Cover image for Siedmiu grzeszników

Siedmiu grzeszników

Rozdział 2

Nigdy cierpiąc, nigdy nie zostałbym błogosławiony—Edgar Allan Poe
Numquam numquam benedictionem

ADRASTEIA

Adrasteia nic nie czuła, a jednocześnie czuła wszystko. Gdyby wiedziała, co się stanie, gdy tamtego ranka wyjdzie z domu, nigdy nie zostawiłaby rodziców samych.
Mogłaby zginąć razem z nimi. Część jej, ta część, która czuła się winna, żałowała, że tak się nie stało. Wiedziała, że to jej rodzice byli ofiarami w tym wszystkim. Ale czuła, jakby cały ból i całe cierpienie spadły tylko na nią.
W przeciwieństwie do innych dzieci była blisko ze swoimi rodzicami. Ojciec zawsze był mniej surowy niż matka. Często wiedział, że wymyka się z domu. Ale mówił jej, żeby była ostrożna i żeby na pewno wróciła.
Tłumaczył, że jedynym powodem, dla którego tak bardzo ją chronili w ciągu dnia, było to, że oni nie mogli wychodzić w świetle tak jak ona. To ich niepokoiło. Ale ojciec rozumiał, dlaczego czuła taką potrzebę.
Pewnego dnia słońce zacznie piec jej skórę i ją parzyć. Stanie się tym, co będzie ją ranić najbardziej.
Matka była o wiele bardziej surowa. Ale Adrasteia lubiła ją drażnić. Mama denerwowała się, gdy przyłapała ją na wychodzeniu z domu samej. Może to dlatego, że wiedzieli, że mają tajemnice, które mogłyby ją zranić.
Matka była miłą osobą, ale cichą. Rzadko mówiła o Ceremonii czy Sprzężeniu. Ale kiedy to robiła, Adrasteia pamiętała, że czuła się, jakby była świadkiem czegoś intymnego.
„Kiedy skosztуjesz krwi swojego ukochanego, moja droga, w końcu zrozumiesz.”
„Zrozumiem co?” – pytała.
„Co to znaczy naprawdę żyć.”
Jej rodzice nigdy nie mieli kolejnego dziecka. Narodziny wampirów były często trudne i niebezpieczne zarówno dla dzieci, jak i dla matek. Dlatego wielu wampirów decydowało się nie mieć potomstwa, ale sprowadzali ludzi.
Adrasteia nigdy nie rozumiała, dlaczego ją mieli. Nie powinni byli.
Podniosła wzrok, wyrwana z zamyślenia, gdy ktoś podszedł, żeby uścisnąć jej dłoń.
„Byli wspaniałymi starszyzną, Adrasteia.”
Uśmiechnęła się, ale uśmiech nie sięgnął jej oczu.
„Najwspanialszymi.”
Czuła się, jakby utknęła w pętli czasu, która nigdy się nie kończy. W kółko ludzie do niej podchodzili. Uściskali jej dłoń albo ją przytulali. Byli smutni z powodu straty ich elit.
Była teraz trzecia nad ranem, wciąż ciemno. Każdy wampir nie spał, płakał lub czuł smutek. Kiedy wampir umierał w twojej społeczności, czułeś to głęboko w swoim wnętrzu.
Nie zdarzało się to często, gdy byłeś tak wysoko postawiony jak jej rodzice.
Pogrzeby ich gatunku odbywały się w domu. Ich trumny były ozdobione czarnymi kwiatami lub świecami. Wchodzili przyjaciele i rodzina. Otaczali zmarłego, śpiewając lub intonując pieśni.
A potem, po smutnym zgromadzeniu, pili do świtu i do następnego wieczoru. Poprosiła o prywatność. Nie chciała być szczęśliwa. Nie chciała świętować ich życia. Ich życie nie powinno było się skończyć.
Dom i ich sypialnia zostały wyczyszczone przez fachowców. Otrzymała ich majątek i posiadłość. To uczyniło ją elitą. Gdyby mogła, oddałaby to wszystko za życie rodziców.
Jak tylko będzie mogła, planowała sprzedać dom i się wyprowadzić. Gdzieś. Gdziekolwiek indziej.
„Naprawdę współczuję twojej stracie” – powiedziała kolejna elita. To była Misandra, przyjaciółka jej rodziców, którą spotykała wiele razy.
„Dziękuję.”
„Zbliża się twoja przemiana, dziecko. Twoi rodzice poczynili plany, żeby mój syn – Drake, chodź tu, proszę – pomógł ci przez nią przejść.”
Młody mężczyzna podszedł. Było jasne, że niedawno przeszedł swoją przemianę. Jego oczy były głęboko fioletowe. To pokazywało jego silny głód.
Widziała, jak na nią patrzy. Nie z pożądania seksualnego, ale z pragnienia, by wziąć jej żyłę.
„Dziękuję, ale mam własne plany.”
Nie, nie miała. Właściwie spodziewała się, że nie przeżyje swojej przemiany. Nie było żadnego wampira, od którego chciałaby pić. Szybko się wymówiła.
Około godziny później dom opustoszał. Przyjechał karawan, żeby zawieźć ich trumny do miejsc pochówku. Kiedy karawan się zatrzymał, wysiadła. Dwóch wampirów pomogło zanieść trumny do już wykopanego dołu.
Położyli trumny i pokryli je środkiem przyspieszającym spalanie, po czym wrzucili zapałkę. Spłonęły szybko. Stała tam tak długo, że pozostali wampiry odeszli. Zostawili ją samą, by opłakiwała swoją stratę.
Włosy na jej karku stanęły dęba. Odwróciła się i zobaczyła dwa czarne samochody nadjeżdżające drogą. Wysiadło siedmiu mężczyzn. Od razu ich rozpoznała.
Nigdy nie wiedziała, kim byli. Nigdy ich nie widziała. Ale to był znak szacunku, że Rada odwiedzała zmarłych. Westchnęła cicho.
„Adrasteia Brown?”
Odwróciła się i zobaczyła wysokiego mężczyznę podającego jej pojedynczą ciemną różę. Wzięła ją.
„Naprawdę współczujemy twojej stracie.”
„Dziękuję. Rozumiem, że jesteście Radą. Moi rodzice dużo o was mówili.”
„Jestem Demedicus. To moi bracia: Kieran, Caine, Quillian, Zanthus i Athanasius.”
„Myślałam, że w Radzie jest siedmiu?”
„Tak.” – Demedicus chrząknął. – „Nasz drugi brat był... zajęty. Przyszliśmy złożyć kondolencje.”
„Doceniliby to.”
„Muszę też przyznać, że Misandra skontaktowała się z Radą w sprawie tego, że odmówiłaś jej ofercie dotyczącej jej syna. Oczywiście, jeśli go nie chcesz, nie można cię zmusić. Ale musisz wkrótce znaleźć chętnego mężczyznę.”
„Znajdę.”
Demedicus wyjął swoją wizytówkę. Podał ją jej, gdy jego bracia otoczyli dół. Wzięła ją i odwróciła się. Została przy swoich rodzicach. Kiedy słońce miało wkrótce wzejść, zostawili ją samą.

LYCIDAS

. . Lycidas założył słuchawki i zawiązał sznurowadła w butach sportowych. Kiedy skończył, a dłonie miał już obandażowane, zaczął swój zwykły trening. Był już prawie na końcu, gdy wszedł jego brat i wyrwał mu słuchawki z uszu.
„Co do cholery, Demedicus?”
„Idź sprawdzić, co u córki Brownów.”
„Wiesz, że nie umiem obchodzić się z ludźmi.”
„Nie poszedłeś na pogrzeb, więc teraz musisz to zrobić. Idź do niej. Lada moment przejdzie przemianę i muszę się upewnić, że wybrała sobie samca.”
„Wyślij Quilliana. Uwielbia świeżo przemienione wampirzyce.”
„Nie. Idziesz, czy ci się to podoba, czy nie.”
„Pójdę później...”
„Nie. Weź prysznic i ruszaj tam natychmiast.”
„Jedyny powód, dla którego mnie wysyłasz, to to, że nie poszedłem na jakiś elitarny pogrzeb. Wszyscy inni bracia opuścili ważniejsze rzeczy. To nie jest dobry pomysł, żeby wysyłać akurat mnie, i dobrze o tym wiesz.”
„Nie. Wiem, że trzymasz się z dala od wszystkich i zostajesz sam przez swój dar...”
„To nie jest dar.”
„Owszem, jest. Naprawdę ciężko pracowałeś nad kontrolowaniem się. Możesz odwiedzić tę dziewczynę i wszystko będzie dobrze.”
„Wolałem cię, kiedy byłeś martwy.”
Demedicus roześmiał się i wyszedł z siłowni.
Continue to the next chapter of Siedmiu grzeszników