
Carrero. Dodatkowa książka: Oczami Arricka
Autorzy
Lektury
258K
Rozdziały
27
Pierwsze spotkanie z Arrickiem: Część 1
Sophie
Zaczynam się trochę złościć, bo zupełnie mi to nie wychodzi. Rzucam drewnianą łyżkę do miski, a gdy ciasto pryska mi w twarz, odsuwam się z obrzydzeniem, wycieram mokrą papkę z oka i wzdycham ze złością. Sylvana śmieje się z mojej miny i wyciera moją twarz ścierką ze swojego ramienia, delikatnie ją osuszając. Jej matczyny uśmiech i łagodność uspokajają mój gniew, a ja wyciszam się nieco pod wpływem jej czułego podejścia do moich wybuchowych nastrojów, czując ciepło na sercu.
„Och, Sophie, Bambino... Nie mieszaj tak agresywnie. Bądź delikatna z ciastem, bo inaczej wybijesz z niego całe powietrze”. Uśmiecha się miękko, podnosi łyżkę i podaje mi ją zachęcająco, po czym przysuwa mi miskę po drewnianym blacie, unosząc brew, by skłonić mnie do ponownej próby. Marszczę brwi na widok ciężkiej, ceramicznej bestii i robię kolejne podejście, wzdychając ciężko z wyrazem pełnym determinacji.
Atakuję ciasto z o wiele mniejszą gracją niż za pierwszym razem, a w wyniku moich nadgorliwych starań niepokojąco opryskuję sobie koszulkę z jednorożcem. Wzdycham i patrzę ze złością na bałagan rozchlapany na Twinklesie, moim jednorożcowym kumplu.
Uwielbiam tę koszulkę. Jestem załamana, że zbezcześciłam go surowym ciastem.
„Chyba po prostu nie nadaję się do pieczenia” – zauważam z rezygnacją, a mój nastrój drastycznie spada, zostawiając mnie z poczuciem ociężałości i apatii. To kolejna lekcja gotowania z „Mammą Carrero”, którą właśnie oblewam. Mam prawdziwy talent do kulinarnych katastrof i nigdy nie przestaje mnie zadziwiać, jak bardzo nie umiem gotować. Mamy takie lekcje co kilka dni; Sylvana nazywa to „czasem na budowanie więzi”, wypytując mnie, jak się odnajduję u nowych rodziców zastępczych, a ja za każdym razem niezawodnie robię coś okropnego.
Ma w sobie mnóstwo cierpliwości i nieskończone zapasy składników, z których robię niejadalne potrawy; aż dziw, że w ogóle nadal próbuje, chociaż podoba mi się to, że ma na mnie oko i zależy jej, by sprawdzić, czy w nowym życiu wszystko u mnie w porządku. Przynajmniej wiem, że tym razem mam do kogo pobiec, jeśli moje życie znów stanie się tak straszne, jak z moimi biologicznymi rodzicami. Ufam jej.
Tak bardzo przypomina mi swojego syna, Jake'a. Ma jego oczy i swobodny sposób bycia, i czuję, że mogę się przy niej zrelaksować tak samo, jak przy Jake'u i Emmie. Świadomość, że wszyscy mają ten sam szczery cel, by chronić mnie i o mnie dbać, sprawia, że to doceniam. Mam wielkie szczęście, że dostałam w życiu tę nową szansę.
Sylvana znalazła mi dom u ludzi, którzy mieszkają niedaleko. Jak na razie jest dobrze. Wydaje się, że mnie lubią, a nawet pozwolili mi założyć zamek w drzwiach, więc czuję się przy nich bezpiecznie. To świetni ludzie, choć może trochę zbyt opiekuńczy. Myślę, że z czasem będę mogła się przy nich zrelaksować i przestać wciąż zastanawiać, czy to wszystko dzieje się naprawdę. Po raz pierwszy w życiu mam rodzeństwo i chociaż wszyscy wydają się mili, po prostu nie jestem jeszcze gotowa na budowanie z nimi więzi. W końcu to może być tylko tymczasowe; to przecież rodzina zastępcza. Nie chcę jeszcze robić sobie nadziei i zacząć troszczyć się o ludzi, którzy mogą nie zagościć w moim życiu na długo. Ale lubię Sylvanę. Przy niej nie czuję się inna. Nie czuję się wybrakowana.
Nie porusza tematów, o których nie chcę rozmawiać, chociaż wiem, że to część jej pracy. Pracownik wsparcia, z którym spotykam się co tydzień, jest z jej fundacji charytatywnej... Powiedział mi, że to dzięki niej tak szybko dostałam dom. To prawie niespotykane, żeby czternastoletnia uciekinierka tak łatwo znalazła rodzinę pokroju Huntsbergerów, zwłaszcza wywodząc się z biedy. Zawdzięczam to wszystko jej, Jake'owi i Emmie; zawdzięczam im wszystko. Chociaż wiem, że to pewnie nie potrwa długo. Czasami trudno sobie ze mną poradzić i wiem, że jeśli coś jest zbyt piękne, by było prawdziwe, to z reguły takie nie jest, więc staram się tym cieszyć, póki mogę. Buduję siły na wypadek, gdybym musiała znów uciekać lub wrócić na ulicę i radzić sobie sama.
Patrzę na Sylvanę i czuję do niej ogromną miłość. Chciałabym umieć wyrazić to lepiej niż potrafię, bo okazywanie emocji nie przychodzi mi ze szczególną łatwością. Z Emmą jest prościej... ona mnie rozumie i nie oczekuje, że cokolwiek powiem; po prostu to wie. Sylvana to zupełnie inna osoba i chociaż pracuje z dzieciakami takimi jak ja, nie sądzę, żeby kiedykolwiek przeżyła to co my.
„Mamma. Gdzie jesteś? Wróciłem”. Z korytarza dobiega męski głos brzmiący bardzo podobnie do głosu Jake'a, a ja zatrzymuję się i zastygam w bezruchu z dłonią uniesioną do mieszania. Nie radzę sobie dobrze z obcymi, a ten brzmi jak Jake, więc nie mam pewności, czy to on. W tym głosie jest jednak coś innego, choć różnica jest niewielka, a moje serce bije szybciej, gdy Sylvana idzie do kuchennych drzwi, strzepując mąkę z sukienki na powitanie tego głosu.
Spuszczam wzrok na miskę i dalej pogłębiam swój bałagan, mocno ściskając łyżkę i mając nadzieję, że ktokolwiek to jest, nie zostanie zbyt długo. Moje tętno przyspiesza, a oddech staje się nieco płytszy, gdy nagłe wtargnięcie w nasz wspólny czas przyprawia mnie o atak nerwów. Nadal słabo radzę sobie ze swoim lękiem, ale uczę się go ukrywać i coraz lepiej nad nim panować. Oddycham powoli, żeby pokonać duszące uczucie w klatce piersiowej, i dla koncentracji skupiam się na powolnym mieszaniu.
„Ahhh, il mio, bambino”. Sylvana podchodzi do wysokiej sylwetki, która kryje się za jej ciałem i mocno ją przytula. Widzę tylko piaskowe włosy ponad jej głową, szerokie ramiona i silne ręce, które ją obejmują. To na pewno nie Jake; sam kolor włosów się nie zgadza, chociaż wzrost mają podobny.
„Hej, mamma, mi sei mancato”. Męski głos jest niski i chropowaty, ma tę samą głębię co głos Jake'a, a ja zastanawiam się, czy to ten nieuchwytny brat, o którym mi opowiadano. Sylvana dużo mówi o Arricku, ale on zawsze jest w college'u albo podróżuje; podobno robi to często. Odkąd tu jestem, pojawił się po raz pierwszy. Miałoby to sens, bo jest dwujęzyczny i nazwał ją mamą.
Przerywam na chwilę i wstrzymuję oddech. Czekam. Wiem, że ona go przedstawi, i czuję, jak w gardle rośnie mi panika. Ręce robią się zimne, a ciało zamarza ze strachu na myśl o poznaniu nowego mężczyzny, nieznanego obcego. Oboje się poruszają i Sylvana odwraca się w moją stronę, a ja spuszczam wzrok i wracam do swojej pracy, obezwładniona nieśmiałością i niezdolna podnieść głowę, z żołądkiem skręconym ze stresu. Próbuję utrzymać się w ryzach, żeby nie wyjść na idiotkę, i mam ochotę sprawdzić, czy moje włosy są nadal spięte w schludny kucyk, z dala od moich nerwowych rąk i nawykowych tików.
„Arry, to jest Sophabelle, nasz najnowszy nabytek w rodzinie Huntsbergerów”. Głos Sylvany sprawia, że podnoszę wzrok niczym pod wpływem magicznego zaklęcia, mądra w swoich sztuczkach perswazji. Łapię kontakt z parą ładnych, piwno-brązowych oczu, które przyglądają mi się chłodno ze spokojnej i przystojnej twarzy. Jestem od razu zaskoczona, że nie są zielone jak u Jake'a i Sylvany, a jednak wydają się ładniejsze, cieplejsze i głębsze. Otrząsam się z transu, w który niemal mnie wprawił, zapominając się na sekundę i czując się kompletnie głupio, że oczy jakiegoś chłopaka sprawiły, iż zamarłam w połowie wdechu.
Gorąc uderza mi na policzki; rumienię się i odwracam wzrok. Jego spojrzenie jest dla mnie zbyt intensywne i od razu przyjmuję postawę obronną, gdy moje ciało jeży się z niepokoju. Zauważyłam tylko jego oczy i wciąż czuję je na sobie. Obserwujące mnie.
„Hej, co tam?” – mówi do mnie, a ja przeklinam w duchu fakt, że muszę to robić. Przyzwyczaiłam się do wąskiego kręgu ludzi, który otaczał mnie przez ostatnie tygodnie, i nie potrzebuję wokół siebie nikogo nowego. Obcy oznaczają niebezpieczeństwo. Zwłaszcza tacy, którzy mają dziwną zdolność paraliżowania mnie samym spojrzeniem; to cholernie denerwujące, a moje serce tańczące rumbę wcale mnie do tego nie zachęca.
Moje ręce zaczynają szaleńczo drżeć, więc muszę chwycić miskę i łyżkę, by to ukryć. Zerkam na niego i przyglądam mu się powoli, ostrożnie, jakby nie był dla mnie szczególnie interesujący. Zauważam szeroką, mocną sylwetkę nastolatka, może osiemnasto- czy dziewiętnastolatka. Nie jest brzydki. Jest całkiem przystojny; dobra, może nawet bardziej niż przystojny, tyle że ma nos Giovanniego, a to szkoda, bo ma dość dziwny kształt u nasady. Podobają mi się jego włosy... są nastroszone i mają ładny kolor, prawie jak piasek, choć miejscami wydają się mokre, a miejscami suche, z kolei świetne cięcie podkreśla silną szyję i kwadratową szczękę. Wygląda też na to, że spędza czas na ich układaniu, co chyba mi się podoba.
Uważam, że mężczyźni dbający o wygląd są atrakcyjni, zwłaszcza że chłopcy i faceci, których znałam wcześniej, nigdy tego nie robili. Poza tym ma fajny gust; jeansy, trampki i obcisły szary t-shirt z jakimś klubem walki czy czymś takim na przodzie, co tylko podkreśla fakt, że ćwiczy. Ubrany na luzie, przystojny i wyluzowany; dla większości młodych dziewczyn to niebezpieczne połączenie, ale nie dla mnie. Nie mam najmniejszej ochoty poznawać tego Romea, a widzę, że to właśnie ten typ. Przypomina trochę brata, a jednak nie, po czym dochodzę do wniosku, że go nie lubię. Jest zbyt przystojny, by być miłym facetem, i stanowi dla mnie same zagrożenie.
„Cześć” – odpowiadam płasko i wracam do tego, co robiłam. Nie jestem nim zainteresowana. Wydaje się zbyt pewny siebie, zbyt gadatliwy, za bardzo uśmiechnięty. Nudny i zapatrzony w siebie. Pewnie jest taki sam, jak każdy inny facet na tej planecie, który ma dobre geny i dobrze wie, że jest atrakcyjny.
„Ale z ciebie gaduła, co?” – chichocze, a ja wiercę się niepewnie, bo ten śmiech jest uroczy w zupełnie okropny sposób. Głęboki, ochrypły, w stylu Jake'a; posyłam mu wściekłe spojrzenie za to, że mnie obraził.
Ughhh.
Jak tak teraz o tym myślę, dochodzę do wniosku, że może być z niego dupek. Zresztą, kto używa tekstów w stylu „co tam?”. Jestem pewna, że to żałosna, zawoalowana próba powiedzenia „umówimy się?”. Czego ja akurat nie chcę. Jest dla mnie o wiele za stary. Nie mam jeszcze nawet piętnastu lat, a on wygląda... no cóż, nie na piętnaście. Może na osiemnaście. Sama nie wiem. Z wyglądu jest młody, ale z drugiej strony w jego oczach kryje się coś dojrzalszego.
„Ciii, zostaw ją w spokoju. Sophie jest w porządku, kiedy już się do kogoś przekona. Przestań się z nią droczyć”. Sylvana gani go i idzie do zlewu, żeby napełnić dzbanek do kawy dla najnowszego gościa, co oznacza, że zostaje. W tych rodzinach wszyscy przy każdej okazji sięgają po dzbanki z kawą, co jest po prostu dziwne. Nie przepadam za jej zapachem. Przywodzi mi na myśl rzeczy, o których nie chcę pamiętać. Pokonuję nagłe nudności, które uderzają mnie w brzuch na myśl, że Romeo zostaje, i wspomnienia, które wywołuje zapach kawy.
Podskakuję ze strachu, brutalnie wyrwana z zamyślenia, gdy pojawia się przed stołem, sięgając, by zanurzyć palec w przygotowywanym przeze mnie cieście. Upuszczam miskę i łyżkę i odskakuję w tył, jakby mnie poparzył. Chociaż nawet mnie nie dotknął, w odruchu przerażenia serce podchodzi mi do gardła. On nie reaguje, wciąż z ręką w misce, po czym przenosi na mnie wzrok, a jego twarz łagodnieje. Lekko marszczy brwi, gdy powoli się odsuwa i posyła mi miękki uśmiech, poruszając się ostrożnie, zupełnie jakby wyczuł, że nie powinien był tego robić.
Wcale mnie to jednak nie uspokaja i jestem cała spięta, obserwując go nieufnie. Moje ciało jest gotowe do ucieczki na wypadek, gdyby spróbował podejść choć odrobinę bliżej. Serce bije mi mocniej, gdy oblewa mnie fala wstydu; odwracam wzrok i podchodzę, by szybko chwycić łyżkę, umierając przy tym ze wstydu na myśl o tak widocznej reakcji z mojej strony. Nie mogę nic na to poradzić. Nienawidzę, gdy inni podchodzą zbyt blisko, zwłaszcza mężczyźni, a on – mimo młodego wieku – do nich należy.
Jest zagrożeniem. Jest mężczyzną i z pewnością facetem, który potrafi łatwo wyrywać dziewczyny jednym uśmiechem i mrugnięciem oka. Tylko że nie mnie, nigdy mnie. Biorę głęboki wdech, ciężko przełykam ślinę, odzyskując przy tym zewnętrzną kontrolę, nawet jeśli wszystko we mnie drży, po czym staram się powrócić do tej milczącej, humorzastej aury sprzed chwili.
„Dobre... musisz mieć magiczny dotyk”. Mówi to cicho, ale zauważam, że się odsunął, by zapewnić mi trochę miejsca, na co rozluźniam się odrobinę, odzyskawszy z powrotem swoją przestrzeń do oddychania. Nie odpowiadam, tylko wpatruję się w miskę, nadal mieszając, zdezorientowana tym, co powinnam mu rzec. Przez niego jestem roztrzęsiona i zdenerwowana. Nawet palce u stóp mi drżą pod wpływem zimnej fali strachu, która przepływa przez moje ciało.
„Miałaby, gdyby tylko była nieco delikatniejsza i miała więcej cierpliwości”. Sylvana śmieje się, po czym szybko podchodzi, by zabrać mi miskę; pojawia się przy mnie na sekundę i wręcza inną, wypełnioną kolejną miksturą i z czystą łyżką. „Tę też możesz zmasakrować, jeśli chcesz”. Chichocze cudownie, roztapiając mój lód i przypominając mi, że jej obecność oznacza bezpieczeństwo, bez względu na to, kto jeszcze tu jest. Nigdy nie pozwoliłaby, aby stała mi się krzywda.
Spoglądam w jego kierunku, gdy Sylvana odchodzi, i zauważam, że mi się przygląda z góry na dół, jakby próbował mnie rozgryźć. Z miejsca obrzucam go obronnym spojrzeniem; nienawidzę tego sondowania. Trafił swój na swego, jeśli szuka łatwego celu. Nie jestem bezbronnym dzieciakiem, który pozwoliłby, żeby nastoletni Romeo próbował swoich sztuczek. Spalę tę jego ładną buzię na wiór albo wbiję mu w brzuch drewnianą łyżkę, jeśli będę musiała. Nie interesują mnie ani chłopcy, ani mężczyźni, ani nikt pomiędzy jak on.
Uśmiecha się do mnie, a ja posyłam mu jeszcze bardziej wrogie spojrzenie na znak ostrzeżenia. Nie ma sensu robić nadziei takim typom; jeszcze by pomyślał, że ugramy coś więcej. Już w pierwszym tygodniu spotkałam w szkole podobnych mu gości i szybko nauczyli się, że Sophie boleśnie gryzie. Podnosi jabłko z misy na owoce i opiera się o kuchenny blat, rozsiadając się wygodnie, podczas gdy jego mama przygotowuje świeżą kawę i jednocześnie przelewa porcję ciasta do form. Jego oczy uciekają na boki, gdy napotyka moje spojrzenie, i wędruje wzrokiem po pokoju, biorąc kęs owocu i chrupiąc głośno.
Kto w ogóle tak głośno je? Dziwak.
„Zmieniłaś wystrój?” – pyta swoją mamę, a ja przez chwilę patrzę na jego profil.
Dobra, z pewnością nie jest brzydki, nawet z tym dziwnym nosem... a tak właściwie, to jak na chłopaka jest całkiem uroczy, ale to palant, więc jakie to ma znaczenie?
Wracam do agresywnego mieszania i wyładowuję odrobinę swojej złośliwości na nowej masie, niezdarnie wylewając nieco poza miskę. Przeklinam pod nosem z racji tego, że mam niemałe trudności z utrzymaniem zawartości w tej przeklętej misce. Jego obecność napawa mnie niepokojem i chcę, żeby sobie poszedł, byśmy mogły wrócić do naszego czasu z Sylvaną. Zaczynam uzależniać się od tych wizyt i traktować je jako część mojej rutyny, a on po prostu burzy mój spokój.
„Nie... Zmieniłam tylko kilka dodatków”. Sylvana odwzajemnia uśmiech, po czym zauważa mój bałagan i podaje mu mokrą ściereczkę z wymownym skinieniem głowy. Chłopak bez wahania odkłada jabłko i pochyla się, by wyczyścić blat wokół mojej miski; pręży się przy tym, jakby starał się trzymać dystans, co jest doprawdy dziwne. Kiedy jego ramię zbliża się do mojego, cofam się ponownie, po czym unoszę naczynie tak, by sprawiało to wrażenie, że robię mu miejsce do wytarcia, choć w rzeczywistości jedynie się upewniam, by nie podszedł bliżej. Wyłapuję jego przelotne spojrzenie, chociaż nic nie mówi; posyła mi jedynie z powagą jedno spojrzenie, które wprawia moje serce w szybsze bicie, i z powrotem odwraca wzrok. Wyciera blat i oddaje ściereczkę Sylvanie, podczas gdy ja odstawiam miskę na dawne miejsce, a następnie robię krok do przodu, ale dopiero gdy ten całkowicie się oddala. Tym razem mniej wstrząsa to moim wnętrzem, więc od razu mniej się denerwuję.
Telefon zaczyna dzwonić, a Sylvana zdejmuje słuchawkę ze ściany i wymawia coś po włosku, a następnie wskazuje na mnie, podnosząc w górę dwa palce na znak dwóch minut, i wychodzi z pokoju. Kobieta zabiera telefon ze sobą, rzucając swobodnie słowa w języku włoskim, zostawiając nas samych i całkowicie nie zdając sobie sprawy, dlaczego to zły pomysł.
Zostawia mnie z nim!
Samą i bezbronną.
Mój oddech natychmiast staje się cięższy, gdyż niepokój narasta we mnie szybko i całkowicie irracjonalnie; mózg zamarza tak, by nie dopuścić do mnie żadnego głosu rozsądku. Ona nigdy nie zostawiała mnie z nieznajomymi. To dosłownie nie zdarzyło się nigdy wcześniej. Zazwyczaj Sylvana uważa na to, by nie zostawiać mnie z osobami, których nie znam. Wie, że tego nie lubię, i nie obchodzi mnie fakt, że to jej syn. Nie znam go, więc mu nie ufam.
Rzucam łyżkę na stół, niemal impulsywnie szukając drogi ucieczki, odczuwając spory dyskomfort z powodu przebywania z nim sam na sam i będąc niezdolną do zatrzymania narastającej i miażdżącej mi płuca paniki. Muszę wydostać się z osaczonego kąta, ponieważ przyprawia mnie to o klaustrofobię i potęguje wewnętrzną potrzebę ucieczki.
„Huntsbergerowie, huh? Więc to ty jesteś nową siostrą Leeloo?” Jego głos dopada mnie pośrodku napadu paniki i przyciąga mnie do rzeczywistości; zadziwiająco chłodny i z tą samą szaloną wręcz zdolnością wyciągania mnie na zewnątrz, którą posiada jego matka. Gapię się na niego, zastanawiając się, dlaczego on w ogóle próbuje podjąć ze mną rozmowę.
Czy ja nie dałam mu jasno do zrozumienia, że nie jestem nim zainteresowana? Boże, jest tak samo zdeterminowany jak chłopcy w mojej szkole, pewnie też równie tępy.
Przez takiego niemal wyleciałam pierwszego dnia ze szkoły; uderzyłam jednego prosto w nos za to, że nie chciał zostawić mnie w spokoju, i wcale nie miałabym wyrzutów, gdybym musiała obić twarz temu wysokiemu nieznajomemu.
W ramach odpowiedzi po prostu wzruszam ramionami i postanawiam, że może jednak wolałabym pójść już do domu. Ostatnią rzeczą, jakiej mi dzisiaj brakuje, to wściekła Sylvana przez to, że walnęłam jej syna w twarz lub rzuciłam się na niego. Zaledwie zaczynam czuć się tu jak u siebie w domu i nie chcę stwarzać problemów kobiecie, od której obecnie w głównej mierze zależy moje zdrowie psychiczne. Obchodzę stół, by minąć chłopaka, a po chwili wręcz podskakuję, kiedy rusza się z zamiarem podniesienia upuszczonego wcześniej jabłka, dostrzegając mnie w ostatniej chwili. W panice, by zrobić miejsce i zejść mu z drogi, uderzam plecami o meble, po czym przypadkowo zahaczam biodrem o stół, powodując turlanie się jabłka, choć udaje mu się je pochwycić przed upadkiem. Gapię się durnie, uświadamiając sobie obcowanie bezpośrednio w jego prywatnej przestrzeni, podczas gdy jestem niemal w stanie wdychać jego zapach; owiewana chmurą męskiej wody po goleniu, marszczę nos z powodu tego przyjemnego ataku.
Oboje odruchowo łapiemy za jabłko, a w rezultacie on jest zbyt blisko, niemal kładąc się na mnie w chwili naszej walki o ten błyszczący, czerwony owoc na podłodze. Cofam się z prędkością światła. Zamiast się oddalić, znów głupio wpadam na stół. Kiedy chłopak prostuje sylwetkę, jest tuż przy mojej twarzy, a ja kulę się, w ułamku sekundy podnosząc ręce w obronnym geście; moja głowa wypełnia się strachem i wspomnieniami z przeszłości, a robiąc gwałtowny wdech, niemal się duszę pod wpływem uderzenia jego mocnego zapachu.
On niezwykle dobrze pachnie, co jest jedną z najdziwniejszych rzeczy przelatujących mi przez głowę, podczas gdy w klatce piersiowej czuję pożar, a w umyśle ślepe przerażenie. Chłopak zatrzymuje się, zauważając moją postawę, i natychmiast odsuwa ręce na boki, celowo odstępując ze wzrokiem utkwionym we mnie; ja w tym czasie gwałtownie łapię powietrze i próbuję nie udusić się burzą sprzecznych emocji przepływających przez moje ciało.
„Wybacz, wcale nie miałem zamiaru podejść tak blisko. Nie zamierzam cię tknąć”. Wydaje się być trochę zaskoczony moją obronną postawą, brzmi przepraszająco i może nawet szczerze, bez krztyny przebiegłości na twarzy. Ze łzami zbierającymi się w oczach staram się rozluźnić mięśnie, by wyglądać odrobinę naturalniej; zdając sobie sprawę z tego, jak głupio muszę wyglądać, staram się odsunąć jak najdalej i zrobić sobie tak bardzo potrzebne miejsce. Umieram ze wstydu na myśl o swoim zachowaniu przy bracie Jake'a, ale reaguję w taki sposób na niemal każdego faceta. Jake nie miał jak do tej pory szansy być w stosunku do mnie wystarczająco blisko, bym mogła to sprawdzić, a ja bardzo się staram wyrównać oddech i zachowywać normalnie.
„Muszę iść do domu”. Z moich ust wyrywa się to żałośnie, głos drży, a w myślach mam tylko swój bezpieczny pokój zamykany na klucz z drugiej strony ulicy. Mój instynkt do walki lub ucieczki od zawsze był silny, a w tym momencie krzyczy wręcz, bym wzięła nogi za pas.
„Może po prostu ja sobie pójdę... ty zostań. Widać, że byłaś w trakcie robienia czegoś z moją mamą”. Uśmiecha się na wpół z wyrazem skrajnego poczucia winy i niepewności, a jego wyraz twarzy staje się na tyle ciepły i miękki, że zaczyna przypominać Sylvanę. Zatrzymuję się w osłupieniu, patrząc na niego jak wryta, a moja panika ustępuje, gdy ten powoli się cofa, ostentacyjnie trzymając ręce w górze, zupełnie jakbym posiadała broń albo coś równie głupiego, i to na moment sprawia, że zapominam o sobie. Moja stara, dobra buzia odzywa się zupełnie sama.
„Opuść te ręce... to trochę słabe”. Często w dziwnych momentach dostaję słowotoku, a ten dziwny chłopak, który sam zachowuje się nietypowo, najwyraźniej mnie do tego sprowokował. Patrzy na swoje dłonie, a potem posyła mi uśmiech, na widok którego pewnie opadłyby mi majtki, gdybym była jakąkolwiek inną dziewczyną, i swobodnie opuszcza je wzdłuż ciała.










































