
Jesteśmy niedźwiedziami
Wyrzutek
TAYLEE
Co do cholery?
JA? NIEDŹWIEDZIEM?
Przestała już próbować zrozumieć, co się dzieje. To wszystko było zbyt przytłaczające.
Znów spojrzała na Tavisa, wpatrując się w jego oczy. Głowa pełna myśli, a z ust ani słowa.
Jeszcze wczoraj, gdyby ktoś jej powiedział, że jej życie tak bardzo się zmieni, wybuchnęłaby śmiechem.
Ale teraz nie mogła się śmiać. Nie przy Tavisie.
Wyglądał zbyt poważnie.
I zbyt przystojnie.
Skąd się wzięła ta myśl?
Niespodziewana. Niepotrzebna. Ale prawdziwa.
Potrząsnęła głową, próbując oczyścić umysł.
„Przepraszam, co takiego?”
Tavis spojrzał na nią. Wiedział, że nie musi powtarzać. Potrzebowała tylko czasu, żeby to przemyśleć.
Czasu, by pogodzić się z całkowitą zmianą tego, kim była.
„Taylee?” – Głos Tavisa przerwał jej rozmyślania.
Zaskoczyło ją, jak normalnie brzmiało jej imię w jego ustach, jak bardzo przywykła do jego brzmienia. Jakby wymawiał je od zawsze. Jakby zawsze tam był.
Teraz, to było szalone.
„Więc mówisz mi, że dorastałam w wilczej rodzinie, znałam tylko wilki przez całe życie, a teraz nagle okazuje się, że jestem niedźwiedziem?”
„Właściwie byłaś niedźwiedziem od zawsze.”
Jego głos był spokojny i opanowany. Nie odrywał od niej wzroku, przez co trudno jej było odwrócić oczy.
„Od zawsze?” – powtórzyła.
„Pewnie nigdy nie wiedziałaś, że jesteś niedźwiedziem, bo nie widziałaś innych.” – Obserwował ją, jakby spodziewał się, że lada moment wybuchnie.
No właśnie.
Musiała sprawić, żeby zapomniał wszystko, co wiedział. Wiedział o niej za dużo, a znali się zaledwie od godziny.
„Ja... wow.” – Odwróciła wzrok. „To jest... za dużo.”
„Po prostu oddychaj.”
Chciała się zaśmiać, ale zorientowała się, że wstrzymywała oddech. Wypuszczenie powietrza bolało.
„Więc... Tavis... co to wszystko znaczy?”
„Ja... Trudno to wyjaśnić.” – Wypuścił powietrze i przejechał ręką po włosach. Były ciemne, lekko falujące i sięgały tuż za kark. Jej włosy były krótsze.
Jedno spojrzenie i stwierdziła, że jego są lepsze niż jej.
„Dam radę” – powiedziała.
„Przed chwilą mówiłaś, że to za dużo.”
„Obiecuję.”
„Taylee” – powiedział niskim, miękkim głosem. Przeszedł ją dreszcz. „Wciąż nie sądzę, żebyś była gotowa.”
„Gotowa na co? Na poznanie prawdy?”
„To dużo do strawienia.” – Sięgnął do kieszeni dżinsów i wyciągnął telefon. „Mieszkasz z rodziną?”
Skinęła głową. Serce waliło jej w uszach.
„Proszę.” – Podał jej telefon. Jego dłoń była najcieplejsza, jaką kiedykolwiek dotknęła. „Napisz do nich. Na pewno się martwią.”
„Och. Tak.” – Podparła głowę lewą ręką, pisząc prawą.
„Powiedz im, kim jestem i że niedługo cię odwiozę do domu.”
„Okej.”
„Potem, jeśli będziesz wypoczęta, jeśli nie będziesz zbyt zmęczona, przejdziemy przez to krok po kroku. Powiem ci wszystko, co musisz wiedzieć. Ułożymy tę historię razem.”
Spojrzała na telefon. Cały czas myślała o rodzinie.
Dlaczego nie pomyślała wcześniej o tym, jak do nich zadzwoni?
„Nie ma hasła, nawiasem mówiąc.”
Gwałtownie podniosła głowę.
„Co?”
„Telefon nie ma hasła.” – Uśmiechnął się. „Pamiętasz chociaż jeden z ich numerów?”
„Mamy.” – Poczuła się dziwnie nieśmiała w jego obecności. Chciała, żeby zostawił ją na chwilę samą.
„Napisz do niej. Ja wyjdę po drewno. Będzie bardzo zimno.”
Zatrzymał się w drzwiach do kuchni, które prowadziły do innych pomieszczeń – pewnie jego sypialni.
„Och, i krzycz, jeśli czegoś potrzebujesz. Naprawdę. Usłyszę cię.”
I zniknął.
Wpatrywała się w czarny ekran. Minutę później drzwi – pewnie tylne – zatrzasnęły się głośno.
Odblokowała telefon. Zarówno ekran blokady, jak i ekran główny były ciemnoniebieskie. Żadnych zdjęć ludzi ani miejsc, które były dla niego ważne.
Po prostu niebieski.
Co ukrywał?
Taylee pomyślała o przejrzeniu jego galerii – żeby dowiedzieć się o nim czegoś więcej – ale się rozmyśliła. Nie potrzebowała tego teraz w głowie. Otworzyła wiadomości i wpisała numer matki.
Tavis
Mamo, tu Taylee
Tavis
Nie panikuj, jestem bezpieczna
Tavis
Piszę z telefonu faceta, który mnie uratował
Gretchen
Taylee!! Dzięki Bogu!
Gretchen
Kim jest ten facet? Gdzie jesteś?
Tavis
Zgubiłam się w lesie i upadłam
Tavis
Znalazł mnie i zabrał do siebie
Tavis
Pomaga mi się wyleczyć
Gretchen
Wyleczyć jak? Jesteś ranna??
Tavis
Kilka zadrapań i siniaków, nic poważnego
Gretchen
Gdzie on mieszka?
Tavis
W OR – tuż przy granicy z WA
Tavis
Odwiezie mnie do domu, jak tylko będzie pewien, że wszystko w porządku
Gretchen
Jak szybko???
Tavis
Dzisiaj
Gretchen
Ok
Gretchen
Po prostu cieszę się, że jesteś bezpieczna, kochanie
Gretchen
Proszę, trzymaj kontakt
Gretchen
Zgubiłaś telefon?
Tavis
Chyba tak
Tavis
Będę pisać z tego numeru
Tavis
Zapisz go jako Tavis Orson
Tavis
Naprawdę mi pomógł
Tavis
Do zobaczenia wkrótce
Gretchen
Ok kochanie, upewnij się, że jedzie ostrożnie!
Tavis
Upewnię się. Kocham cię, mamo.
Tavis
Wszystko wyjaśnię w domu
Gretchen
❤️ ❤️ ❤️
W wiadomości zbagatelizowała swoje obrażenia. Gretchen bardzo by się zdenerwowała, gdyby znała prawdę.
Taylee postanowiła zachować dla siebie ciągły ból głowy. Jeśli to wstrząśnienie mózgu, wszyscy i tak się wkrótce dowiedzą.
Bardziej martwiło ją to, jak ma „wszystko wyjaśnić”, skoro sama nie rozumiała połowy z tego.
Sama myśl o głosie matki w tych wiadomościach napełniła oczy Taylee łzami ulgi. Wróci do domu jako inna osoba.
No, może nie inna, ale świadoma tego, jak bardzo różniła się od innych od zawsze.
Odmieńcem. Zawsze czuła się odmieńcem. Teraz wiedziała dlaczego.
To nie dlatego, że była Azjatką. Była niedźwiedziem, tak jak Tavis, a on nie był Azjatą.
Czy jej prawdziwa matka była niedźwiedziem?
A może była z kimś takim?
Ile innych niedźwiedzi było na Pacyficznym Północnym Zachodzie? Ilu z nich znał Tavis? Czy któryś z nich mógł być z nią spokrewniony?
Każde pytanie rodziło trzy kolejne. Taylee ledwo nadążała.
Jedno wiedziała na pewno: poczuje się o wiele lepiej, gdy stanie na nogi.
Powoli, używając rąk do równowagi, przeszła na opuszki stóp. Potem, z dłońmi płasko na podłodze, wypchnęła się w górę do pozycji pochylonej.
Gdy się prostowała, każda kość w plecach wysyłała mały impuls bólu w górę kręgosłupa.
Zacisnęła zęby i to zniosła.
W końcu stała. Otuliła się szczelniej kocem.
Powoli, stopa za stopą, pięta-palce, pięta-palce, poruszała się, jakby uczyła się chodzić od nowa. Przez drzwi, do małej kuchni z kafelkową podłogą i drewnianymi szafkami, a potem do szklanych drzwi.
Tavis był zaledwie kilka metrów dalej, na szerokiej, niskiej werandzie. Stał twarzą do niej, ale jego uwaga skupiona była na stosie drewna na skraju pomostu.
Nie założył koszuli, ale miał na sobie ciemnozieloną kurtkę z wełnianym podszyciem, które widziała z miejsca, gdzie stała.
Pot lśnił na jego czole. Trzymał siekierę w rękach i za każdym razem, gdy opuszczał ją na drewno, wydawał dźwięk. Był w tym rytm.
Taylee przyłapała się na słuchaniu tego rytmu.
Trzymała wzrok na drewnie, bojąc się, że jeśli podniesie oczy, nie będzie w stanie powstrzymać fali emocji narastającej w środku.
Na początku nie wydawał się szczególnie umięśniony, ale ta czynność pokazała mocne mięśnie w jego ramionach, solidne mięśnie w jego ciele... i z tego, co widziała poniżej—
Nie. Nie. Nie zacznie o nim tak myśleć.
Prawie skończył. Prawie. Była tak skupiona na tym, że skończy, że zajęło jej dobre dziesięć sekund zauważenie, że przestał i patrzy na nią.
Ich oczy spotkały się przez szkło. Nie mógł ukryć rozbawienia. Poczuła, jak policzki jej płoną.
Skinął na nią, żeby podeszła. Zawstydzona, owinięta kocem, pchnęła drzwi i wyszła na werandę.
Odgarnął włosy z czoła i uśmiechnął się.
„Co jest?”
„Nic.” – Czuła się, jakby płonęła.
„Daj spokój, Taylee.”
„Po prostu... zauważyłam cię, to wszystko.”
Jego oczy uśmiechnęły się, ciepło, życzliwie, choć usta nie.
„Ja też cię zauważyłem.”
Continue to the next chapter of Jesteśmy niedźwiedziami