
Archiwa Kemory 2. Nieodpowiednia dziewczyna
Author
Humi
Reads
388K
Chapters
35
Jedyne, co Zavyar i Serena mają wspólnego, to to, że ich ojcowie praktycznie zmusili ich do poślubienia siebie nawzajem. Zavyar za wszelką cenę dąży do odzyskania swojej wolności, nawet jeśli będzie musiał stać się tak nie do zniesienia, że Serena sama zażąda rozwodu. Kiedy orientuje się, że za fasadą chłodnej i niedostępnej kobiety kryje się gorące serce, może być za późno na zmiany. Czy Zavyar będzie w stanie naprawić wszystkie szkody, które wyrządził i stać się prawdziwą miłością Sereny?
Przedział wiekowy: 18+
Rozdział 1
Księga 2: Nieodpowiednia dziewczyna
ASHER
„Gorąca czekolada?” Baristka powtarza moje zamówienie, jakbym właśnie zniszczył wszystkie jej mokre sny. Spogląda na mnie, przyglądając się mojej pomiętej koszulce i wyblakłym dżinsom.
„Poczekaj, Ramis…” Odrywam komórkę od ucha i odpowiadam jej. „Tak”.
„Na pewno nie chcesz kawy albo czegoś mocniejszego?”.
„Gorąca czekolada jest w porządku”.
„Coś jeszcze?”
„Nie”.
Nie rusza się, tylko stoi z dłońmi opartymi o ladę. Przeczesuję dłonią zmierzwione już włosy, a jej wzrok pada na tatuaż z linią bicia serca na zewnętrznej części mojego lewego przedramienia, a następnie przesuwa wzrok na masywną skórzaną bransoletkę na moim nadgarstku. Kładę prawą dłoń nad ladą, a jej wzrok podąża za mną, przyglądając się pierścionkowi na środkowym palcu, po czym wraca do mojej twarzy i przygląda się mojemu zarostowi.
Rozumiem.
Wyglądam i pachnę jak jaskiniowiec. Chociaż mina baristki nie zdradza, że tego nienawidzi. Ale na swoją obronę dodam, że nie spałem całą noc, kończąc pracę na temat wpływu zachowań organizacyjnych na biznes, cokolwiek by to, kurwa, znaczyło, i musiałem albo biec jak szalony, żeby osobiście przedstawić ją doktorowi Dale’owi – bo torturowanie mnie w ten sposób daje mu satysfakcję – albo wziąć prysznic.
Oczywiście moja ocena liczyła się bardziej niż higiena osobista. A gorąca czekolada łagodzi złe chwile bardziej niż cokolwiek innego na świecie. Jest słodka, gorąca i pobudza mnie jak diabli.
Więc tak, proszę. Gorąca czekolada. Spoglądam na baristkę.
„Zaraz przyniosę”, westchnęła.
„Dzięki”. Uśmiecham się do niej i wracam do telefonu, odsuwając się na bok, by następna osoba w kolejce mogła złożyć zamówienie. „Jaki jest plan, Ramis?”
„Zamów mi kawałek sernika”, mówi, a następnie krzyczy coś o treningu i siłowni do kogoś krzyczącego w tle. „Idioci myślą, że padnę z głodu na boisku”.
„Możesz”, stwierdzam, skanując przestrzeń wokół mnie. „A ja już złożyłem zamówienie, więc ty zrób swoje, kiedy tu przyjedziesz”.
O tej porze kawiarnia jest pełna studentów Uniwersytetu Kemora. W zasięgu wzroku nie ma ani jednego wolnego stolika. Gdy szukam wolnego miejsca, ludzie odwracają się w moim kierunku. Uśmiech zdobi ich ładne twarze, a kilka osób macha, zapraszając mnie, bym usiadł z nimi.
Nie.
Jest za wcześnie na spotkania towarzyskie i chcę mieć stolik tylko dla siebie.
„Vir jest z tobą?” Opieram się o ścianę, wpatrując się w baristkę, pragnąc, by w jak najszybciej wywołała moje zamówienie, abym mógł stamtąd wyjść i znaleźć miejsce, w którym będę mógł usiąść gdzie indziej i użalać się nad tą jedną oceną, która wciąż się obniża, bez względu na to, co robię.
„Nie”, Ramis wzdycha mi do ucha. „Pomaga Zarze osiągnąć jej dramatyczne cele”.
W wyobraźni widzę, jak przewraca oczami, co sprawia, że chichoczę. „Vir marnuje swój czas. Ona nigdy nie pozwoli im być kimś więcej niż przyjaciółmi”.
„Nie można winić faceta za to, że próbuje”.
Albo dziewczynę.
Jak tą, która gorączkowo do mnie macha. Jej uśmiech promienieje. Chłopak siedzący obok niej wygląda, jakby planował zionąć ogniem w moim kierunku, podczas gdy ona go ignoruje.
„Ash!” krzyczy i przesuwa się po małej ławce, by zrobić dla mnie miejsce. „Dołącz do nas”.
Udaję, że nie słyszę i przechodzę obok jej stolika.
Szczerze mówiąc, robię jej przysługę. Musi zapomnieć o naszej randce zeszłej wiosny, która dosłownie była beznadziejna. Podczas kolacji zasypywała mnie czułościami, a kiedy podali nam deser wiedziałem, że jeśli nie zakończę wieczoru na jej progu szybkim pożegnaniem, trzymając ją na dystans, za moment będziemy wysyłać zaproszenia na ślub.
Ramis coś mówi, ale mój mózg go wycisza, gdy mój wzrok zatrzymuje się na pustym krześle. Rzucam się do przodu. Wolny stolik znajduje się kilka centymetrów ode mnie, a moja ręka jest już wyciągnięta, by zaznaczyć terytorium, gdy nagle krzesło zostaje wyrwane z mojego wzroku. Ciało wślizguje się na nie, plecak spada na podłogę, a dwie ręce owinięte w czarne rękawy spoczywają na blacie, klikając palcami w telefon komórkowy.
„Przepraszam”. Pukam knykciami w laminowaną powierzchnię, marszcząc czoło. „Zamierzałem tu usiąść”.
Spogląda w górę.
A wszechświat traci rytm.
Błękitne jak ocean oczy z gęstymi rzęsami i łukowatymi brwiami, które wyglądają, jakby ktoś osobiście zadbał o ich narysowanie, soczyste usta stworzone do całowania jakiegoś szczęściarza i błyszcząca masa ciemnych miodowo-złotych pasm zaczesanych do tyłu w gruby kucyk. Kilka niesfornych kosmyków okala jej twarzy.
Czy w kampusie odbywa się sesja zdjęciowa, o której nie wiem?
Jest pięknością, która powinna znaleźć się na okładce gazety reklamującej bikini z niesamowicie gorącymi laskami. I patrzy na mnie tak, jakbym był niczym więcej, jak brzydkim robakiem, który jej przeszkadza.
„Co?” Lekko potrząsnęła głową, by wyrazić swoją irytację.
Odchrząkuję. „Siedzisz na moim miejscu”.
„Nie widzę na nim twojego nazwiska”.
„Twojego też nie widzę”.
Dziecinna odpowiedź. Ale mój mózg nie pracuje na najwyższych obrotach. Potrzebuję zastrzyku energii. Muszę wszystko przemyśleć. Potrzebuję tego krzesła i, najlepiej, numeru telefonu tej bogini. Zanim z moich ust wydobywają się kolejne słowa, metal uderza o kamienną podłogę, a ja widzę, jak jej nogi do nieba o kolorze kości słoniowej, lądują na blacie stolika.
Mój mózg spada dalej na południe od pępka.
Najwyraźniej nie jestem jedynym, który to zauważył, ponieważ spontaniczne westchnienia i okrzyki wypełniają powietrze wokół nas.
„Nogi ze stołu!” krzyczy baristka ze swojego miejsca za ladą.
Tajemnicza Dziewczyna ignoruje ją i wpatruje się we mnie z pustym wyrazem twarzy. Unoszę brew, ale jej wyraz twarzy się nie zmienia. Nie rzuca mi wyzwania, a jednak to robi.
Westchnienia stają się jeszcze głośniejsze.
„Chciałbym tego spróbować!” Jakiś chłopak komentuje sytuację, a kilku innych śmieje się, mówiąc coś równie niesmacznego.
„Idź pieprzyć swoją matkę”, mówi Tajemnicza Dziewczyna, nie spuszczając ze mnie wzroku.
Gdyby nie była na tyle głośna, by ci idioci wyłapali jej słowa i się zamknęli, byłbym pewien, że obelga była skierowana do mnie. I gdyby tak było, byłbym zły, a nie niespokojny jak napalony nastolatek przez to powolne skwierczenie w moich żyłach. Ta dziewczyna mnie podnieca.
„Kim jesteś?” pytam, w pełni świadomy tego, jak moje spojrzenie przesuwa się po jej twarzy, jakby chwila spędzona bez delektowania się jej pięknem była chwilą zmarnowaną.
„Nie…”
Przerywa jej gwizd i oboje obracamy głowy, by zobaczyć, jak mój najlepszy przyjaciel uśmiecha się do Tajemniczej Dziewczyny.
„Witaj, Piękne Nogi”. Po jego tonie głosu wnioskuje, że dobrze ją zna.
Marszczy brwi. „O patrz, kolejny”.
„Jesteś w menu, Nuri?”
„Przynajmniej wymyśl coś lepszego, Ramses”.
Chichocze. „Jestem Ramis. Ale możesz nazywać mnie jakkolwiek…” mruga, „…kiedykolwiek”.
Co do cholery?
Nawet nie zdaję sobie sprawy, że na niego patrzę, gdy dziewczyna jednym szybkim ruchem wstaje; wzrostem niemal dorównuje mojemu przyjacielowi. On stoi nieruchomo jak posąg, a ona tylko przewraca oczami, podnosi plecak i zanim ktokolwiek z nas zdąży złapać oddech, już jej nie ma.
„Kim ona jest?” Rzucam to pytanie we wszechświat, a moje oczy przesuwają się do dużego okna, by śledzić ją na ulicy, jej biodra kołyszą się naturalnie, a wyspiarskie słońce pada na jej skórę.
„Oglądanie jej nie boli, prawda?” Ramis wciąż się uśmiecha. „To Nuri Pasha. Świeżak”.
Ah!
Nic dziwnego, że wcześniej jej nie widziałem. Jest nowa, a to mój ostatni rok, więc nie mam zbyt wiele czasu na poznawanie nowych ludzi. Muszę dostać się na Harvard. Tak jak tata. I Yanni, mój starszy brat. To kwestia rodzinnej tradycji. Nie można tego lekceważyć.
Ale ta dziewczyna…
„Skąd ją znasz?” pytam Ramisa.
„Poznałem ją na imprezie, poprosiłem do tańca i natychmiast zostałem postawiony na swoim miejscu”.
To mi się podoba. „Mogę spróbować?”
„Pewnie, aleona nie jest w twoim typie”.
To sprawia, że odrywam wzrok od Nuri i patrzę na niego. „Co to ma znaczyć?”
Bierze głęboki oddech i kiwa głową w kierunku ulicy za oknem, na którą oboje się gapiliśmy. „Po pierwsze, ona się z nim przyjaźni”.
Spoglądam ponownie na drogę i widzę, jak Nuria staje na palcach, by pocałować Jacksona Sakyę – jedynego człowieka, którego z chęcią zrzuciłbym z klifu, gdyby nie liczyło się to jako morderstwo. To pocałunek w policzek, ale nadal… A potem ma czelność ją przytulić, oplata ją ciasno ramionami, po czym unosi. Wygląda zupełnie swobodnie.
„Są razem?”
„Twierdzą, że są tylko przyjaciółmi, ale…” Ramis przechyla głowę w moją stronę, kącik jego ust wykrzywia się w górę. „To znaczy, spójrz na nią. Musiałbyś być albo ślepy, albo w zaangażowanym związku, żeby tylko się z nią przyjaźnić. A Jacksona nie dotyczy ani jedno, ani drugie”.
„Nie, to napewno”.
„I nie jest w twoim typie”.
Co znowu?
Zanim zdążyłem zażądać wyjaśnień, przerwał mi, mówiąc, że jest głodny i odszedł do kasy, aby złożyć zamówienie. Wracam do wpatrywania się w szybę za oknem. Widzę, jak Jackson i Nuri odchodzą.
Świetnie.
Mój nastrój stał się jeszcze gorszy.
***
NURI
Droga z naszego kampusu wije się przez dzielnicę akademików i domów studenckich, po czym rozgałęzia się w liczne alejki, które rozdzielają się na sieć ulic. Ulice te łączą teren naszego uniwersytetu z resztą wyspiarskiego kraju Kemora i jego dwiema mniejszymi wyspami, Manari i Geet, unoszącymi się na rozległym Oceanie Indyjskim.
Wyspa Manari jest moim domem, ale nie jest to miejsce, do którego planuję kiedykolwiek wrócić. Społeczność Frere, ledwo przekraczająca próg ubóstwa, jest nudna w porównaniu z bardziej zabawowym i swobodnym życiem na głównej wyspie Kemora. Nie wspominając już o bogactwie.
To opinia, którą Jackson ze mną podziela. Oboje chcemy życia lepszego niż to, które nam przekazano. Tak więc, po ukończeniu szkoły średniej, kiedy zadzwoniłam do niego w sprawie wysłania mnie do tego samego college’u, w którym był, jego pierwsze pytanie brzmiało: „O której mam cię odebrać?”.
To kontrastowało z pytaniem tatusia: „Dlaczego?”. W końcu się zgodził, ale dopiero po tym, jak zapisałam się na studia biznesowe zamiast sztuk pięknych, aby zostać muzykiem jak Jackson. I tak było to mrzonką. Po tym, jak życie potraktowało mamę, nie ma szans, by tatuś kiedykolwiek pozwolił mi pójść tą samą drogą tylko dlatego, że wierzę, że będzie inaczej.
Jazda na rowerze przez ulice pełne pięknych roślin… zapach mango i kokosów, słodkiego jaśminu i kwitnących bugenwilli, równikowe słońce na obfitym niebie i słona morska bryza wiejąca we włosy, Kemora to raj na ziemi. Powinnam być teraz na zajęciach, ale mój rower kieruje się na południe, gdzie bogaty rezerwat leśny rozciąga się aż po horyzont. Dojazd nie zajmuje dużo czasu, ale gdybym pojechała autobusem, byłoby szybciej.
Las tętni życiem i promieniami słońca, a brukowaną ulicę lepiej przejść pieszo niż przejechać rowerem. Jeszcze kilka kroków i naszym oczom ukazuje się lśniący jednopiętrowy budynek. Zbudowany pośród drzew, wygląda tak, jakby ta konstrukcja z cementu i szkła wyrosła z ziemi. Ciężkie mosiężne drzwi zdobią wejście, a nad nimi wisi odważny czarny szyld ze złotymi literami Euphoria. Brukowana ulica okrąża budynek i prowadzi do rozległego parkingu z tyłu.
Zabezpieczam rower kłódką i wchodzę do środka.
Witają mnie chłodne podmuchy klimatyzowanego powietrza, a wraz z nimi unosi się słodki zapach mikstur Akiry. Stoi za ladą jak zawsze, nienagannie ubrany w swój barmański strój na tle połyskujących luster i świateł, spryskując drinka klienta, gdy słyszy skrzypienie moich trampek na błyszczących podłogach z ciemnego drewna i spogląda w górę. Wygląda jak postać z anime, w której podkochiwałam się od zawsze.
„Więc, jesteś tego pewna?” pyta, zanim docieram do rozległego baru. Bezpośrednio. Bez wstępów. To właśnie Akira.
„Wygląda na to, że potrzebuję pieniędzy”, mówię, siadając na jednym ze stołków i przyglądając się asortymentowi kolorowych butelek na półce. „Chcę spróbować jednego z nich”.
„Jesteś już wystarczająco duża?” żartuje, po czym nalewa mi wysoką szklankę czegoś niebieskiego, z solonym brzegiem i uroczą parasolką. „Nie ma w tym alkoholu”.
Łykam napój przez słomkę na tyle długo, by jego uśmiech przerodził się w chichot.
„Dobre?” Ma ożywione spojrzenie.
„Mózg mi zamarzł”. Uderzam się w czoło, ale szczerze mówiąc, mogłabym kąpać się w tym jagodowym smaku bez końca. „Pozwoliłabym ci zapłacić mi w drinkach, ale potrzebuję gotówki”.
Kiwnął głową, wycierając szklankę do czysta i odkładając ją na stojak. „Możesz zacząć dzisiaj. Sue zobaczy, ile jeszcze musisz się nauczyć, a my zajmiemy się tym później”.
„Dobrze, ale wrócę później. Opuszczam zajęcia i jeśli Jacks dowie się, że nie ma mnie na kampusie, to oszaleje, szukając mnie”.
Akira zmarszczył brwi. „Musisz mu wkrótce powiedzieć. Nie mogę pozwolić, by zniszczył mój klub”.
„Tak zrobię”. To nie o Jacksona powinien się martwić, tylko o tatusia. Ale na razie nie ma potrzeby ujawniać tej informacji. „Po szóstej?”
„Niech będzie po ósmej, jeśli tak będzie łatwiej”. Kładzie obie ręce na lśniącej ladzie. „To i tak nocny biznes”.
Patrzę na pustą scenę i balkon nad głową, spiralne schody rozlewające się dramatycznie do głównej sali i klatki dla ptaków wystarczająco duże, by pomieścić człowieka o wzroście dwóch metrów. No i oczywiście dwa sięgające od podłogi do sufitu słupy wbite w serce podium.
„Po co w ogóle budować takie miejsce?”
Nigdy nie mogłam się nacieszyć tym szklanym, lustrzanym i drewnianym wystrojem, odkąd po raz pierwszy postawiłam tu stopę. Wszystko dzięki Jacksonowi, tak przy okazji. Gdyby nie był tutaj barmanem, nigdy bym tu nie przyszła, nie poznała Akiry i nie została poproszona o dołączenie do jego zespołu.
„Nie zbudowałem tego”, mówi Akira, podążając wzrokiem za moim spojrzeniem. „Kupiłem je i nigdy nie zmieniłem wnętrza. Poza dodaniem miejsca na jadalnię”.
„I to działa? To miejsce musi pękać w szwach”.
„Nie tak bardzo, jak bym chciał”.
To dziwne, ponieważ cała atmosfera jest tak zachęcająca i pachnie orzeźwiająco. Stoliki i kabiny nie są teraz pełne, ale mają taki wyrafinowany, drogi charakter.
„Czy to ma coś wspólnego z…” Wskazuję na scenę, a on wydaje z siebie kolejny śmiech.
„Mam nadzieję, że nie”.
„To nie jest miejsce dla rodzin”. Spoglądam na klatki.
„Niczego nie zmieniam. Albo ktoś to akceptuje, albo nie”.
„Masz rację”.
Wzrusza ramionami.
„A jeśli mi się nie uda?”
„Jesteś baletnicą, prawda?” pyta, wypełniając kolejne zamówienie na shake’a. „Już jesteś w formie”.
„Z wyjątkiem tego, że nie jestem”. Przygryzam róg słomki. „Baletnicą już nie jestem. Kiedyś byłam, ale to było…” Zatrzymuję się, by przypomnieć sobie dokładnie, ile czasu minęło, ale decyduję, że to w porządku, jeśli nie pamiętam dokładnie: „…lata temu”.
Przed śmiercią mamy.
Czuję ukłucie, a moje oczy szukają czegokolwiek innego, na czym mogłabym się skupić. Nawet nie zdaję sobie sprawy, że wpatruję się w słupy, dopóki Akira mi tego nie wytyka.
„Nie musisz tego robić”, mówi.
Wdzięczna za odwrócenie uwagi, uśmiecham się. „Nie spodziewasz się tego?”
„Masz się tylko dobrze bawić i za to ci zapłacę”.
„Ale chcę być najlepsza”. Przyglądam się zahartowanym liniom jego ramion pod białymi rękawami. „Nauczysz mnie kilku ruchów samoobrony? Jak ninja”.
Odrzuca głowę do tyłu i śmieje się, gdy przybieram pozę. „Co, Frere nie nauczyło cię jak zadawać ciosy? Jestem pewien, że nigdy nie chciałbym znaleźć się na drodze twojego lewego sierpowego”.
Zachichotałam. „Nie zaszkodzi nauczyć się czegoś nowego”.
„I przypuszczam, że chciałbyś też nosić broń?”
Wciąż się śmieje, gdy jego wzrok przenosi się z mojej twarzy na coś za mną, a jego oczy się rozjaśniają. Podążam za jego spojrzeniem, wiedząc już, kogo znajdę.
Bogini z kruczoczarnymi włosami opadającymi do pasa, ubrana w małą czarną, schodzi po schodach. Wszystko w niej wydaje się błyszczeć, ale to prawdopodobnie sposób, w jaki Akira na nią patrzy, sprawia, że lśni.
„Sue też to robi”, mówi Akira, „ruchy ninja”.
Jego spojrzenie nigdy nie opuszcza jej twarzy, gdy podchodzi do nas i wtula się w jego uścisk. Składa na jej ustach delikatny pocałunek, po czym puszcza ją i zajmuje się nowym napływem klientów.
„Olśniewasz mnie”. Opierając łokieć na blacie, chowam twarz w dłoniach i podziwiam jej piękno. „Chcę być tobą, gdy dorosnę”.
„Musisz być teraz w szkole, Nuri”, jej uprzejma reprymenda brzmi tak delikatnie.
Podnoszę kieliszek, by wznieść toast za jej słowa mądrości, a następnie opróżniam go. „Powinnam już iść. Pierwszy dzisiejszy wykład to zawsze czas na drzemkę. Profesor przesypia połowę czasu, dlatego tu jestem”.
„Nie musisz mi niczego wyjaśniać”. Zbliżyła się i zmarszczyła matczynie brwi. „Ale pierwszą zasadą podjęcia pracy tutaj jest to, że twoje oceny nie powinny na tym ucierpieć”.
„Tak, proszę pani”.
Uśmiecha się i całuje mnie w czoło. Ciepło tego pocałunku piecze moją skórę z taką siłą, że muszę wstrzymać oddech, by opanować szczypanie za moimi oczami.
Pachnie dobrocią.
Odwracam się z uśmiechem i skinieniem głowy i nie zatrzymuję się, dopóki bezpiecznie nie docieram na rowerze do kampusu.




