
Posiadłość Rosecliff
Autorzy
Laura Venus
Lektury
198K
Rozdziały
41
Przybycie
Rosecliff Manor… To na pewno tutaj.
Jane spojrzała na adres w swoim notatniku, a potem podniosła wzrok. Przed nią stał wielki wiktoriański dom. Otaczał go rozległy ogród pełen roślin i kwiatów. Spodziewała się, że będzie duży, ale to wygląda jak zamek, pomyślała.
Samo wejście na ten teren wydawało się złamaniem prawa, ale przypomniała sobie, że ma pozwolenie, i weszła na wybrukowaną drogę.
Podeszła do zadaszonego wejścia. Wysokie kolumny i spiczasty dach nad głową sprawiły, że poczuła się, jakby przekraczała próg innego świata.
Podwójne drzwi miały piękne drewniane zdobienia, a mosiężny dzwonek z boku wyglądał na stary i drogocenny. Przez chwilę poprawiała ubranie i włosy, zanim nacisnęła dzwonek.
Klasyczny, głęboki dźwięk ding dong dobiegł cicho zza drzwi, niemal sprawiając, że poczuła się winna za zakłócenie spokoju. Przez kilka sekund wydawało się, że nikogo nie ma w domu, aż w końcu głośne kroki dały sygnał, że ktoś nadchodzi.
Drzwi otworzyły się i stanęła w nich szczupła starsza kobieta.
„Jane Copper, jak mniemam?” powiedziała. Jej głos był donośny i nieco ostry.
Jane skinęła głową.
„Tak, jestem umówiona z panem Sinclairem w sprawie pracy pomocy domowej” odpowiedziała.
Kobieta otworzyła drzwi szerzej i gestem zaprosiła Jane do środka. Jane podążyła za nią do wielkiego holu.
Hol był w kształcie sześciokąta i był ogromny, z klatkami schodowymi zakrzywionymi po obu stronach. Było dość jasno dzięki wielu wysokim oknom w szachownicowy wzór. Tapeta była żółtopomarańczowa, a dolną część ścian pokrywały ciemne drewniane panele.
Jane podała kobiecie płaszcz.
„Z kim mam przyjemność?” zapytała, starając się być równie uprzejma.
„Hilda Burton. Miło mi” odpowiedziała kobieta.
Jane wyciągnęła rękę na powitanie, ale zamiast tego kobieta skłoniła głowę. Jane szybko cofnęła rękę i skopiowała jej gest. Kiedy wejdziesz między wrony…
„Pan domu wyczekiwał pani przybycia” powiedziała panna Burton, wieszając płaszcz Jane na dużym ciemnym drewnianym wieszaku i przechodząc do ozdobnego dywanu na podłodze korytarza, który prowadził do kilku innych drzwi.
„Powiadomię pana, że pani przybyła, a potem pokażę pani dom i, co ważniejsze, pokój, w którym będzie pani mieszkać”.
Jane cicho szła za panną Burton, nieco zaskoczona tym, jak formalna i wytworna była. Czy tego samego będzie się od niej oczekiwać?
Jane nie była przyzwyczajona do przebywania w takim miejscu – daleko jej do tego. Jej rodzina zawsze należała do klasy niższej lub średniej, ledwo wiążąc koniec z końcem.
Takie miejsce… Rozejrzała się po lampach na ścianie, wyszukanych obrazach olejnych w zdobionych ramach – sam ten wielki hol mógł być wart więcej niż dom jej rodziców.
Nawet możliwość pracy w takim miejscu – choć wciąż była to głównie praca fizyczna – nie przeszła jej nigdy przez myśl. To był czysty przypadek, że jej rodzice musieli przeprowadzić się przez cały kraj do najbliższego miasta, zanim zasugerowano im tę pracę dla ich córki.
Panna Burton zatrzymała się przed kolejnymi podwójnymi drzwiami.
„Proszę tu chwilę zaczekać” powiedziała, zanim weszła do pokoju.
Jane szybko poprawiła włosy, usunęła luźne kosmyki z ubrania i upewniła się, że jej spódnica nie jest pognieciona. Właśnie sprawdzała, czy nie wniosła brudu na butach, gdy panna Burton ponownie otworzyła drzwi.
„Pan jest gotowy” powiedziała.
Jane przekroczyła próg, a panna Burton zamknęła za nią drzwi. Pokój był dość duży, choć nie tak ogromny jak hol, który właśnie opuściła.
Ściany były ciemnozielone, częściowo zakryte wysokimi regałami i różnymi obrazami. Dwie duże skórzane sofy były ustawione wokół delikatnego stolika kawowego, wraz z dwoma dużymi fotelami – w których siedziała para.
Pan i pani Sinclair, pomyślała Jane.
„Pan i pani domu Sinclair” poprawiła jej myśli panna Burton.
Jane niezręcznie podeszła do nich, w połowie spodziewając się, że wstaną i uścisną jej dłoń, ale pamiętając przywitanie z panną Burton, zdecydowała się na lekkie skinięcie, na wpół kłaniając się.
Pan Sinclair wstał, a jego żona poszła za jego przykładem.
„Miło mi państwa poznać. Jestem Jane Copper” zaczęła Jane. Zauważyła, że panna Burton lekko się spięła obok niej.
„Panno Copper, jak miło wreszcie panią poznać – Richard Sinclair” powiedział pan Sinclair i ku jej zaskoczeniu zabrzmiało to bardzo szczerze i przyjaźnie.
Był nieco niższy, niż się spodziewała, ale wciąż wyglądał imponująco. Miał rudawobrązowe włosy, krótką brodę i oczy piwne, a ubrany był w elegancki i formalny trzyczęściowy garnitur, który wyglądał, jakby był wyjęty z magazynu modowego.
„Lianne Sinclair. Czekaliśmy na pani przybycie, panno Copper” powiedziała pani Sinclair. Jej włosy były nieco ciemniejsze niż jej męża, ale wciąż miały rudawy odcień. Jej idealna sukienka sprawiła, że Jane poczuła się, jakby sama była ubrana w worek po ziemniakach.
Jane uśmiechnęła się niezręcznie.
„Bardzo dziękuję!” powiedziała, niepewna, jak inaczej zareagować. Wygląda na to, że dobrze traktują swoich pracowników. To dobry znak.
„Panna Burton pokaże pani dom, da pani uniform i instrukcje dotyczące nowych obowiązków. Ufam, że wszystko będzie dla pani odpowiednie” powiedział pan Sinclair.
Jane ponownie skinęła głową, czując się coraz bardziej nie na miejscu – niepewna, jak poprawnie zareagować.
Cisza, która nastąpiła, w której wszyscy troje uśmiechali się do siebie dość niezręcznie, wydawała się trwać wiecznie, aż panna Burton szybko się ukłoniła i przerwała ciszę, mówiąc:
„Oczywiście, pokażę Jane dom”.
Spotkanie zakończyło się dość nagle, trwało nie więcej niż kilka minut. Jane podążyła za panną Burton z powrotem na korytarz.
Panna Burton miała spięty wyraz twarzy, sprawiając, że wyglądała trochę jak jastrząb – albo sęp. Ujawniła powód swojego niezadowolenia po zamknięciu drzwi do salonu.
„Panno Copper, od teraz, rozmawiając z panem i panią domu, właściwe byłoby używanie wołacza”.
Jane odpowiedziała, patrząc na nią z zakłopotaniem.
„Wałacza?” powtórzyła.
„Wołacza” poprawiła panna Burton. „Zamiast mówić «Dziękuję», właściwe byłoby dodanie ich imion: «Dziękuję, panie i pani Sinclair»”.
Jane poczuła, jak jej ramiona lekko się napinają.
„Racja. Przepraszam. Będę tak robić od teraz… panno Burton” dodała szybko.
Panna Burton skinęła głową.
„Wspaniale. Zatem zacznijmy od parteru”.
Panna Burton pokazała Jane posiadłość, która była większa niż jakikolwiek budynek, w którym kiedykolwiek była. Okazało się, że są trzy jadalnie używane przy różnych okazjach, kuchnia wystarczająco duża, by nakarmić całe miasto, wiele korytarzy łączących różne części posiadłości, biblioteka, kilka gabinetów – nie wspominając o wszystkich sypialniach, z których większość miała prywatne łazienki.
Jane była tak pewna, że nie zapamięta, gdzie wszystko się znajduje, że w połowie wycieczki przestała próbować, mając nadzieję, że nauczy się w praktyce, po popełnieniu kilku błędów.
„Tu są schody w dół do pokojów służby. Po prawej jest mój pokój. Pani pokój jest tutaj po lewej”.
Panna Burton zeszła po schodach przed Jane i otworzyła drzwi. Ten pokój był mniejszy niż inne pomieszczenia w domu, ale wciąż większy niż jakakolwiek sypialnia, w której Jane kiedykolwiek była.
W rogu przy oknie stało pojedyncze łóżko, obok przed dużym lustrem była toaletka, szafa i dwa krzesła. Choć tapeta miała kwiecisty wzór, a meble były wyraźnie wysokiej jakości, pokój wyglądał dość zwyczajnie w porównaniu z oczywistym przepychem reszty domu.
„Czy nasi koledzy mieszkają w pokojach obok?” zapytała Jane, myśląc o pozostałych drzwiach, które właśnie minęły.
„Pan Marsh, kucharz, mieszka na końcu korytarza. Pan O'Hara, lokaj, ma sypialnię na pierwszym piętrze ze względu na bliskość z panem i panią domu. Pan Reid, ogrodnik, pracuje co drugi dzień – mieszka w mieście”.
Jane czekała, aż skończy. Potem zdała sobie sprawę, że to już byli wszyscy.
„Chwileczkę, a co z resztą personelu sprzątającego?”
Panna Burton zacisnęła usta.
„Państwo Sinclair nie lubią mieć większego personelu – sprawia to, że dom wydaje się być zatłoczony”.
Zatłoczony? Jane gapiła się na nią z otwartymi ustami.
„Więc tylko my dwie utrzymujemy czystość w całej tej rezydencji?”
Panna Burton podeszła do drzwi.
„Wkrótce się pani przekona, że państwo Sinclair cenią swoją prywatność. Większy personel skutkowałby tylko niepotrzebnym zatłoczeniem. Poza tym przy ciężkiej pracy i odpowiedniej organizacji wszystko jest całkiem wykonalne”.
Gdzieś w oddali wybił zegar. Panna Burton uniosła palec, wskazując na dźwięk.
„Teraz, panno Copper, chcę panią uczciwie ostrzec. Cokolwiek by się nie działo, nie opuszczaj pokojów służby po dziesiątej wieczorem” powiedziała.
Gdy Jane otworzyła usta, by zadać pytanie, panna Burton szybko znów się odezwała.
„Nie pytaj. Po dziesiątej wszyscy zostajemy w pokojach. Dla naszego własnego dobra”.












































