
Wild Hearts Tom 1: Płomień
Autorzy
Marie Scully
Lektury
15,6K
Rozdziały
49
Rozdział 1
DANNY
Moja kostka pulsuje z bólu po tym, jak skręciłam ją podczas ucieczki. Masuję ramię dłonią. Nadal czuję, jak palce tego obleśnego menedżera z baru wbijają się w moje ciało.
To był najgorszy bar, w jakim do tej pory pracowałam. Naprawdę musiałam zacząć dokonywać lepszych wyborów zawodowych. Prędzej czy później moje szczęście w końcu się wyczerpie.
Wychodzę z taksówki i rzucam kierowcy resztki mojej gotówki, po czym spieszę się na stację kolejową. Skanuję wzrokiem rozkład jazdy. Zastanawiam się, czy zostało mi dość pieniędzy, by zacząć wszystko od nowa. Jedyne pytanie brzmi: dokąd teraz pojadę?
Gdzieś, gdzie nikt mnie nie zna. Gdzieś, gdzie będę mogła stać się kimś innym.
Mój wzrok pada na Lexington w stanie Kentucky.
Idealnie.
Idę do kasy, żeby kupić bilet.
Kiedy tam dotrę, wymyślę, gdzie się zatrzymać. Teraz muszę się po prostu stąd wyrwać.
Pociąg wjeżdża na stację z szumem wypuszczanego powietrza i głośnym echem syreny. Wchodzę na pokład i mijam śpiących pasażerów w poszukiwaniu wolnego miejsca.
Nie możesz wiecznie uciekać, szepcze głos w mojej głowie.
To patrz.
W końcu zauważam wolne miejsce po lewej stronie. Znajduje się obok starszej kobiety z otwartą książką. Wygląda na to, że dobiega siedemdziesiątki. Jej dżinsy są mocno zniszczone, a pod jasnobrązową kurtką ma na sobie białą koszulę. Jej tenisówki są ubrudzone ziemią i zaczynają się rozpadać.
„Przepraszam. Czy mogę obok pani usiąść?” pytam.
Kończy czytać stronę, po czym podnosi wzrok. „Oczywiście. Proszę usiąść.”
Kładę torbę na półce nad głową i siadam obok niej. Jej wzrok znów skupia się na książce. Pociąg rusza ze stacji, a my zapadamy w przyjemną ciszę.
Ciemny krajobraz przesuwa się za oknem. Pociąg mija kolejną małą miejscowość, której nie zapamiętam. Rytm kół pogłębia moje zmęczenie. Ostatnią rzeczą, jaką rejestruję przed zaśnięciem, jest zapach kawy i starego papieru, bijący od mojej towarzyszki podróży. Potem moje oczy się zamykają.
***
Dym unosi się w górę, czerniąc powietrze. Pan Peterson, dyrektor szkoły, stoi obok mnie. Czekamy, aż James po mnie przyjedzie. Znów wpadłam w kłopoty przez bójkę. To nie moja wina. Ta dziewczyna nie potrafiła zamknąć ust, a moja pięść sama wystrzeliła w jej stronę.
Dym wciąż krąży w powietrzu. Wycie syren staje się coraz głośniejsze.
„Co tam się dzieje?” pyta pan Peterson, prowadząc mnie w stronę rogu ulicy.
Ludzie gromadzą się przy wejściu do szkoły. Nagle ogarnia mnie bardzo złe przeczucie na myśl o tym, co za chwilę zobaczymy. W końcu podchodzimy wystarczająco blisko.
Mały, czarny samochód leży do góry kołami i płonie. Jest prawie nie do poznania. Strażacy z każdej strony próbują dotrzeć do osoby za kierownicą.
Ściska mnie w klatce piersiowej. Znam ten samochód.
Kierowca drugiego samochodu jest właśnie zakuwany w kajdanki.
„To nie moja wina!” bełkocze. „Pojawili się znikąd!”
***
Budzę się z gwałtownym wdechem. Rozglądam się dookoła. Próbuję uspokoić galopujące serce, gdy dociera do mnie, że jestem w pociągu jadącym do Kentucky.
„Zły sen, kochanie?” pyta kobieta obok mnie, odkładając książkę. „Nie dosłyszałam wcześniej, jak masz na imię. Ja jestem Noel.”
„Yyy, Danny” mruczę pod nosem.
„Dokąd zmierzasz, Danny?”
„Jeszcze nie wiem” mówię, wzruszając ramionami.
Moja odpowiedź najwyraźniej jej nie zadowala. Kobieta zaciska wargi z wyraźną dezaprobatą.
„Nie lubię zostawać zbyt długo w jednym miejscu” mówię szybko. Wybija mnie z tropu jej matczyne spojrzenie pełne dezaprobaty. „Dzięki temu moje życie jest ciekawe. Po prostu wybieram punkt na mapie i ruszam w drogę.”
„Ciekawe” odpowiada w końcu. „Sama robiłam to samo, gdy miałam dwadzieścia trzy lata. To było bardzo wyzwalające doświadczenie. Samotne, ale dające wolność. Wtedy to było prawie niespotykane, by kobieta podróżowała w ten sposób sama. Wciąż pamiętam miny moich rodziców, gdy powiedziałam im o swoich planach. Ale nic nie mogło mnie powstrzymać. Znalezienie własnego domu zajęło mi kilka lat. Domyślam się, że ty jeszcze nie znalazłaś swojego?”
Dom. Zabawne słowo. Czy dom jest tam, gdzie jest rodzina? Albo przyjaciele? A może to budynek, w którym się śpi i do którego wraca każdego wieczoru? Dla mnie to słowo nic nie znaczyło. Mój dom zniknął dawno temu.
„Chyba nie.”
„Gdzie zamierzasz się zatrzymać?”
W odpowiedzi wzruszam jednym ramieniem.
„Masz jakąś pracę?”
Kręcę przecząco głową.
„Ktoś podróżuje razem z tobą?”
„Tylko ja.”
„To brzmi samotnie. Co lubisz robić dla rozrywki?”
Odwracam wzrok. Chciałabym mieć ze sobą książkę, żeby uniknąć tych niewygodnych pytań. „Nie mam zbyt wiele czasu na rozrywkę. Pracuję. Głównie w barach i restauracjach.”
„Nie wyglądasz na tyle lat, żeby cię wpuścili do baru” zauważa Noel.
„Jestem starsza, niż wyglądam.”
Obdarza mnie smutnym uśmiechem. „W to akurat wierzę. Tak czy inaczej, to może być twój szczęśliwy dzień. Tak się składa, że jestem właścicielką baru. Szukam kogoś do pomocy, jeśli jesteś zainteresowana.”
Na jej słowa unoszę brwi. „Słucham.”
Kobieta zaczyna mi opowiadać o swoim barze, który nazywa się Sly Old Fox.
***
Godziny mijają bardzo szybko. Noel opowiada kolejne historie ze swojego życia. Miasteczko, w którym mieszka, nazywa się Fairmore. To mała miejscowość położona kilka godzin drogi od Lexington.
„Więc co myślisz o pomocy w moim barze?” pyta, gdy zbliżamy się do przystanku w Fairmore. „Potrzebuję pracowitej osoby. Myślisz, że sprawdzisz się w tej roli?”
Zauważam, że kiwam głową. Co mam do stracenia? Zostanę tam tylko przez kilka miesięcy. To da mi czas na zaplanowanie kolejnego kroku.
„Świetnie” mówi, podnosząc się z miejsca. „Nad barem jest małe mieszkanie. Możesz je wynająć, dopóki się nie urządzisz. To nic wielkiego, ale policzę ci niewiele za wynajem.”
Śmieję się. „Właściwie to brzmi idealnie.”
Pociąg wjeżdża na małą stację godzinę drogi od Fairmore. Hamulce piszczą głośno, gdy zatrzymujemy się przy peronie. Idę za Noel. Wychodzimy z pociągu i przeciskamy się przez tłum na parking.
„Och, Ben!” woła kobieta. Macha do młodego mężczyzny, który opiera się o latarnię. „Nie musiałeś po mnie przyjeżdżać!”
„I pozwolić, żebyś sama musiała szukać transportu? Nigdy.” Podchodzi bliżej i całuje Noel w policzek, po czym zerka na mnie z wyraźną ciekawością. „Jak miałbym zdobyć tytuł najlepszego wnuka, gdybym nie dawał z siebie wszystkiego?”
Noel opowiadała mi o Benie w pociągu. Wygląda na to, że jest tylko kilka lat starszy ode mnie. Ma ciemne włosy zaczesane na bok, które niemal opadają na jego ciepłe, błyszczące brązowe oczy. Jego skóra jest gładka, z wyjątkiem małej blizny tuż nad prawą brwią.
Kiedy się uśmiecha, swobodnie i pewnie, widać jego białe zęby. Przyglądam mu się jeszcze raz. Zauważam, że jego koszula w kratę kiepsko ukrywa mięśnie. Kurz na jego dżinsach i butach świadczy o ciężkiej pracy i wiejskim stylu życia.
Zdecydowanie chłopak z farmy.
„Cześć” mówi i wyciąga do mnie rękę. „Jestem Ben.”
„Danny” mruczę, poprawiając pasek torby na ramieniu.
„Gdzie moje maniery? Pozwól, że ci pomogę” proponuje, chcąc wziąć moją torbę.
„Dzięki, ale dam sobie radę.”
Nie nalega. Tylko kiwa głową i znów skupia uwagę na Noel. „Szczerze mówiąc, miałem ukryte powody, żeby tu przyjechać. Joey wyjechał z miasta i brakuje nam rąk do pracy. Miałem nadzieję, że znajdę kogoś do pomocy na farmie. Zbliża się ważny wyścig.”
„Cóż, to wielka szkoda” mówi Noel. „Podczas lunchu zastanowimy się, czy znamy kogoś odpowiedniego.”
Samochód Bena to stary, niebieski pickup. Farba na nim jest wyblakła, a w niektórych miejscach całkiem odprysła. Wrzucam swoją torbę na pakę obok rzeczy Noel. Ben wskakuje na miejsce kierowcy. Włącza muzykę, podczas gdy silnik ożywa z głośnym rykiem.
Jedziemy przez około dwadzieścia minut. Następnie wjeżdżamy na popękany, asfaltowy parking przed klasycznym amerykańskim barem. Miejsce ma chromowane wykończenia i wyblakły od słońca szyld. Kiedy siadamy w boksie, cała uwaga skupia się na mnie.
„Więc, Danny” odzywa się Ben, gdy kelnerka przynosi nasze napoje. „Jak tu trafiłaś?”
Wszyscy o to pytają. Zdążyłam już przywyknąć do mówienia półprawd.
„Jestem z Chicago” odpowiadam i biorę łyk coli. „Ale przez ostatnie kilka lat byłam po trochu wszędzie. Wyjeżdżałam ze stanu Georgia, kiedy spotkałam twoją babcię. Zaproponowała mi pracę w swoim barze, na czas aż wymyślę, co zrobić dalej.”
Moja noga nerwowo podskakuje pod stołem. Nie potrafię usiedzieć spokojnie.
Ben kiwa głową. „Babcia od jakiegoś czasu szukała kogoś do pomocy” przyznaje. „Dobrze ocenia ludzi, ale potrafi być trochę przewrażliwiona na punkcie swojego baru.”
Noel prycha pod nosem. „Siedzę tuż obok, Benjaminie. Nie jestem przewrażliwiona. Jestem po prostu bardzo wybredna.”
Ben bezgłośnie wypowiada słowo „przewrażliwiona”, kryjąc twarz za szklanką z napojem. Próbuję ukryć uśmiech, ale ponoszę żałosną porażkę.
Noel to zauważa i lekko go uderza, ale w jej oczach widać ciepło. Łatwo dostrzec, jak bardzo są sobie bliscy. Te słowne przepychanki przychodzą im tak naturalnie.
Ben odwraca się z powrotem w moją stronę. „Masz w domu jakąś rodzinę?”
To nie jest zaskakujące pytanie. Słyszałam je już setki razy. Zaskakujące jest to, jak mocno mnie ono teraz uderza. Bar szybkiej obsługi nagle znika. Brzęk talerzy i szum rozmów cichną. Zastępują je nieproszone wspomnienia, które znam aż za dobrze.
„Nie” odpowiadam w końcu po zbyt długiej ciszy. „A co z tobą? Masz brata, prawda?”
„Tak. Ma trzynaście lat, a zachowuje się, jakby miał trzydzieści.” Jeśli to w ogóle możliwe, jego uśmiech staje się jeszcze szerszy, gdy mówi o bracie. „To wielki fan baseballu. Wygląda jednak na to, że będzie musiał odpuścić ten sezon. Jeśli nie znajdę pomocy na ranczu, będzie musiał pomóc w pracy. Niech Bóg ma mnie w swojej opiece.”
„Może ja mogłabym pomóc” mówię, zaskakując samą siebie. „To znaczy, mam pewne doświadczenie z końmi. Mój oj... przyjaciel miał kilka. Czasami pozwalał mi się nimi opiekować. Może mogłabym pomagać wam w ciągu dnia, a wieczorami pracować w barze?”
„To dużo noszenia ciężarów i bardzo wczesne wstawanie. Ale nie zamierzam odrzucać pomocnej dłoni” mówi Ben. „Jesteś pewna, że dasz sobie radę?”
„Tak. Jestem przyzwyczajona do wczesnego wstawania. I jestem silniejsza, niż na to wyglądam.” Patrzę na Noel. „Co o tym myślisz, Noel? Będzie ci to odpowiadać?”
Twarz Noel rozjaśnia się szerokim uśmiechem. „Myślę, że to wspaniały pomysł” odpowiada. „Ustalimy, w które wieczory naprawdę potrzebuję dodatkowej pomocy w barze. A Ben będzie mógł cię podwozić, jeśli nie ma nic przeciwko temu.”
„Wcale nie mam” zapewnia mężczyzna. „Będziesz mogła korzystać z jednej z ciężarówek na ranczu. Jeśli zechcesz, możesz też zamieszkać w pokoju gościnnym. Nie to, żeby mieszkanie babci nie było świetne. Ale jestem pewien, że na ranczu będzie ci wygodniej. Mniej myszy.”
„Benjamin!”
***
Po tym, jak wysadzamy Noel przy barze, Ben wiezie nas przez centrum miasta. Mijamy rzędy małych sklepów i zatłoczone restauracje. Normalność tego wszystkiego niemal pozwala mi się rozluźnić. Niemal.
Jakiś mężczyzna wychodzi z dużego, murowanego budynku na końcu ulicy. Moje ciało reaguje szybciej, niż umysł zdąży to przetworzyć. Adrenalina zalewa mój organizm w mgnieniu oka. Zaczyna kręcić mi się w głowie. Nie mogę oddychać.
Znam tę sylwetkę. Zapamiętałam ją wbrew własnej woli. Porusza się tak, jakby należał do niego cały świat i wszyscy ludzie wokół. Moje ręce zaczynają drżeć. Palce mocno zaciskają się na zimnym metalu.
Ben jedzie dalej. Nie jest świadomy mojej wewnętrznej paniki. Patrzę, jak postać w lusterku bocznym staje się coraz mniejsza. W końcu mężczyzna znika, ale strach pozostaje. Zaciska się mocno w mojej klatce piersiowej i nie chce odpuścić.
Może tylko coś mi się przywidziało. Mój umysł po prostu płata mi figle. Tak, to na pewno to. Nic mi nie jest.
Miasteczko znika w oddali, ale moje dłonie wciąż drżą.
A co, jeśli to był on?










































