
Święta z Hendersonami
Autorzy
Lektury
147K
Rozdziały
13
Rozdział pierwszy: Dwudziesty trzeci grudnia
VIOLET
Spin-off: Święta z Hendersonami
Boże Narodzenie to moja ulubiona pora roku. To jedyna okazja, kiedy mogę zebrać wszystkich razem, bez żadnych rozpraszaczy. Żadnych telefonów, laptopów ani gier wideo.
Święta to czas dla rodziny i co roku pilnuję, żeby tak właśnie było. Pieczemy ciasteczka, pakujemy prezenty, a wieczorami pijemy gorącą czekoladę z piankami. Ale w tym roku wszystko się zmieniło i nie będzie tak jak zwykle.
Ella i Tilly się wyprowadziły. Ella odeszła na początku roku, a Tilly poszła w jej ślady kilka miesięcy później, tuż przed narodzinami swojego synka. Teraz mamy małego Isaaca i psa Tilly, Pepper — uroczego owczarka australijskiego o nakrapianej sierści i różnokolorowych oczach, zupełnie jak u Elli.
Niestety ani Ella z Danielem, ani Tilly, Josh i Rogan nie przyjęli zaproszenia na nocowanie w Wigilię. Moją ulubioną częścią świąt jest budzenie wszystkich gorącym kakao i szerokim uśmiechem, wyciąganie ich z łóżek do rzadko używanego salonu. Tam właśnie wieszam wszystkie skarpety na gzymsie kominka — urocze, małe, z czerwonego aksamitu, z naszymi imionami wyhaftowanymi złotą nicią.
Uszyłam nawet skarpety dla Daniela, Rogana i Josha, żeby pokazać im, że są częścią naszej rodziny, bo uwielbiam wręczać im ich prezenty „od Mikołaja”. Ja… Mikołaj. Ale w tym roku nie będę mogła ich obudzić, więc będziemy musieli zaczekać, aż wszyscy się zjawią, żeby rozpocząć naszą coroczną tradycję.
Taki mam plan, ale Zach uważa, że przesadzam. Jego zdaniem powinniśmy pozwolić Elli, Danielowi, Tilly, Roganowi i Joshowi samym zdecydować, kiedy chcą przyjść. Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że chodzi mu tylko o to, że jest niecierpliwy i nie może się doczekać swoich prezentów, mimo że jest dorosłym mężczyzną.
Tak czy inaczej, zamierzam postawić na swoim.
„Mamo?” Głos Ashera, głębszy i dojrzalszy niż kiedyś, wyrywa mnie z zamyślenia. Stukam palcami o blat, próbując odgonić smutek na myśl, że moje dziewczyny mieszkają gdzie indziej. Dał mi dokładnie takie odwrócenie uwagi, jakiego potrzebowałam, nawet o tym nie wiedząc.
Szybko dorasta, góruje nade mną ze swoim prawie metr osiemdziesiąt wzrostu. Nie jest już małym chłopcem i zdecydowanie tak się nie zachowuje. Dziś mamy iść na zakupy, bo tak jak ojciec, zawsze zostawia wszystko na ostatnią chwilę.
Każde dziecko ma budżet pięciuset dolarów i jedno z nas zabiera je na zakupy po prezenty. W tym roku Zach zabrał Talyę, Tyler zabrał Atty, a Callum poszedł z Ellą i Tilly zaledwie wczoraj. Został więc Asher — dla mnie.
To ma sens, biorąc pod uwagę, że jestem jego ulubionym rodzicem.
„Tak, kochanie?” – pytam, wstając na palce, żeby wytrzeć okruszki z kącika jego ust.
„Co mam kupić Isaacowi? Czy on w ogóle potrzebuje prezentu? Nie ma nawet dwóch tygodni…”
„Oczywiście, że potrzebuje prezentu. Może grzechotkę albo jakieś ubranko. Albo małego pluszowego misia. Zajrzymy do sklepów z artykułami dla niemowląt.”
„Nienawidzę zakupów, mamo… nie możesz po prostu zrobić tego za mnie?” – pyta.
„Niezła próba, Asher. Nie, nie mogę. Musisz sam wybrać prezenty, kochanie.”
„To niesprawiedliwe…” – narzeka.
„A co powiesz na taki układ? Ty kupujesz, a ja pakuję. Niezły kompromis, prawda?” – proponuję, uśmiechając się do niego.
„Niespecjalnie. Wolałbym po prostu wrzucić wszystko do torebek prezentowych, niż chodzić po sklepach.”
„Pilnuj języka, młody człowieku. Chodź, zakupy nie podlegają dyskusji.”
Daję przykład, idąc korytarzem po kluczyki do Mustanga, a potem wychodzę na zewnątrz. Powietrze jest lodowate i szczypie w skórę, ale zaciskam zęby i biegnę do samochodu, otwierając drzwi. Asher posłusznie rusza za mną, ale wiem, że robi to tylko z poczucia obowiązku.
Asher to moje trudne dziecko, a mówię tak, bo jest rozpieszczony. Uważa, że wszystko powinno być mu podane na tacy, bo nas na to stać. Brakuje mu szacunku; bez względu na to, jak bardzo staram się go w niego wpajać, on się opiera.
Czasem żałuję, że nie ma powodu do buntu tak jak Tilly, ale nie ma. Jego życie było łatwe, pełne więcej niż mógłby kiedykolwiek potrzebować czy chcieć, a i tak nigdy mu nie wystarcza. Carla mówi, że jest taki sam jak Zach i że to po nim odziedziczył, ale ja nie jestem tego taka pewna.
Czy coś takiego naprawdę może być przekazane genetycznie? Nie, to dlatego, że nie postawiliśmy wystarczająco wyraźnych granic. Owszem, dzieci mają zasady, ale my jako rodzice nigdy nie egzekwowaliśmy ich wspólnie, co dało mu przestrzeń do przesuwania granic.
Testuje granice, szczególnie z Tylerem i ze mną, bo jesteśmy tymi miękkimi, podczas gdy Zach i Callum pilnują dyscypliny. Z innymi dziećmi to zwykle działa, ale nie z Asherem i, do pewnego stopnia, nie z Tilly.
Spędzamy przedpołudnie na zakupach, wchodząc i wychodząc z każdego sklepu, i mimo wcześniejszego narzekania Asher w końcu dobrze się bawi. Pokazuje mi rzeczy, które jego zdaniem spodobałyby się rodzeństwu. I promienieje, gdy znajduje idealny prezent dla Carli.
Pod tym całym buntem jest dobrym dzieciakiem. Chciałabym tylko dotrzeć do jego łagodniejszej strony i pomóc mu pozbyć się tej twardej skorupy, którą sobie zbudował. Spędzam więc większość dnia, pomagając synowi kupić prezenty, które teraz pakuję w naszej sypialni. Obietnica to obietnica.
Kupił nawet inny papier do pakowania dla każdej osoby, co ułatwia sprawę. Pakuję ostatni prezent, gdy Zach puka do drzwi garderoby.
„Tak?” – wołam.
„Asher mi powiedział, że pakujesz jego prezenty. Mogę wejść?”
Rozglądam się i widzę, że został mi tylko prezent dla Talyi, więc uśmiecham się i chętnie zapraszam Zacha do środka.
„Tak, droga wolna.”
Zach szybko wchodzi do garderoby, patrząc na mały stosik zapakowanych prezentów. Śmieję się, kiedy unosi brwi ze zdziwienia.
„Myślałem, że dzieci same kupują i pakują swoje prezenty.”
„Tak jest, ale musiałam przekupić naszego drogiego syna, żeby w ogóle poszedł na zakupy, i teraz ponoszę tego konsekwencje. Ale jeszcze tylko jeden i skończone” – przyznaję, biorąc do ręki pudełko z ulubionymi kosmetykami Talyi.
Odcinam papier, owijam go wokół pudełka i przytrzymuję taśmą, a w tym momencie Zach wreszcie mnie dotyka. Jego delikatny pocałunek na boku szyi sprawia, że rozpływam się w miejscu, i nie mogę powstrzymać uśmiechu.
„Tęskniłem za tobą, Vi” – mruczy.
„Widziałeś mnie zaledwie pięć godzin temu” – zauważam.
„To za długo. Wiesz, jaki jestem… potrzebuję twojej uwagi, kochanie.”
„Jasne, że tak” – chichoczę, przyklejając ostatni kawałek taśmy do papieru. Bazgrzę imię Talyi na etykietce i odsuwam prezent na bok.
Odwracam się i mój wzrok pada na Zacha. Rozciągnął się za mną, z nogami wyciągniętymi przed siebie, oparty na rękach. Ma na sobie tylko dżinsy i koszulkę polo.
Bez skarpetek… o matko. Czemu on tak zawsze robi?
„Niezły widok, jak tak na mnie czekasz, proszę pana” – mówię.
„A ty wyglądasz zjawiskowo z tymi włosami opadającymi na plecy. Chodź tu?” Jego uśmieszek jest nieodparty, a dołeczki w policzkach przyciągają mnie jak magnes.
Podczołguję się do niego i siadam mu na kolanach, gdzie czeka na mnie miła niespodzianka.
„Wygląda na to, że ktoś jest niecierpliwy” – droczę się z nim.
„Tylko gdy jesteś blisko” – odpowiada, kciukiem gładząc mnie po policzku.
Namiętność między nami nie osłabła z biegiem lat. Sama się dziwię naszej wytrzymałości, szczególnie biorąc pod uwagę, że Zach jest po pięćdziesiątce, ale wydaje się bardziej energiczny i nienasycony niż kiedykolwiek.
Teraz podchodzi do tego bardziej strategicznie. Wie, że ma nas troje do zaspokojenia, i dba o to, żeby mieć każde z nas przynajmniej raz dziennie.
Moje ulubione chwile to te, kiedy przypadkiem natykam się na niego z Ty albo Calem. Po prostu stoję i patrzę, jak okazują sobie miłość, i to jest niesamowicie podniecające.
Czasem dochodzę w tym samym momencie co oni, a potem wymykam się niezauważona, nigdy nie zdradzając swojej obecności. Tę umiejętność — osiąganie orgazmu bez wydawania dźwięku — zawdzięczam Zachowi.
„Pozwól, że ci pomogę… to musi być trudne, być ciągle tak podnieconym” – żartuję, popychając go, żeby się położył. Zsuwam się w dół jego ciała, rozpinając koszulę, żeby posmakować jego wyrzeźbionego torsu.
Jego jęk tylko zachęca mnie do rozpięcia dżinsów, odsłaniając erekcję napierającą na bokserki.
„Wygląda na zdesperowanego; ile to było? Trzy… cztery godziny?” – droczę się, uwalniając jego kutasa i biorąc go w dłoń.
„Tak długo…” – mruczy, choć oboje wiemy, że krócej.
„Może moje usta pomogą?” – proponuję, przesuwając językiem wzdłuż niego.
„Twoje usta są więcej niż pomocne… cholera” – jęczy, gdy biorę go głęboko w gardło.
Ssę go, poruszając się tak szybko i umiejętnie, jak potrafię.
„Wolniej…” – instruuje mnie, więc zmniejszam tempo. „Tak, moja dziewczynka; ale z ciebie niegrzeczna mała diablica.”
Sama myśl o nim w moich ustach wystarczy, żeby mnie podniecić, ale kiedy nazywa mnie swoim czułym przezwiskiem, robię się jeszcze bardziej mokra.
Nie pozwala mi go tak wykończyć. Kiedy ma dość moich ust, przyciąga mnie do siebie, całuje, a potem kładzie mnie na podłodze.
„Na czworakach” – rozkazuje, zdejmując ubranie.
Uwielbiam być na czworakach, czekając, aż zerwie ze mnie majtki. To jego ulubiona część, wiedzieliście?
Podciąga moją sukienkę do góry, głaszcze moje pośladki, a potem wymierza lekkie klapnięcie.
„Twoja skóra zawsze tak pięknie różowieje” – mruczy do siebie.
„Gotowa, moja diablica?”
„Zawsze” – szepczę.
„Dobrze, bo to nie będzie delikatne, kochanie.”
Nie daje mi więcej ostrzeżenia. Wchodzi we mnie tak głęboko, że łapię powietrze i rzucam się do przodu.
„Cicho! Natychmiast” – ostrzega, ale nie zwalnia.
Nie żartował. Jego pożądanie jest tak silne, że oboje dochodzimy w ciągu kilku minut.
„Zach…” jęczę jego imię, gdy rozkosz rozlewa się głęboko we mnie.
„Właśnie tak, moja diablica, wyciśnij mnie do ostatniej kropli” – warczy przez zaciśnięte zęby.
















































