
Ciche objęcia Księga 3
Autorzy
Lektury
49,9K
Rozdziały
30
Represje
SEZON 3
Produkcja: Bethany Sharp
Scenariusz: Cecilia Gigliotti & Ellis Stump
Dźwięk: Meaghan Bardwell
DELANEY
Nadszedł czas na stanowcze kroki.
A raczej nadszedł już dawno. Dwa miesiące temu.
Ale niektóre części planu Delaneya wchodziły w życie dopiero teraz.
Trudno, dumał, przemierzając swoją małą reżyserkę, jak miał w zwyczaju. Lepiej późno niż wcale.
Ostatnio tylko to robił. Chodził. Mruczał pod nosem. Analizował każdy szczegół tego cholernego planu.
Ten plan nie był tak dokładny jak zawsze. Właściwie został przygotowany bardzo na szybko.
On i inni producenci musieli w pośpiechu zaprowadzić nowy porządek po wideo nagranym przez ludzkie kobiety, które wywołało koszmar wizerunkowy, po którym Delaney wciąż musiał sprzątać.
Nie wspominając o tym, że sam Delaney musiał... pozbyć się Alfy.
„Musiał” to złe słowo. Brzmiało to tak, jakby Milo go do tego zmusił. To po prostu stało się konieczne, a każda przelana krew była stratą.
Mimo to, Delaneyowi się to podobało. Wyraz twarzy tego żałosnego psa...
Ale sprawa z dzieckiem Shannon była prawdziwą katastrofą.
W gruncie rzeczy Shannon zniszczyła system wymiany i zdołała nastawić wszystkich widzów przeciwko głównemu producentowi.
Usiadł na obrotowym krześle, stukając palcami w panel dźwiękowy.
Co za niewdzięczność.
Co za bunt.
Po tym wszystkim, co on i jego ekipa dla nich zrobili.
Wszyscy bezpiecznie siedzieli w swoich pokojach — we własnym, prywatnym budynku, na litość boską.
Nikt już nie musiał uciekać przez leśną arenę.
Dzieci wcale nie były źle traktowane po odebraniu.
Wręcz przeciwnie: miały wspaniałą opiekę, by mogły wyrosnąć na najsilniejsze maszyny do zabijania.
Czego w zamian chcieli producenci?
Tylko odrobiny kontroli i wpływu na to, jak będą dorastać dzieci z Lazarus. Nie było to nic nierozsądnego.
Do tego ich ukochany Killian był teraz Alfą. Wygrał wybory z ogromną przewagą.
Czego jeszcze chciała Shannon?
Delaney chętnie pozbyłby się też jej, gdyby miał okazję.
Ale jego mądrzejsza część wiedziała, że to niemożliwe.
Nawet gdyby mógł ją zabić, zrobiłby z niej tylko męczennicę.
Kimś takim stał się Milo po swojej niefortunnej śmierci.
Męczennikiem dla „Lazarus Liberation”. Tak przynajmniej nazywano tę grupę buntowników.
Cóż, z taką nazwą na pewno nie potrzebowali więcej męczenników.
Delaney założył słuchawki na szyję. Włączył mikrofon.
„Wywołuję Dereka”.
Sekunda ciszy. Potem trzask.
Zmęczony głos.
„Tak, proszę pana”.
„Jak wyglądają posiłki?”
„W porządku, proszę pana”.
„A tak przy okazji, ilu ludzi tam zebrałeś?”
Głos ucichł, zdradzając umysł zagubiony w liczeniu. Delaney machnął ręką.
„Wiesz co, nie odpowiadaj. Cokolwiek masz, podwój to”.
Pauza.
„Podwoić?”
„Musimy być teraz bardzo ostrożni. Ostatnie, czego nam trzeba, to żeby ludzie — albo zmiennokształtni, jeśli o to chodzi — wpadli na kolejny genialny pomysł”.
„Proszę pana, nie sądzę, żebyśmy mieli środki na...”
„O, i zanim zapomnę, używasz najdokładniejszych metod sprawdzania ludzi i ich przeszłości?”
„Tak, proszę pana”.
W jego głosie pojawiło się napięcie.
„Dobrze. Niczego innego się nie spodziewałem. Wiesz, co robisz”.
A może nie?
„Właśnie dlatego podwojenie naszych sił będzie takie trudne — proces wyboru zajmuje dużo czasu...”
„Więc pracuj szybciej”. Ton Delaneya był na granicy agresji i warczenia. „Skróć czas. Nie mamy go więcej”.
Pauza.
„Nie odpowiadasz na rozkazy, strażniku? Tak teraz pracujesz?”
„Nie, proszę pana”.
Dwa krótkie trzaski z zakłóceniami.
„Więc ruszaj dupę do roboty. Chcę mieć dwa razy więcej strażników w bazie w ciągu czterdziestu ośmiu godzin”.
Delaney wyłączył słuchawki, zanim mężczyzna zdążył odpowiedzieć.
Szczerze mówiąc, nie pamiętał, żeby sam zatrudniał Dereka. Wydawał się on jednak całkiem niezłym szefem straży.
Albo przynajmniej na tyle mądrym, by wiedzieć, że to Delaney decyduje o bezpieczeństwie Rowan i może je odebrać w każdej chwili.
Będzie musiał mieć faceta na oku.
Jakby nie miał już wystarczająco dużo ludzi do pilnowania.
Jeśli nie mogłeś ufać ludziom, którym płaciłeś za lojalność, to komu do cholery mogłeś ufać?
LEO
„Ciii, ciii...”
Mały Milo wiercił się w ramionach Leo.
„Wszystko w porządku, mama niedługo przyjdzie...”
Leo kołysał go, ale Milo się nie uspokajał.
„Ciii... luli... och...”
Z tego, co słyszał Leo, kiedyś było bardzo dużo kołysanek. Piosenek do usypiania dzieci.
Większość z nich przepadła.
Nie był śpiewakiem, a nawet gdyby nim był, za nic w świecie nie potrafiłby wymyślić niczego sensownego.
Milo płakał. Znowu. Po raz trzeci w ciągu ostatniej godziny.
Leo delikatnie trzymał go na ramieniu, podskakując i ruszając się tak miarowo, jak tylko potrafił. Shannon była na spotkaniu Rady.
Szybko odnalazła się w roli matki; szybko też doszła do siebie po porodzie.
Kiedy to minęło, bardzo chciała pokazać swoim towarzyszom broni, że nie jest tylko żałosną maszyną rozpłodową.
Że jest gotowa wrócić z dziesięciokrotnie większą siłą, by wesprzeć Lazarus Liberation.
Niestety, Leo był pewien jednej rzeczy. On sam nie był tak utalentowany w byciu rodzicem.
Starał się, oczywiście, że tak, ale obecność Shannon była równie mocno potrzebna w domu.
Po pierwsze, Leo nigdy nie wiedział, dlaczego dziecko płacze.
Tak jak teraz, na przykład: nie potrzebował zmiany pieluchy, jadł godzinę temu i spał całkiem dobrze.
Przez myśl mu przeszło, by zabrać go na spacer po korytarzu, gdy w zamku przekręcił się klucz.
Och, dzięki Bogu.
„Cześć” – powiedział z wyraźną ulgą. Shannon weszła do środka.
Jej brązowe włosy trochę odrosły, a ona była piękna jak zawsze. Pociągnęła za wysoki kołnierz swojego swetra.
„Rany, Leo, ale tu gorąco”.
„Tak, ja... Myślałem, że nam obu było trochę zimno”. Poklepał Milo po plecach; dziecko przestało się tak mocno wiercić i powoli się uspokajało.
Samo jej wejście rozładowuje napięcie.
„Nie musisz tak szaleć z termostatem” – mruknęła, ale już gestem pokazywała Leo, żeby oddał jej dziecko, co też z radością uczynił.
„Ciii, ciii, mały Milo” – gruchała i powoli go obracała, poruszając biodrami, by płynnie kręcić ich oboje po koncentrycznym okręgu.
Robiła to w sposób nie całkiem różny od Leo, ale o wiele skuteczniejszy.
„Nie chcę, żeby zamarzł” – szepnął Leo.
„Nie zamarznie, nie zamarznie”.
Mówiła tak cicho, że zasadniczo tylko poruszała ustami, ale jej gesty były na tyle wyraźne, że Leo podszedł do termostatu i obniżył temperaturę o kilka stopni.
„Zrobione”. Spojrzał na nią, szukając aprobaty.
Pokazała mu kciuk w górę zza ramienia dziecka.
„Więc” – usiadł na łóżku i dalej mówił cicho – „jak tam spotkanie?”
„To nie było oficjalne spotkanie. Raczej dyskusja. O tej wiadomości”.
„Znowu?”
Podeszła, żeby usiąść obok niego, i oboje usłyszeli trzask jej piszczeli uderzającej w drewnianą nogę łóżeczka.
„A, kur...” Jej usta ułożyły się do przekleństwa, ale świetnie potrafiła się powstrzymać. Leo pomógł jej usiąść obok siebie.
„Ten pokój jest za cholernie mały, żeby wychować w nim dziecko” – szepnęła.
Objął ją prawym ramieniem. „Przynajmniej mamy dziecko do wychowania” – odpowiedział bez wahania.
Spojrzała na niego, wyglądając na zmęczoną i przez chwilę zirytowaną, po czym poddała się słodkiemu, łagodnemu uśmiechowi i pocałowała go w usta.
„Tak. Masz rację”.
BLYTHE
Od prawie dwóch tygodni Blythe czuła się chora.
Był już środek poranka w jej dzień wolny, a ona jeszcze nie wstała z łóżka. Kiedy usiadła, poczuła potworny ból głowy.
Grypa u zmiennokształtnych nie była niczym niesłychanym, w końcu nie byli nieśmiertelni, ale Killian nie słyszał jeszcze, by zmiennokształtny chorował tak długo.
Początkowo chciał opuścić poranne spotkanie Rady, ale Blythe nalegała, by poszedł, twierdząc, że jego obowiązki jako Alfy nie mogą czekać.
Blythe została więc rano pozostawiona sama sobie, siedząc w łóżku w towarzystwie własnych myśli.
Słyszymy was. Jesteśmy z wami. Nadchodzimy, by was uwolnić.
Co to znaczyło? Kto to wysłał? I o jakim czasie dokładnie mówili?
Cóż, to oczywiście ktoś po ich stronie. Ktoś z wewnątrz, kto prawdopodobnie miał środki, by ich uratować.
To Annie przekazała tę wiadomość. Czy to znaczy, że jest w to zamieszana? Czy to znaczy, że jest po naszej stronie?
Takie było rosnące przekonanie Blythe, ale to ją przerażało.
Istniała realna szansa, że to wszystko się spełni.
Wolność. A wraz z nią więcej rozlewu krwi.
W każdym razie, to wystarczyło, by zrobić z każdego marzącego o wolności mieszkańca Lazarus nerwowy lub bardzo podekscytowany wrak.
Czy ta choroba jest ze stresu? pomyślała Blythe.
Na pewno było teraz więcej powodów do stresu niż zwykle.
Może to był efekt uboczny przemiany.
To zdecydowanie było stresujące, kiedy Killian przemienił Blythe.
To było najlepsze wyjście i oboje o tym wiedzieli.
Była teraz tygrysem, ale nie spodziewała się, że będzie się to wiązać z takim fizycznym dyskomfortem, zwłaszcza kilka tygodni po fakcie.
Mogła tylko spróbować to przetrwać. W Lazarus nie było teraz zbyt wielu leków.
Wciąż siedząc, zaczynała znowu odpływać w sen...
Skrzyp.
„Hej, śpioszku”.
Killian stał w drzwiach.
„Och”. Podniosła głowę — nie, to bolało jak jasna cholera i przyprawiło ją o zawroty głowy. Oparła ją z powrotem o wezgłowie. „Och... ała”.
„Jak się czujesz? Trochę lepiej?”
„Mam okropny ból głowy”.
Killian wszedł do pokoju. Usiadł w nogach łóżka po jej stronie.
„Jak tam spotkanie?” zapytała.
„To nie było spotkanie. Ale i tak nikt nie wie, co do cholery robić, więc chyba zrobiliśmy, co w naszej mocy”.
Jego dłoń odnalazła jej dłoń.
„Czy to wszystko? Tylko ból głowy?”
„Nie, ja...” – pokazała wolną ręką – „Byłam taka zmęczona i spragniona, a od wczoraj nie mogę niczego przełknąć bez wymiotowania...”
Usłyszała, jak gwałtownie wciąga powietrze. Bardzo cicho, ale zauważyła to.
„Killian?”
Zabrał rękę.
„Blythe, zanim cię przemieniłem, my...”
„Co?”
Podniosła głowę. Dobra, mogła podnieść głowę, to by było na tyle.
„My... uprawialiśmy seks niedługo przed tym, prawda?”
Spojrzała w bok, a potem znów na niego.
„Prawda”.
„Myślisz, że...”
Spojrzeli na siebie. Skutkiem przemiany ludzkiej kobiety w 100% przypadków była bezpłodność, ale co jeśli... zanim została przemieniona...
„...możesz być w ciąży?”















































