
Wychowana przez wampiry 2: Ziarno, które siejemy
Autorzy
S.A. Elodie
Lektury
549K
Rozdziały
67
Requiem dla zaginionych
ALEXANDER
KSIĘGA 2: Ziarno, które siejemy
Mówią, że miłość czystokrwistego wampira trwa wiecznie. Nie można jej złamać i pochłania wszystko. Jednak nigdy nie mówią o tym, co się dzieje, gdy ta miłość znika.
Kiedy ją od niego zabrano, zniszczyło go to. Mężczyzna, którym kiedyś był – ten, który ją kochał, troszczył się o nią – został pochłonięty przez pustkę, którą po sobie zostawiła. To, co z niego zostało, było czymś innym.
Stał się potworem z zakrwawionymi rękami i złamanym sercem, gotowym spalić świat dla zemsty. Przez setki lat nosił w sobie swoje złe uczynki jak bliznę, znacząc swój ból w historii, ukrywając smutek w wojnie i zniszczeniu.
Bo jeśli nie mógł jej mieć, to nic innego nie powinno istnieć. Jednak los jest okrutny, bo oto teraz znów przed nim stoi.
Kobieta, za którą gotów był umrzeć – kobieta, za którą umarł. A ona już nie jest jego. Żadna namiętność nie jest głębsza. Żadne połączenie nie jest silniejsze. Żaden ból nie boli bardziej.
I teraz zrobię wszystko, by znów była moja.
***
Poruszałem się cicho przez rozpadające się korytarze. Rezydencja straciła swój dawny blask. Marmurowe podłogi były porysowane i matowe.
Dywany, które kiedyś zdobiły schody, były sprane, podarte i brudne. Gobeliny i portrety naszej rodziny – rodziny królewskiej – zostały zniszczone, spalone lub rozerwane.
Nasza rezydencja była tylko bladą kopią tego, czym była dawniej: zniewagą dla naszej rodziny, więzieniem. Wślizgnąłem się do tego, co kiedyś było główną salą.
Z pięciu żyrandoli, które kiedyś dumnie wisiały pod wysokim sufitem, pozostał tylko jeden, ledwo działający, utrzymujący pomieszczenie w ciągłym półmroku. Szezlongi, sofy i fotele, które kiedyś wypełniały salę, zniknęły dawno temu.
Bogaci ludzie, którzy kiedyś na nich siedzieli, pijąc krew z gardeł niechętnych ludzi, też zniknęli. Tęskniłem za tamtymi dniami komfortu – za ludźmi siedzącymi w fotelach, dobrowolnie oddającymi mi swoją krew, swoje ciała.
Minąłem trony, jedyne meble, które pozostały w pomieszczeniu. Były ze szczerego złota, teraz pokryte kurzem i plamami krwi.
Nikt ich nie dotykał od pięćdziesięciu lat, odkąd mój dziadek został zabity podczas rewolucji. Nowa królowa nie interesowała się koroną ani tronem.
Rządziła skądkolwiek chciała, depcząc nasze tradycje, jakby nic nie znaczyły. Słaby zapach pleśni unosił się w kątach sali.
Niegdyś lśniące balustrady były matowe od kurzu zbierającego się od lat, ich drewno było wygięte i połamane. To nie była tylko ruina – to był grób, wypełniony szczątkami wszystkiego, co straciliśmy.
Z tyłu pomieszczenia mocno pchnąłem podartym portretem, który kiedyś przedstawiał mojego dziadka i jego siostrę, Elizabeth, i wślizgnąłem się do tajnego tunelu. Został zbudowany setki lat temu dla rodziny królewskiej jako sposób na przemycanie ludzi do i z zamku tak, by nie wiedzieli, gdzie się znajdują – lub jak stąd wrócić.
Kiedyś pełen ludzkich niewolników i pokryty ich krwią, tunel był teraz ciemny, wilgotny i cuchnął szczurami. Słyszałem, jak biegają dookoła, ich maleńkie pazurki stukają o kamienną podłogę.
Marszcząc nos z obrzydzeniem, przeszedłem przez tunel. Prowadził na bok rezydencji, wychodząc kilka kilometrów dalej w górę góry.
Otworzyłem klapę z cichym skrzypnięciem, wyślizgując się w noc jak duch. Przywitało mnie chłodne powietrze – zmieszane z zapachem zwierząt gospodarskich, oceanu i ostrym zapachem benzyny.
Zatrzymałem się na chwilę, biorąc głęboki oddech, czując smak wolności niemal tak ostry jak nocny chłód. Moje zmysły były wyostrzone – każdy szelest w krzakach, każdy krok w oddali wprawiał moją krew w ruch.
Oddychałem głęboko przez kilka sekund, rozkoszując się zapachem wolności. Rezydencja pachniała tylko gnijącymi gobelinami, spleśniałymi meblami i śmiercią.
To było najgorsze więzienie – miejsce, gdzie nie mogliśmy nic robić, tylko siedzieć w naszej stracie i hańbie. Na zewnątrz czułem, jak wraca moja siła, mój umysł brzęczał od pomysłów.
W oddali widziałem ludzi Mcnoxnoctis wykonujących obchody wokół rezydencji. Byli najemnikami, przemienionymi wampirami, którzy chodzili co noc, trzymając moją rodzinę w środku, oddzieloną, odciętą od reszty świata.
Obserwowałem ich przez kilka minut, jak rozmawiali i chodzili na patrolach. Kiedy zniknęli z pola widzenia, rzuciłem się w dół zbocza i wślizgnąłem się do pobliskich winnic, idąc w pochylonej pozycji.
Byli młodymi wampirami – ani w połowie tak szybkimi ani potężnymi jak ja. Ich węch był słaby, a słuch niewiele lepszy.
Nic dziwnego, że nie usłyszeli, jak się wymykam. Jedyną rzeczą, która powstrzymywała mnie przed odejściem na dobre, było ich nocne przeliczanie głów.
Poruszałem się jak cień przez winnice, wilgotna ziemia ciągnęła moje buty przy każdym kroku, miękki szelest winorośli niemal dotykał moją skórę. Światło księżyca przebijało się przez liściastą osłonę, tworząc zmieniające się cienie na mojej ścieżce.
Trzymałem się nisko, wiedząc, że nawet najmniejszy hałas może mnie zdradzić. Nie zajęło mi więcej niż kilka minut, by dobiec do sąsiedniego miasta.
Miasto tętniło życiem w sposób, jakiego nie doświadczyłem od lat. Jego hałas bardzo różnił się od upiornej ciszy rezydencji.
Jasne światła oświetlały witryny sklepowe, a ludzie śmiali się beztrosko, ich życiowa siła pulsowała tuż pod skórą. Naciągnałem kaptur na twarz i wtopiłem się w tłum wsiadający do metra.
Przyłożyłem grubą chusteczkę do nosa i wstrzymałem oddech. Silny zapach świeżej krwi był zbyt intensywny.
Moje gardło zacisnęło się i wyschło, popychając mnie do zaspokojenia pragnienia. Zamrugałem szybko, uspokajając myśli – uspokajając pragnienie, aż moje oczy wróciły do niebieskiego koloru.
Oczy dziecka spotkały moje. Zamarłem. Przez ułamek sekundy myślałem, że wie – wie, czym jestem, wie, co mogę zrobić.
Ale dziewczynka tylko się uśmiechnęła, pociągnęła za płaszcz matki i chwila minęła. Mimo to pozostałem czujny. Ludzie byli nieszkodliwi, ale wampiry mogły się ukrywać wszędzie.
Poruszałem się szybko przez zatłoczoną stację metra, moje kroki zostały pochłonięte przez hałas tłumu. Kiedy wyszedłem na zewnątrz, nocne powietrze uderzyło mnie jak zastrzyk energii.
Bar nie był daleko, a gdy się zbliżałem, już słyszałem dźwięk muzyki wydobywający się z wejścia – mieszankę ludzkiego śmiechu, zapachu alkoholu i wyraźnego zapachu krwi tuż pod powierzchnią.
Lokalny bar był znany z przyciągania studentów wymiany – idealnej nowoczesnej zdobyczy. Pchnąłem drzwi i wszedłem do środka.
Pomieszczenie było słabo oświetlone, rockowa muzyka z ubiegłego wieku grała głośno z głośników, a powietrze było gęste od zapachu potu, piwa i ludzi. W środku nie było innych wampirów.
Przeszedłem przez tłum tańczących, pijanych ludzi i wsunąłem się do pustej loży z tyłu baru.
Nie pozostałem niezauważony. Nigdy nie pozostawałem. Byłem o wiele wyższy niż większość mężczyzn, miałem też szersze barki.
Mimo kaptura wciąż czułem ich spojrzenia, gdy przechodziłem. Usadowiłem się na wytartym czerwonym poliestrowym siedzeniu, odrzuciłem kaptur, przejechałem palcami przez włosy i oparłem się, wyciągając długie nogi przed sobą.
Teraz wszystko, co musiałem zrobić, to czekać. I nie minęło dużo czasu, zanim podeszła do mnie grupa chicoczących dziewczyn. Słyszaem, jak ich serca walą w piersiach, czułem zapach ich krwi, gdy napływała, kolorując ich rumieniące się policzki, i wyczuwałem ich podekscytowanie.
Łatwa zdobycz. Miały na sobie kuse sukienki, naciągnięte na ich drobne sylwetki. Wspominałem z pewną tęsknotą kobiety z przeszłości – tak zakryte, tak czyste, tak skromne.
Polowanie było wtedy o wiele bardziej ekscytujące, rozpakowywanie i rozwijanie o wiele bardziej satysfakcjonujące. Kobiety dzisiaj decydowały, z kim i kiedy chcą być. Z tym przychodziła pewna śmiałość, pewna pewność siebie, która była zdecydowanie atrakcyjna – ale oznaczało to, że pościg kończył się znacznie szybciej.
A ja jestem drapieżnikiem. Lubię pościg. Zmiana piosenki przecięła hałas klubu.
Kelnerka przechodziła z tacą piw, a jakaś dziewczyna wykorzystała okazję, by udawać, że się potyka, lądując prosto na moich kolanach. Jej twarz była czerwona, jej krew pachniała odurzająco, a za nią jej przyjaciółka chichotała z powodu tego triku.
Cholerna łatwizna. Uśmiechnąłem się do niej. Jej serce przeskoczyło uderzenie, gdy na mnie spojrzała, jej dłoń spoczywała na mojej piersi.
Usłyszałem, jak wstrzymuje oddech. Była drobną istotką, z gęstymi, kręconymi brązowymi włosami, wydłużoną twarzą i dużymi, brązowymi oczami sarny.
„Oh, scusa. Sono così maldestra”, powiedziała, gdy w końcu znalazła słowa.
Uśmiechnąłem się, przesuwając palcami po jej policzku i wzdłuż szczęki. Zamarła, wpatrując się we mnie szeroko otwartymi oczami, nie mogąc uwierzyć, że nie zrzucam jej z kolan.
„Non preoccuparti”, powiedziałem cicho. „Czujesz się dobrze? Może za dużo wypiłaś. Chcesz usiąść obok mnie?”,
Skinęła głową, rzucając szybkie spojrzenie na swoje przyjaciółki, które stały w pobliżu, obserwując sytuację z szeroko otwartymi oczami. Przesunąłem się, robiąc jej miejsce, by wsunęła się do loży obok mnie.
Moje ramię oplotło jej ramiona i wdychałem jej silny, bogaty w krew zapach. Byłem niecierpliwy. Miała być przysmakiem.
Spędziliśmy dobre dwie godziny obok siebie, rozmawiając o jej rodzinie, edukacji i marzeniach o zobaczeniu świata. Jej oczy rozszerzyły się ze zdumienia, gdy dzieliłem się historiami o moich własnych podróżach po Afryce, Azji i obu Amerykach.
Chętnie piła każde piwo, które dla niej zamówiłam. W końcu jej przyjaciółki przyszły po nią, mówiąc, że czas wracać do domu.
Ale stawiała opór, mówiąc, że chce zostać ze mną. Powiedziałem im, że się nią zaopiekuję. Zachichotały i odeszły.
Takie nieostrożne przyjaciółki. Niedługo potem wyprowadziłem podchmieloną dziewczynę z baru i ruszyłem z nią wzdłuż brukowanych uliczek.
Opowiadała mi o swoim okropnym byłym chłopaku. Mruczałem z aprobatą, gdy wydawało się to właściwe, i położyłem dłoń na jej krzyżu, delikatnie ją prowadząc.
Ledwo zauważyła, gdy odprowadziłem ją z dala od miasta i głęboko w winnice. Kręciła się w świetle księżyca, uśmiechając się do mnie, jakbym była jej zbawcą.
Nie wiedziała, że byłem bardziej demonem. I zaczynało mnie męczyć jej gadanie.
„Chodź tu”, powiedziałem, gestem nakazując jej podejść bliżej. Zrobiła to, choć z odrobiną wahania.
Kiedy już trzymałam jej twarz w dłoniach, przechyliłem jej głowę na bok, odsuwając włosy z drogi. Gdy moje usta dotknęły jej miękkiej skóry, usłyszałem jej ostry oddech.
Drżała teraz, choć próbowała to ukryć uśmiechem. Słyszałem, jak jej puls przyspiesza, jej oddech staje się płytki. Próbowała to ukryć nerwowym śmiechem.
Kiedy odsunąłem jej włosy, zamarła.
„C-co robisz?”, wyjąkała, ale się nie odsunęła. Nigdy się nie odsuwają.
Bez zastanowienia wbiłem w nią zęby, ciepły, silny strumień krwi wypełnił moje usta. Niskie warknięcie satysfakcji wymknęło się z moich ust, gdy przytrzymałem ją w miejscu, jej delikatne ciało przyciśnięte do mojego.
Wierciła się, próbując krzyczeć lub jęczeć, ale moja dłoń tłumiła wszystkie dźwięki. Powoli, łapczywie rozkoszowałem się bogatą, odurzającą krwią.
Jej walka słabła, każda próba oporu była bezużyteczna przeciwko mojemu uściskowi, a ja piłem głęboko. Jej życiowa siła przepływała przez mój wygłodzony organizm. Minęły tygodnie, odkąd karmiłem się człowiekiem.
Czułam, jak ciepło i energia przywracają mnie do życia, wypełniają. Jej bicie serca zafalowało. Niechętnie się odsunąłem, oblizując wargi i patrząc na nią z góry płonącymi czerwonymi oczami.
Była niezłym widokiem w tej swojej słabości, obrazem śmiertelnej gracji. Zmrużyła oczy, patrząc na mnie, całkowicie wyczerpana. Jej głowa opadła na bok.
Szybko wbiłem zęby w swój nadgarstek, rozrywając własną skórę, zanim mogła się zagoić, i przycisnąłem go do jej ust. Instynktownie próbowała mnie odepchnąć, ale zmusiłem ją do picia.
Jej oczy się przewróciły, jej mały język lizał ranę na moim nadgarstku. Gdy się zagoiła, wróciłem do rany na jej gardle, wysysając każdą ostatnią kroplę jej krwi, aż bezwładnie upadła u moich stóp.
Usiadłem obok niej, wycierając usta rękawem, szczerząc zęby do gwiazd i mlaszcząc wargami ze szczęścia. W tym momencie nie obchodziło mnie, czy przetrwa przemianę – całkowite jej osuszenie już mnie usatysfakcjonowało.
Potem, sześć godzin później, usłyszałem słabe jęknięcie.












































