
Mgła
Autorzy
G. M. Marks
Lektury
48,9K
Rozdziały
3
Rozdział 1
Esmée powiedziała do swojego młodszego syna: „No już, siadaj do stołu i jedz kolację”.
„A tata?” spytał smutno Ricky, niechętnie wracając na krzesło.
Esmée zmarszczyła brwi, patrząc jak Mathew wychodzi na dwór, cicho rozmawiając przez telefon. Znowu jakiś późny telefon z pracy. Ostatnio zdarzało się to coraz częściej, czasem nawet w środku nocy, a teraz już i w weekendy. Myślał, że ona nic nie zauważa? Poczuła ukłucie złości, słysząc jego głośny śmiech.
Dawno już tak z nią nie żartował.
I to na oczach dzieci.
Ricky znów wstał, szurając krzesłem. „Tato!” zawołał.
„Mówiłam, żebyś usiadł!” warknęła Esmée, ściągając go za ramię.
Chłopiec opadł na siedzenie. Szarpnął się, strącając szklankę. Rozbiła się o podłogę.
„A niech to, Ricky!” wrzasnęła Esmée. „Co z tobą nie tak? Czemu nigdy nie słuchasz?”
W niebieskich oczach jej syna pojawiły się łzy.
„Idź do pokoju, nie chcę cię widzieć”.
Zszedł z krzesła i wybiegł z płaczem. Drzwi trzasnęły za nim głośno.
Jej dziesięcioletni syn Joshua obserwował wszystko w milczeniu, nie okazując żadnych emocji. Jego blada twarz odcinała się od czarnych włosów, gdy dłubał widelcem w ziemniaku. Esmée ukryła twarz w dłoniach. Joshua przyzwyczajał się do tych awantur, a nie powinien.
„Co się stało?” spytał Mathew, zamykając za sobą drzwi.
Esmée podniosła wzrok i poczuła gniew jak nigdy dotąd. Powoli wstała z krzesła.
To była ich najgorsza kłótnia w historii. Wrzeszczeli i przeklinali, jakby nie mieli dzieci ani sąsiadów, którzy mogliby ich usłyszeć. Obrzucali się obelgami, gdy ona ciskała talerzami, szklankami i sztućcami po całym pokoju.
Na koniec podłoga była usłana odłamkami szkła i porcelany, Joshua uciekł do pokoju przerażony, a Mathew trzasnął drzwiami wyjściowymi, pewnie by spotkać się z kochanką.
Gniew Esmée wyparował, zostawiając ją z poczuciem pustki. W uszach dzwoniła jej cisza. Wściekłe łzy wyschły na twarzy. Czy to koniec? Miała tylko 32 lata i już było po wszystkim? Mieli być razem na zawsze.
Jak automat, wzięła miotłę i zaczęła sprzątać bałagan, po czym przypomniała sobie o dzieciach. Odłożyła miotłę i cicho otworzyła drzwi do pokoju Ricky’ego. Chłopiec trząsł się pod kołdrą. Joshua wydawał się spać, ale leżał zbyt nieruchomo i oddychał zbyt cicho.
*
Znacznie później tej nocy, po opróżnieniu butelki wina, rozebrała się do naga i stanęła przed lustrem w łazience.
Dotknęła ciemnych plam pod oczami, zmarszczek wokół ust, rozstępów na obwisłych piersiach. Jej brzuch miał fałdy. Jasnobrązowe włosy były potargane i płasko opadały na ramiona. Brązowe oczy wyglądały na matowe.
Kiedyś była młoda i ładna. Gdy wychodziła za Mathewa. Zanim urodziła dzieci. Nie poznawała już siebie. Nic dziwnego, że Mathew chciał kogoś innego.
Splunęła na swoje odbicie.
Była prawie druga w nocy, gdy w końcu położyła się do łóżka. O tej porze na drodze było niewiele samochodów i słyszała głównie żaby i świerszcze.
Mathew nie wrócił.
Przewracała się z boku na bok, ale sen nie przychodził. Jej umysł był zamglony, serce niespokojne, myślała o swoich chłopcach, o swojej przyszłości – bez Mathew.
Poddając się, usiadła z westchnieniem.
Po sprawdzeniu, co u synów, wyszła na zewnątrz. Musiała się wydostać. Uciec od kłótni, którą wciąż słyszała w korytarzu. Od wszystkiego, co dotyczyło Mathew, jej samej i ich rozpadającego się małżeństwa.
Ich dom był mały, ale mieli duże podwórko graniczące z lasem. Domy sąsiadów były ciemne. Była sama w swoim smutku i lepiej, żeby się do tego przyzwyczaiła.
Na podwórku stała huśtawka, piaskownica, wszędzie leżały zabawki, rowery i hulajnogi – ślady dawnego szczęścia. Huśtawka z opony, którą Mathew zawiesił na eukaliptusie zaledwie pół roku temu, wydała jej się kusząca.
Noc była mglista. Dziwne jak na lato. Nigdy nie widziała czegoś takiego. Mgła była gęsta i wirowała wokół niej, gdy się huśtała, a liny skrzypiały w ciszy. Dymne pasma ciągnęły jej koszulę nocną, przeczesywały włosy, wypełniały płuca. Zrobiło się gorąco, zaczęła się pocić. Wkrótce zniknął księżyc, potem drzewa, dom, i została naprawdę sama.
Przestała się huśtać.
Rozejrzała się przestraszona. Ledwo cokolwiek widziała, las i jej dom były tylko ciemnymi kształtami. Prawie nic nie słyszała. Wszystkie odgłosy żab i owadów stały się bardzo ciche. Jakby była jedyną rzeczą, która pozostała na świecie. O ile w ogóle istniał jeszcze jakiś świat.
Było tak samotnie.
Wstała, gotowa pobiec z powrotem do domu, gdy z mgły dobiegł głos.
„Esmée” powiedział głębokim, powolnym szeptem, tak powolnym jak sama mgła.
Esmée podskoczyła i odwróciła się. „Kto tam jest?”
Brak odpowiedzi. Jej włosy powiewały, gdy silny wiatr wirował wokół niej. Próbowała przytrzymać koszulę nocną, która unosiła się powyżej jej talii.
I wtedy coś zobaczyła.
Esmée znieruchomiała, jej serce biło jak szalone. W mgle pojawił się kształt – mężczyzna.
„Mathew?” powiedziała słabym głosem, mając nadzieję, że to on.
Nie odpowiedział. Poruszał się powoli, z determinacją. I wtedy zdała sobie sprawę ze swojego błędu. To nie był chód, ale unoszenie się nad ziemią, jego stopy znikały we mgle. Jeśli w ogóle miał stopy. Wyglądał, jakby był częścią mgły.
Albo samą mgłą.
To nie był człowiek.
Włosy na karku Esmée stanęły dęba; jej serce waliło jak oszalałe. Złapała się za pierś.
„Kim... kim jesteś?” powiedziała drżącym głosem.
Jej gardło było bardzo suche. I nagle uświadomiła sobie, że wdycha mgłę. Że nią oddycha.
Potem otrząsnęła się. To niedorzeczne! To musi być człowiek!
„Nie zbliżaj się!” krzyknęła.
Listy książek
Wyświetl wszystkoSięgnij do kolekcji romansów przygotowanych przez naszych czytelników












































