
Niewybrana ścieżka
Autorzy
Madelyn Jane
Lektury
1,4M
Rozdziały
72
Rozdział Pierwszy
Książka 1.
ADA
– Umowa podpisana – oznajmił Lugh, zatrzaskując drzwi naszej chatki i ściskając w dłoni papier. – Sprawa załatwiona.
Był mężem mojej nieżyjącej matki, który przejął nasz niegdyś dochodowy młyn tylko dlatego, że był z nią żonaty.
Przez niego straciliśmy wielu pracowników i pieniądze. Chciał szybkiego zysku, co zaszkodziło nam wszystkim.
Zwłaszcza mnie.
Schodziłam po schodach, czując, jak strach ściska mi gardło. Patrzyłam, jak deszcz spływa po jego czerwonej twarzy. Słyszałam tylko szum ulewy.
I łomot własnego serca.
– Co zostało załatwione? – zapytałam ostrożnie. Zeszłam na ostatni stopień, w stronę szafek. Nóż do chleba połyskiwał w blasku ognia tuż obok.
– Znalazłem ci męża – oznajmił. Postąpił krok do przodu, a ja przesunęłam się w prawo. Nie spuszczałam z niego wzroku. – Bardzo bogatego męża.
To było gorsze niż obecna sytuacja. Wszelkie nadzieje na wolność, na przyszłość... na miłość miały pójść z dymem.
Tak jak ja.
– Znalazłeś mi męża – powtórzyłam. Znów przesunęłam się w prawo, jeszcze pięć kroków do tego noża do chleba. Zbyt długo patrzyłam, jak Lugh niszczy marzenia mojej matki i moje. To była kropla, która przelała czarę goryczy.
Mógł mieć dom. Mógł mieć młyn. Mógł mieć pieniądze.
Ale nie pozwolę mu mieć mnie.
– Znam to spojrzenie, Ada – powiedział, odsuwając się od kałuży na podłodze. Jego twarz była czerwona od zimnej nocy i gniewu. – Nic nie wskórasz. Należysz do mnie.
Te słowa brzmiały jak wyrok.
Tak było od lat. Zostałam tu dla mojej matki, obiecując, że nigdy nie zostawię jej samej z tym... okrutnym człowiekiem. Chwyciłam drewnianą poręcz.
Wyraz jego twarzy, gdy się zbliżał, mówił mi, że jest dziś wyjątkowo wściekły. Gotowy do ataku. Serce waliło mi jak młotem, gdy zdałam sobie sprawę, że nie mam już ruchu.
Byłam jak zwierzę sparaliżowane przed myśliwym. Musiałabym skoczyć daleko, żeby dosięgnąć tego noża do chleba. Musiałabym to zrobić, zanim Lugh mnie dopadnie.
– Nie należę do ciebie – powiedziałam, by zyskać na czasie. Rozglądałam się za czymkolwiek, co mogłoby mnie uratować – dziś i jutro. Pomyślałam, że mój przyszły mąż może już czekać na zewnątrz. Uwolnić się z jednych kajdan, tylko po to, by wpaść w następne. Musiałam być sprytna i dowiedzieć się jak najwięcej.
– Nasze prawo mówi co innego – uśmiechnął się. Poczułam, jak serce zamiera mi w piersi, dopóki w oddali nie błysnęła błyskawica. – Wszystko, co należało do twojej matki, jest moje. Włącznie z tobą. Własność do sprzedania.
Może powinnam była bardziej się starać, by pojechać do miasta. Mogłam znaleźć męża, którego sama bym wybrała, przynajmniej trochę. Kogoś, kto uwolniłby mnie od tego młyna – od Lugha.
Może dlatego trzymał mnie z dala od miasta. Na tę chwilę, gdy będę wystarczająco dorosła, by sprzedać mnie za największe pieniądze.
Teraz było za późno na żal. Za późno na cokolwiek, poza walką.
Nawet to musiało być zrobione ostrożnie. Kobiety w naszym mieście były zabijane przez prawo za mniej. Nasze życie było warte tyle, co zwierząt, jak się zdawało.
– Ile mam czasu?
– Kilka dni.
– A jeśli odmówię?
– Śmierć – warknął. – Albo z ręki prawa. Albo mojej.
Oddychałam miarowo. To była prawda. Jedna rzecz o Lughu – nie kłamał ani nie koloryzował. Jedynym wyborem było posłuszeństwo, a moje dłonie zacisnęły się, gdy pomyślałam o wszystkich razach, kiedy moja matka to robiła, by mnie chronić.
Jeśli odmówię małżeństwa. Śmierć. Jeśli zostanę z Lughiem. Śmierć. Jeśli ucieknę i może zostanę złapana przez niego lub stróża prawa. Śmierć.
A to wszystko, jeśli śmierć czekająca na nas wszystkich, szepty o dziwnych wojownikach w lesie, nie dopadną mnie pierwsze.
To była sytuacja bez wyjścia. Spojrzałam na fotel mojej matki w rogu. Jej ulubiony szal i koszyk z przędzą, wciąż nietknięte. Odepchnęłam wszystkie jej obrazy, używając ich tylko do podsycenia ognia wewnątrz mnie.
– Dlaczego? Dlaczego to robisz? – zapytałam rozpaczliwie. – Wiesz, że jestem jedynym powodem, dla którego młyn wciąż przynosi jakikolwiek dochód. Beze mnie nie będziesz miał nic. – Błagałam, nie jego, ale sam los.
Przy stylu życia Lugha, mógł wkrótce zachorować lub narobić sobie wrogów. Gdybym mogła sprawić, by pozwolił mi zostać, może miałabym szansę na życie, o którym marzyłam od lat.
Marzenia, które sprawiały, że chciałam żyć. Marzenia o szczęściu. Choć dawno temu porzuciłam nadzieję, że te marzenia obejmują kogoś, kto przyjdzie mnie uratować... uratować moją matkę. W dniu, w którym umarła, pogrzebałam tę nadzieję, akceptując tylko rzeczywistość.
Sama się uratuję. Znajdę swoje szczęście. Znajdę swoje przeznaczenie.
A teraz Lugh stał na drodze do tego marzenia.
– Ada – ostrzegł Lugh, szykując się do ataku. Jego wielkie ciało gotowe do skoku. To była ta chwila. Powierzyłam swoje życie w ręce losu i skoczyłam z całą wolą przeżycia.
– Ada! – ryknął Lugh głośniej niż kolejny błysk pioruna. Dotarłam blisko szafki, krzycząc, gdy poczułam, jak dwie szorstkie dłonie chwytają mnie za stopę.
– Są tylko dwa sposoby, w jakie opuścisz ten dom – wrzeszczał, a ja kopałam – albo zamężna – wczepiłam się paznokciami w drzwiczki szafki – albo martwa. – Pociągnęłam za nie, drewno trzeszczało pod moim uściskiem. Wbijałam stopę w jego głowę, raz za razem.
Drewno trzasnęło głośniej i jakby uderzył w nie piorun, sekundy później oderwało się.
Dźwięk zaskoczył nas oboje, ale ja już byłam na nogach, chwytając nóż z blatu. Obiegłam stół z drugiej strony. Spojrzałam na podnoszącego się Lugha.
Miałam to zrobić. Miałam to zrobić. Każde uderzenie mojego serca powtarzało te słowa. Miałam przeżyć.
Pchnął drewniany stół w moją stronę, próbując uwięzić mnie w rogu. Małe, kruche krzesło spowolniło go, dając mi wystarczająco czasu, by biec dalej. Nie miałam być tym krzesłem. Byłam mniejsza od niego, ale nie krucha.
– Ada! – ryknął, teraz trzymając własny nóż. Coś w rodzaju noża podróżnego.
To była ta chwila. Zostaliśmy tylko my, oboje z nożami. Jeśli miałam uciec, jego własne życie było zagrożone, gdy mój mąż przyszedłby po swoją nagrodę. Potrzebował mnie tu – martwej lub żywej.
Część mnie nie mogła uwierzyć, że to będzie nasza ostatnia chwila razem, a jednak inna część wierzyła, że zawsze tak miało się to skończyć.
Dwa noże. Jedno życie.
Przeskoczyłam nad małą skrzynią, mając nadzieję, że jakoś znajdę czas, by chwycić moje buty i płaszcz. Jeśli nie zginę tutaj, na pewno umrę boso i w nocnej koszuli w burzową noc. Widząc Lugha rzucającego kolejne krzesło przez pokój, jedyną rzecz między nami, śmierć w lesie była najmniejszym z moich zmartwień. Wolałam zaryzykować.
Pchnęłam się do przodu, drzwi były już w zasięgu ręki. Gdy poczułam ostry ból w nodze, spojrzałam w dół. Nie mogłam uwierzyć, gdy zobaczyłam nóż Lugha wbity tam. W mój mięsień, nie zabijając mnie, ale tkwiący.
Krew była teraz na podłodze. Wystarczyło to, by mnie osłabić, co najwyraźniej było jego celem.
Poczułam jego szorstkie dłonie chwytające moje ramiona, a potem pchnięcie na ścianę.
– Chyba będę musiał cię związać na następne kilka dni – powiedział, a jego cuchnący oddech wypełnił przestrzeń. – Coś, czego twój mąż na pewno nie będzie miał nic przeciwko. Ma złą reputację, wiesz. – Jego ręce ściskały moje ramiona z ogromną siłą. Nie drgnęłam jednak.
Spojrzałam prosto w jego puste oczy. – Lubi je młode i lubi, gdy stawiają opór. Będziesz jego czwartą żoną w tym roku.
– Nie – trzymałam mocno swój nóż. Ten, o którym, jak się zdawało, zapomniał w swoim gniewie. – Nie będę – powiedziałam dla siebie, dla mojej matki, wbijając go w bok jego ciała. Przekręcając go, tak jak widziałam, że robili to niektórzy pracownicy młyna, zabijając zwierzęta złapane na polach.
Lugh opuścił ręce, z tym samym zaskoczonym wyrazem twarzy, gdy zobaczył moją zakrwawioną dłoń. To była moja szansa. Wyciągnęłam go i gdy uniosłam, szybciej niż bicie mojego serca, na wysokość jego szyi. Tym razem zamknęłam oczy, gdy wbiłam go w jego gardło.
Jego ciało upadło, a wraz z nim wszystko wokół mnie.
Wszystko, co trzymało mnie skupioną na przetrwaniu.
Ostatnią rzeczą, jaką usłyszałam, był trzask ognia i Lugh dławiący się własną krwią, zanim straciłam przytomność.














































