrobiła?”
Usiadłam i splotłam końcówki moich białych włosów w palcach. „Nie słyszałaś o naszej jutrzejszej podróży?” zapytałam, przewracając oczami, żeby pokazać, co o tym myślę.
Everly opuściła ramiona i przechyliła głowę w prawo. „Myślę, że wszyscy wiedzą o waszej zbliżającej się podróży. Była dość niespodziewana, biorąc pod uwagę, że Sezon Godowy jest tuż za rogiem.
„Mimo to twoja matka podkreślała przed radą, że to niezwykle ważne, aby cała rodzina Loucrious pojechała razem”.
„I tego właśnie nie rozumiem” powiedziałam, krzyżując ramiona na piersi. „Co może być ważniejsze od przebywania z naszą watahą na początku Sezonu Godowego? Ja…”
Powstrzymałam się, zanim powiedziałam za dużo. Kochałam ciocię Everly jak członka rodziny, ale była najstarszą przyjaciółką mojej mamy. Prawdopodobnie stanęłaby po jej stronie i próbowała przekonać mnie, że się mylę. Zupełnie jak mama.
„Diano” powiedziała Everly i usiadła obok mnie. „Tu nie chodzi tylko o podróż i twoją matkę, prawda?”
Nie odpowiedziałam jej. Zamiast tego odwróciłam wzrok i udawałam, że nie usłyszałam pytania. Choć wiedziałam, że to nie zadziała. Znała mnie zbyt dobrze.
„Chodzi o Henriego?”
W mojej głowie pojawił się obraz mężczyzny o oliwkowej cerze. Myśl o jego nieregularnych, czarnych włosach i dołeczkach w policzkach sprawiła, że się uśmiechnęłam.
Henri nie był może najatrakcyjniejszym wilkiem w naszej watasze. Był za to miły i z pasją podchodził do swojej pracy malarza. Był też dobrym kochankiem.
Uwielbiałam słuchać inspirujących historii o jego obrazach. Chociaż poznaliśmy się dopiero w zeszłym sezonie, zamierzałam poprosić go o zgodę na naznaczenie, gdy tylko rozpocznie się tegoroczny Sezon Godowy.
„Tu nie chodzi tylko o Henriego” powiedziałam, wzdychając na myśl o Sezonie Godowym. „Złożyłam też obietnicę mojej przyjaciółce i ja…”
Podeszłam do tego zbyt emocjonalnie. Ugryzłam się w policzek i poczułam na języku metaliczny smak krwi.
„Posłuchaj, Diano” powiedziała Everly i objęła mnie ramieniem. „Wiem, że Sezon Godowy to jedyny czas, kiedy wilk alfa może badać potencjalną więź z partnerem, ale jesteś silna.
„Kilka dni dyskomfortu w cieniu natury twojego wilka nie powinno stanowić problemu dla jednej z największych wojowniczek Watahy Loucrious.
„Nie mam wątpliwości, że Henri będzie na ciebie czekał, gdy wrócisz”.
„A co, jeśli sobie nie poradzę?” zapytałam, wbijając paznokcie w moje nagie ramiona.
„A co, jeśli nie zapanuję nad swoim wilkiem? Instynkt alfy nakazuje się rozmnażać, Everly. Podczas mojego pierwszego sezonu było tak źle, że ledwo nad sobą panowałam”.
Przeszłam już dwa Sezony Godowe bez naznaczenia. Ale przerażała mnie myśl o utknięciu gdzieś indziej, z dala od rodziny i przyjaciół, na cały sezon, bo nie mogłam się kontrolować.
„Zdaje się, że zapominasz, do czego jeszcze jest zdolny wilk alfa, Diano” powiedziała Everly. Spojrzałam w górę i zauważyłam jej uśmiech.
„Wilk alfa ma większą kontrolę nad swoimi emocjami. Właśnie dlatego tak bardzo potrzebuje naznaczenia i Sezonu Godowego”.
Everly zaśmiała się cicho i pocałowała mnie we włosy. „Powinnaś była zobaczyć swoją mamę, kiedy była w twoim wieku. Dała twojemu ojcu nieźle popalić”.
Parsknęłam z rozbawieniem. „Nie mogę powiedzieć, że trudno mi w to uwierzyć”.
„Wiesz co” powiedziała Everly, odchylając się do tyłu. „Byłam tam w dniu, kiedy pokonała Ikara”.
Moje oczy rozszerzyły się z niedowierzania. „Naprawdę? Czy rzeczywiście była tak potężna, jak twierdzi tata?”
Linia krwi Loucrious słynęła nie tylko z tego, że jako pierwsza odwróciła się od naszych dawnych, dzikich wilkołaczych tradycji.
Mój przodek, Ikar, znajdował radość w rzezi niewinnych. Zabił nawet własną siostrę, po której dostałam imię, oraz jej dzieci.
Ta cała śmierć miała miejsce setki lat temu. Jednak mściwy łowca, uważany za męża Diany, poprosił o pomoc wiedźmę, która uczyniła ich oboje nieśmiertelnymi.
Od tego czasu Ikar był więźniem, którego strzegła nasza linia krwi. Przynajmniej do czasu, aż łowca przekonał mamę i tatę, by uwolnili Ikara z jego wiecznych łańcuchów i pomogli łowcy oczyścić świat z tego zła.
Jednak Ikar nie był tak słaby, jak przypuszczali.
Według taty pokonali go tylko dlatego, że mama zdawała się posiadać pewne tajemnicze moce. Ujawniły się one, gdy dotknęła nikczemnej duszy Ikara.
Prawdopodobnie ja też urodziłam się z tymi mocami, sądząc po naturalnej bieli moich włosów. Ale nigdy nie byłam wystarczająco blisko duszy tak mrocznej jak dusza Ikara, by się o tym przekonać.
Nigdy też nie chciałam znaleźć się w takiej sytuacji.
„Nie widziałam bezpośrednio walki między Rieką a Ikarem, ale poczułam siłę Ikara na własnym ciele” powiedziała Everly. Zacisnęła dłonie na materiale na piersi i zapatrzyła się w pustkę.
„Był taki potężny i taki…”
Everly zamilkła, a włosy na moim ciele stanęły dęba. „Twoja matka wiele przeszła, Diano. Wiem, że ona tylko pragnie, żebyście się dogadywały.
„Jeśli jednak twoja matka jest przekonana, że to spotkanie jest tak pilne, jak mówią, nie kwestionowałabym tego”.
Westchnęłam i ukryłam głowę w kolanach. Everly stała u boku mamy na dobre i na złe. Dobrze o tym wiedziałam.
Everly szturchnęła mnie w ramię. „A jak radzą sobie z tym twoi bracia?”
Głośno parsknęłam, a dźwięk odbił się od ścian jaskini. „Aspen nie chce tego po sobie pokazać, ale myślę, że jest dość zestresowany podróżą.
„Nie z tych samych powodów co ja. Ale ponieważ za kilka lat ma odziedziczyć tytuł alfy Loucrious po tacie, musi udowodnić, że jest na to gotowy”.
Aspen był ode mnie tylko piętnaście minut starszy, a ja byłam tylko dziesięć minut starsza od naszego drugiego brata, Cassiana.
To jednak czyniło Aspena naturalnym spadkobiercą naszego dziedzictwa alfy, chyba że zrzekłby się tytułu. Wtedy przeszedłby on na mnie. A ja nie chciałam dowodzić watahą. To była specjalność Aspena, nie moja.
Ja byłam wojowniczką. Tata szkolił mnie, odkąd tylko zaczęłam chodzić.
„A Cassian?” zapytała Everly.
Wzruszyłam ramionami. „Mamy teraz w domu istny dom wariatów. Wszyscy działają sobie na nerwy z powodu jutrzejszej podróży, a ja nie mogłam już tego znieść. Musiałam się stamtąd wyrwać”.
„Ach, tak” powiedziała Everly, przenosząc ciężar ciała. „To był główny powód, dla którego w ogóle pokazałam ci tę jaskinię”.
Zachichotałam, przypominając sobie moment, kiedy przyprowadziła mnie tu po raz pierwszy.
Nie mogłam mieć wtedy więcej niż trzynaście lat. Everly przyprowadziła mnie tu tuż po mojej pierwszej poważnej kłótni z mamą. Poszło o to, że jej zdaniem nie mogłam poświęcać całego swojego czasu na treningi.
Byłam z rodziny Loucrious, a to oznaczało, że czekały na mnie inne obowiązki.
„Naprawdę mnie wtedy uratowałaś” powiedziałam z uśmiechem. „I pewnie uchroniłaś też moich braci przed wieloma złamanymi żebrami.
„Gdybym nie miała tego miejsca, o którym wiedziałam, że mnie w nim nie znajdą, pewnie bym nie zapanowała nad gniewem”.
„Ten temperament masz po matce, to na pewno. Ale to właśnie robi ta jaskinia” powiedziała Everly. Wciągnęła powietrze jaskini, jakby to był zapach jej partnera. „Uspokaja cię”.
„Więc co ty tutaj robisz?” zapytałam i wywołałam dokładnie taką reakcję, na jaką liczyłam.
Everly zaniemówiła i zesztywniała jak posąg.
Zachichotałam. „Nie musisz mi mówić, jeśli nie chcesz”.
„Nie” powiedziała, pocierając kark. „Noah właśnie wrócił z kolejnej rozmowy rekrutacyjnej na studia.
„Kocham mojego syna. Ale wyjdę z siebie, jeśli będę musiała posłuchać o kolejnym równaniu nieliniowym, które prowadzi do zbawienia naszego świata”.
Nie wypadało się śmiać, widząc, że jej frustracja jest szczera. Jednak nie mogłam się powstrzymać. „Więc jesteś wyczerpana przez matematykę?”
Everly również zaśmiała się wtórując mojemu serdecznemu śmiechowi. „Możesz się teraz śmiać, ale pamiętam, jak musiał spędzać u ciebie dni i noce, żeby pomóc ci zdać egzamin z matematyki”.
Noah był zaledwie o kilka dni starszy od naszej trójki. Odkąd pamiętam, traktowano go jak członka rodziny, więc czasami czuliśmy się jak czworaczki, a nie trojaczki.
A przynajmniej tak było, dopóki nie skończyliśmy szesnastu lat i nie połączyliśmy się z naszymi wilkami.
„Więc zostawiłaś swojego biednego partnera, żeby sam sobie z tym poradził?”
Everly machnęła ręką w powietrzu, zbywając mnie. „Caleb radzi sobie z Noah o wiele lepiej niż ja w tych dniach. To może być nawet ulga, że mnie tam nie ma”.
„Ja…”
„Diana Loucrious!”
Głos mamy zaryczał w mojej głowie niczym okrzyk dowódcy na tonącym statku.
Ta jaskinia mogła być moim i cioci Everly sekretnym miejscem. Ale to nie powstrzymywało mamy od skontaktowania się ze mną za pomocą tej przeklętej więzi umysłu.
„Młoda damo! W jakim świecie uważasz, że wymykanie się w noc przed wyjazdem jest dopuszczalne? Wracaj tu natychmiast, albo wyślę Tropicieli, by cię szukali, dopóki cię nie wywęszą!”
Przełknęłam ślinę i poczułam, że zaschło mi w ustach. Była wściekła.
„Czy to była Rieka?” zapytała Everly, widząc, że z mojej twarzy odpływa krew.
Pokiwałam w milczeniu głową, niezdolna do jasnego myślenia. „Ja... hm...” Podniosłam się z podłogi i rozejrzałam dookoła jak zagubiony szczeniak. „Myślę, że mama w końcu zorientowała się, że zniknęłam”.
Krzywy uśmiech był jedynym, na jaki mogłam się zdobyć. Moje ciało drżało ze strachu przed samotną konfrontacją z mamą.
Spodziewałam się, że będzie zła. Już wcześniej była zestresowana, ale taką furię widziałam u niej zaledwie kilka razy.
„Muszę lecieć, ciociu. Pozdrów ode mnie Noah i wujka Caleba. I życz Noah powodzenia w aplikowaniu na studia”.
Moje kości zaczęły pękać, zanim jeszcze odrzuciłam koc. Przemiana w ogromną wilczycę, która przeraziłaby każdego nieświadomego człowieka, zajęła mi zaledwie kilka sekund.
„Diano” powiedziała Everly, zanim zdążyłam wyskoczyć z jaskini. Obejrzałam się za siebie. Miała zmarszczone brwi, a na jej twarzy malowało się zmartwienie.
„Bądź dobra dla swojej matki i daj jej trochę luzu. Ma wiele na głowie”.
Niechętnie pokiwałam głową.
To nie pogrzeb mamy będą musieli przygotować, jeśli nad sobą nie zapanuję. To będzie mój pogrzeb.
Deszcz nieco zelżał, więc nie traciłam już energii na to, by po prostu utrzymać się na nogach. Zamiast tego zużywałam ją, próbując przekroczyć granice możliwości wilczej prędkości.
Zwolniłam, gdy za drzewami pojawił się nasz dom.
Minęło nie więcej niż piętnaście minut, odkąd mama kazała mi wracać do domu. Ale z łatwością mogła się zająć czymś innym, zamiast na mnie czekać.
Moje ubłocone łapy zaniosły mnie na drugą stronę ogrodu, a moje oczy przeszukiwały budynek w poszukiwaniu otwartego okna.
Drzwi do salonu były lekko uchylone. Mogłam dostać się do środka niezauważona.
To mogła być pułapka, więc ostrożnie podeszłam bliżej, chowając się za każdym krzakiem i posągiem, jaki udało mi się znaleźć.
Pokój pozostał ciemny i opuszczony. Nie było w nim żadnych oznak życia ani wyczuwalnego ruchu.
Cicho pchnęłam drzwi, by wcisnąć do środka swoje ogromne ciało i nikogo nie zaalarmować.
Z mojego futra wciąż kapała woda, a moje łapy były całe w błocie. To nie było idealne rozwiązanie, ale nie mogłam się teraz przemienić. Mama bez wątpienia by mnie usłyszała.
„Więc w końcu zdecydowałaś się pojawić, Di”.
Zesztywniałam, a każdy włos na moim ciele stanął dęba.
Cassian siedział na krześle, odwrócony tyłem do okien. Nie mogłabym go zobaczyć z zewnątrz, nawet gdybym przeszukała wzrokiem każdy cal pokoju.
Niedbale bawił się drogim telefonem, a jego wąskie oczy spoczęły na moim sparaliżowanym wilku.
„Chętnie posłucham, co mama ma do powiedzenia na temat twojego zakradania się tutaj w ten sposób”.
„Nawet nie próbuj, Cass” zaryczałam w jego myślach i obnażyłam kły. Wydawało się, że uważa to bardziej za zabawne niż przerażające. Mój głos alfy na niego nie działał. W tamtej chwili byłam jednak gotowa spróbować wszystkiego.
Cassian dawno powinien był wyrosnąć ze swojego dziecinnego zachowania. Wydawało się jednak, że utknął w nim na dobre, zamieniając moje życie w piekło.
Żadne słowa nie przekonałyby go, żeby nie wołał mamy. Zamierzałam jednak upewnić się, że następnym razem pomyśli dwa razy, zanim zdecyduje się na mnie donieść.
Ruszyłam w jego stronę. Opuściłam głowę, jakbym śledziła bezradną ofiarę. Cass natychmiast zrozumiał, co próbuję zrobić. Było jednak za późno.
Malutkie ludzkie nogi Cassiana nie zaniosłyby go daleko, zanim bym go złapała.
„MAMO!” krzyknął Cassian, zanim moje łapy wylądowały na jego klatce piersiowej. Wybiłam z niego resztki powietrza.
Miał szczęście, że nosił w sobie wilczy gen. W przeciwnym razie ciężar mojego ciała zmiażdżyłby mu płuca.
Za nami rozległo się echo kroków. Wiedziałam, że nie minie dużo czasu, zanim w tym pokoju zapanuje chaos. Nie zamierzałam jednak tak łatwo odpuścić Cassianowi.
Cassian wił się jak robak pod moimi łapami. Widok go w takim stanie — bezradnego i słabego — był wręcz satysfakcjonujący.
„Złaź ze mnie, Diana!” krzyknął, uderzając mnie po nogach w daremnej próbie zrzucenia mnie z siebie.
„Jestem silniejsza od ciebie i zawsze będę. Dobrze by było, gdybyś o tym pamiętał” powiedziałam, warcząc na niego.
Wtedy jego oczy spotkały się z moimi. Zrozumiałam, że posunęłam się za daleko w swojej zemście. Jego tęczówki pojaśniały, a wargi wywinęły się, odsłaniając rosnące kły.
Cassian zaraz miał się przemienić.
„Diana! Cassian! Przestańcie, oboje!”
Głos mamy rozdarł powietrze, zmuszając mnie i Cassiana do znieruchomienia. Żadne z nas się nie poruszyło, gdy echo jej obcasów roznosiło się po salonie. Zbliżała się do nas.
Ledwo mogłam oddychać, dopóki nie stanęła przed nami, bezlitośnie mrużąc oczy.
„Wstawajcie” powiedziała, dając nam znak, żebyśmy się rozdzielili i stanęli na baczność.
Natychmiast puściłam Cassiana i uniosłam głowę jak prawdziwa wilcza wojowniczka. Przerażała mnie, ale nie chciałam, żeby Cassian to zobaczył. Nigdy by mi tego nie zapomniał.
Lata pełnienia roli Luny rodu Loucrious odbiły się na niej słabo widocznymi zmarszczkami wokół oczu.
Kosmyki jej dzikich, białych włosów już wymykały się z perfekcyjnej fryzury, w którą zostały ułożone. A jednak pozostała równie przerażająca, co w dniu, kiedy pokonała Ikara. A może nawet bardziej.
„Cassian” mama westchnęła, masując nasadę nosa. „Idź się umyć, skarbie, i poczekaj na mnie w gabinecie”.
Moje błotniste odciski łap sprawiły, że koszula Cassiana wyglądała jak dzieło sztuki nowoczesnej. Uśmiechnęłabym się, gdyby mama nie stała tuż przede mną.
Ciemnoblond fale na głowie Cassiana podskoczyły, gdy skinął głową, potwierdzając rozkaz mamy. Czekaliśmy w milczeniu, aż Cassian wyszedł z pokoju i zamknął za sobą drzwi.
Nadal się nie ruszałam, kiedy przechodziła obok mnie. Dopiero kiedy poczułam koc zarzucony na plecy, spojrzałam za siebie. Ujrzałam jej rozczarowaną twarz.
„Czy mogłabyś się z powrotem przemienić, Diano?” powiedziała mama, siadając z westchnieniem na kanapie.
Kiedy przybierałam ludzką postać, ból nadal mi towarzyszył. Nie był on jednak niczym w porównaniu z uczuciem ucisku w klatce piersiowej, który utrudniał mi oddychanie.
Moje ludzkie palce chwyciły rogi koca. Potem usiadłam obok niej.
Żadna z nas się nie odzywała. Zrobiłam to dopiero, kiedy cisza stała się dla mnie zbyt trudna do zniesienia.
„Przepraszam, mamo” wyszeptałam. Obracałam frędzle koca w ubłoconych palcach. „Po prostu potrzebowałam trochę świeżego powietrza, żeby ochłonąć. A z Sezonem Godowym tuż za rogiem… po prostu…”
„Dlaczego dzisiaj, Diano?” wyszeptała mama, wciąż nie potrafiąc na mnie spojrzeć.
Kłujące uczucie rozczarowania w jej głosie przeszyło moją skórę niczym igły. Jej wściekłe krzyki były przerażające. Ten ton jednak sprawił, że byłam na skraju łez.
Brzmiało to tak, jakby była bliska zrezygnowania ze mnie. To uczucie bolało jeszcze bardziej niż mierzenie się z gniewną bestią, która w niej drzemie.
Nie zawsze ułatwiałam jej życie. Jednak nigdy nie było moim zamiarem tak naprawdę jej zranić.
„Rozumiem, że nie uśmiecha ci się odwiedzanie innej watahy tak blisko Sezonu Godowego. Ale Wataha Oculum wezwała nas nie bez powodu. Powinniśmy byli wyruszyć w dniu, w którym przyszedł list.
„Jedynym powodem, dla którego tego nie zrobiliśmy, były ważne sprawy. Musieliśmy je tu najpierw dokończyć” wyjaśniła mama, skubiąc skórki przy paznokciach.
„Proszę, postaraj się zrozumieć, że nie robimy tego, żeby zdenerwować ciebie albo twoich braci”.
Moje usta zamieniły się w cienką linię, gdy przypomniałam sobie ostatnie słowa cioci Everly, zanim opuściłam jaskinię.
Mama położyła dłoń na mojej i czekała, aż moje oczy odnajdą jej spojrzenie.
„Wszyscy jesteście członkami rodziny Loucrious. To spotkanie ma potencjał, by ukształtować przyszłość naszej watahy. Dlatego to takie ważne, żebyśmy pojechali tam jako rodzina”.
Westchnęła, gdy nadal jej nie odpowiadałam. „Potrzebuję, żebyś to zrobiła, Diano. Jeśli nie potrafisz znaleźć w swoim sercu tyle dobroci, by zrobić to dla mnie, błagam cię, zrób to chociaż dla swoich braci i dla watahy”.
Jej dłoń drżała, gdy cierpliwie czekała na moją odpowiedź.
Wciąż chciałam dowiedzieć się więcej o tej Watasze Oculum. Zastanawiałam się, dlaczego byli tak ważni, że nie mogli poczekać jeszcze tygodnia na nasze odwiedziny.
Jednak echo opowieści cioci Everly o sile mamy i jej prośba, by dać jej trochę odetchnąć, sprawiły, że pokiwałam głową, zanim w ogóle uświadomiłam sobie, co robię.
„Dziękuję ci, skarbie” powiedziała mama, a na jej twarzy odmalowała się ulga.
„Nie masz nic przeciwko, żebym ukradł ci na chwilę mamę, Diano?”
Spojrzałam za siebie i zobaczyłam tatę, który do nas podchodził. Nie wiem, jak długo tam stał, ani ile usłyszał. Mama uśmiechnęła się przyjemnie, gdy jego dłonie spoczęły na jej ramionach.
„Prysznic jest wolny. Możesz z niego skorzystać, kiedy tylko będziesz gotowa” powiedział tata, masując ramiona mamy.
„Nie siedź za długo. Większość dnia spędzimy w powietrzu, ale wieczór będzie długi. Odpocznij, dopóki możesz”.
Tata uśmiechnął się i pocałował mnie we włosy. Potem chwycił mamę za rękę i wyprowadził ją z pokoju. Zostałam zupełnie sama w ciemności.
Oparłam się o miękki materiał kanapy. Rozkoszowałam się spokojem ciszy, myśląc o powadze mojej obietnicy.
Wyjeżdżaliśmy jutro, czy mi się to podobało, czy nie. I nie mieliśmy wrócić, dopóki Sezon Godowy oficjalnie się nie rozpocznie.
Być może, jeśli uda mi się odpowiednio zachowywać przez cały ten tydzień, mama w końcu zacznie mnie akceptować ze względu na moje pragnienia. Jeśli jednak nie zdołam porzucić swoich złych nawyków, może już nigdy mi nie zaufać.
Moje ciało zesztywniało. Zimny dreszcz przebiegł mi po plecach.
Pierwsze dni Sezonu Godowego zawsze były najtrudniejsze do przetrwania. Ale dopóki mój wilk nie uzna jakiegoś wolnego samca za na tyle atrakcyjnego, bym straciła kontrolę, wszystko będzie w porządku.
Wrócę tutaj, zanim się obejrzę.
Listy książek
Wyświetl wszystkoSięgnij do kolekcji romansów przygotowanych przez naszych czytelników












































