
Dom na farmie
Autorzy
Kylie Wynter
Lektury
987K
Rozdziały
40
Rozdział 1.
WREN
Rozglądam się dookoła, wysiadając z mojego starego Chevroleta. Przede mną rozpościera się ogromna Farma i Ranczo Rodziny Tellerów.
Próbuję ogarnąć wzrokiem wszystkie zwierzęta, maszyny rolnicze i ludzi krzątających się po zielonych polach.
To trochę onieśmiela, ale ma sens. Nazwa Teller widniała na wszystkim w małym miasteczku w Montanie, przez które właśnie przejechałam.
Słyszałam też, że dobrze płacą pracownikom sezonowym.
Mój pies, Puck, zeskakuje z ciężarówki na żwir obok mnie. Zamykam skrzypiące drzwi i opieram się o ciepły przód, zastanawiając się, gdzie iść i z kim najpierw porozmawiać.
– Mogę w czymś pomóc? – słyszę za sobą.
Odwracam się i widzę młodego chłopca z piegami i blond włosami. Wygląda na jakieś 12-13 lat.
– Może. Słyszałam, że potrzebujecie rąk do pracy na lato?
Uśmiecha się.
– Tak, możesz pogadać z moją mamą albo tatą. – Spogląda na Pucka. – Hej, mogę pogłaskać twojego psa?
– Jasne. – Patrzę na mojego border collie. – Idź się przywitać, Puck.
Puck zdaje się rozumieć, jak zawsze. Macha ogonem i podchodzi do chłopca, który klęka, by objąć Pucka i pogłaskać go po pysku.
– Fajny pies. Puck, tak?
– Tak, i jest naprawdę grzeczny – mówię. – Chyba cię polubił.
– Jest super! W każdym razie, mama jest w domu. Chodź za mną.
Chłopiec prowadzi mnie do dużego białego domu, przed którym zaparkowałam.
Jest równie duży i zadbany jak farma przed nim. Wygląda na stary, ale jest ogromny i bardzo dobrze utrzymany.
Na ganku odwracam się do Pucka.
– Leżeć – mówię. Puck natychmiast kładzie się. – Czekaj tu, aż wrócę.
Puck kładzie głowę między łapami i macha ogonem na znak, że rozumie.
– Wow, dobrze słucha, co? Jestem Jeremy, a ty?
– Wren – mówię, uśmiechając się do Jeremy'ego. Nie spędzam dużo czasu z dziećmi i zawsze bawi mnie ich szczerość.
– Miło cię poznać. Mam nadzieję, że dostaniesz tu robotę, żebym mógł więcej bawić się z Puckiem.
Śmieję się. Dzieci zawsze mówią, co myślą.
– On by to lubił.
– Naprawdę?!
Wchodzimy do domu, który jest bardzo przestronny, z wysokimi sufitami z czarnymi drewnianymi belkami i drewnianymi ścianami. Szerokie drewniane podłogi prowadzą do dużego salonu po jednej stronie i ogromnej kuchni po drugiej.
Wchodząc do kuchni, nie mogę się powstrzymać od gapienia. Wygląda jak z magazynu o francuskich kuchniach wiejskich.
Ma piękne białe szafki, duży zlew i wielką kuchnię gazową w starym stylu. Stary żyrandol oświetla pomieszczenie.
– Hej, mamo, mamy kolejną osobę szukającą pracy! – krzyczy Jeremy.
Kobieta wychodzi z bocznych drzwi, których wcześniej nie zauważyłam. Byłam zbyt zajęta podziwianiem reszty domu.
– Cześć, jestem Meredith. – Kobieta podchodzi z wyciągniętą ręką. Jest starsza i bardzo ładna.
Jej siwe włosy są splecione w prosty warkocz, a rękawy flanelowej koszuli podwinięte, odsłaniając dłonie ze starymi pierścionkami i brudnymi paznokciami.
Ma jasne niebieskie oczy i emanuje gracją. Rzadko podziwiam ludzi, ale ona jest wyjątkowa.
Ściskam jej dłoń i zauważam, że ma silny uścisk.
– Wren, miło panią poznać. Ktoś w warsztacie samochodowym powiedział, że szukacie pracowników na lato. Mam nadzieję, że to wciąż aktualne.
Puszcza moją dłoń i wzdycha.
– Cóż, wszystkie początkujące stanowiska są już zajęte. Czy kiedykolwiek pracowałaś na farmie? – pyta, podchodząc do kuchenki i stawiając na niej miedziany garnek.
Przekręca pokrętło i po kilku kliknięciach palnik zapala się niskim, niebieskim płomieniem.
– Tak, proszę pani – odpowiadam.
– Jakieś specjalne umiejętności? Trening koni? Pszczelarstwo? – pyta szybko.
– Nie, przepraszam – mówię niezręcznie. – Ale dziękuję za poświęcony czas.
– Zaczekaj – mówi.
Odwracam się z powrotem do niej.
– Usiądź, proszę.
Normalnie powiedziałabym, że nie chcę jej przeszkadzać, ale ona wygląda na kobietę, która oczekuje, że zrobisz to, co mówi.
– Skąd jesteś?
To pytanie zawsze wprawia mnie w zakłopotanie. Moja przeszłość jest... skomplikowana. Zbyt skomplikowana, by opowiadać o niej potencjalnemu pracodawcy.
– Szczerze mówiąc, z różnych miejsc. Byłam dzieckiem wojskowych, a przez ostatni rok podróżowałam po kraju, znajdując pracę gdzie się dało. Lubię pracować na świeżym powietrzu – mówię.
Meredith nalewa dwie filiżanki herbaty i podaje mi jedną, przyglądając mi się.
– Co cię sprowadziło do Bryxton?
Dmucham na herbatę, dając sobie czas do namysłu.
– Wyjechałam z Kalifornii kilka tygodni temu. Przez kilka tygodni sprzątałam po pożarach lasów.
Kiwa głową, rozważając to. Widzę, że jest pod wrażeniem. Brzmi to bardziej... heroicznie niż było w rzeczywistości.
– Co robiłaś w warsztacie samochodowym?
– Kupowałam pasek rozrządu do mojej ciężarówki. Zauważyłam, że mój się zużywa – mówię.
Meredith zastanawia się przez chwilę, przyglądając mi się.
– Znasz się na maszynach? – pyta.
Unoszę brwi.
– Tak, trochę – to wszystko, co mówię. Pracowałam przy kilku ciężarówkach w obozie strażackim, ale zawsze z innymi.
– Mój syn zwykle zatrudnia własnego mechanika na lato, ale właśnie wrócił po, um, trudnym rozstaniu. Więc myślę, że to będzie dobra praca na początek dla ciebie.
– Naprawdę?! – pytam, nie kryjąc radości.
– Tak, ale zanim się za bardzo podekscytujesz, wiedz, że Lance Teller nie jest... najbardziej przyjazną osobą. Będziesz miała trudne zadanie – mówi z lekkim uśmiechem.
– Miałam wielu trudnych szefów – mówię, mając to na myśli. Biorę łyk herbaty. Wciąż jest za gorąca, ale nie daję tego po sobie poznać.
– Gdzie planujesz się zatrzymać, Wren?
– Mam sprzęt kempingowy. To łatwiejsze, bo mam psa. Czy jest w pobliżu jakiś kemping?
Pije herbatę i kręci głową.
– To byłby długi dojazd każdego dnia. Mamy barak, ale jest bardzo pełny. Jest małe mieszkanie w stodole. Możesz je wynająć za 250 dolarów miesięcznie.
– Nie jest luksusowe, ale lepsze niż codzienne pokonywanie pięćdziesięciu mil – proponuje.
– Nie chcę sprawiać kłopotów – mówię.
– Nie bądź głupia. Ktoś wynajmuje je każdego lata, ale większość ludzi zostaje w hostelach w mieście. Czy twój pies jest dobrze wychowany? – pyta.
– Tak. Wiem, że wielu właścicieli psów tak mówi, ale on naprawdę bardzo dobrze słucha. Kiedyś zaganiał zwierzęta, więc jest przyzwyczajony do takiego miejsca - i nie może mieć szczeniąt.
Uśmiecha się do mnie, co z jakiegoś powodu sprawia, że czuję się szczęśliwa.
– Brzmi świetnie. W takim razie nie widzę żadnych problemów. Witaj na farmie, kochana. – Znowu wyciąga rękę.
Ściskam ją i odwzajemniam uśmiech.
– Dziękuję bardzo, pani Teller – mówię.
– Proszę, mów mi Meredith.
Rozmawiamy z Meredith jeszcze przez kilka minut, zanim dzwoni jej telefon.
– Naprawdę muszę odebrać, kochana. Możesz poczekać chwilę? Niedługo zaprowadzę cię do mieszkania, żeby ci je pokazać.
Macham ręką.
– Nie ma problemu, będę na ganku.
Gdy zamykam za sobą drzwi, znajduję Jeremy'ego siedzącego z Puckiem dokładnie tam, gdzie go zostawiłam.
– Cześć, Wren. Właśnie dotrzymywałem Puckowi towarzystwa.
– Dzięki, Jeremy, jestem pewna, że mu się to podobało.
– Dostałaś pracę?
– Wygląda na to, że tak. Będę też mieszkać w stodole – mówię.
– O, super! Będę mógł bawić się z Puckiem cały czas!
Śmieję się.
– Zgadza się!
Nagle Puck szczeka. Tylko raz, ale daje mi znać, że ktoś nadchodzi. Patrzę w późnopopołudniowe słońce i staram się nie otworzyć ust ze zdziwienia.
Bardzo przystojny mężczyzna idzie w stronę ganku. Od kowbojskiego kapelusza po buty wygląda jak z seksownego kalendarza dla mężczyzn.
Flanelowa koszula zwisa z jego szerokich ramion, a biała koszulka jest pokryta kurzem i potem. Jest na tyle obcisła, że widać jego duże mięśnie na klatce piersiowej i ramionach.
Idzie lekko kulejąc. Jasne włosy pokrywają dolną część jego twarzy, a oczy ma w kolorze oceanu.
Nawet gniewny wyraz jego twarzy jest ekscytujący.
– Czyj to pies?
Moje brwi marszczą się, ale Jeremy odpowiada, zanim zdążę to zrobić.
– Wren. – Wskazuje na mnie. – Ale to dobry pies, Lance, nie musisz się o niego martwić.
O nie, to jest Lance? Mój nowy szef?
– A kim jest Wren? – Lance kieruje swoje gniewne spojrzenie na mnie, mówiąc o mnie, jakby mnie tu nie było. Teraz jestem bardzo zirytowana, oprócz tego, że jestem pod wrażeniem tego pięknego mężczyzny.
– To ja. Meredith właśnie mnie zatrudniła – mówię, życząc sobie, żebym brzmiała pewniej.
Lance wchodzi na ganek i podchodzi blisko mnie. Jest wyższy ode mnie o jakieś 12 centymetrów.
Jego silny zapach dezodorantu i potu wypełnia moje nozdrza, a jego niebieskie oczy wpatrują się we mnie. Nagle czuję się bardzo odsłonięta.
– To ja zajmuję się zatrudnianiem, i nie mam miejsca na farmie dla psa, którego nie znam i któremu nie ufam – mówi.
Widzę, że próbuje mnie zastraszyć, i szczerze mówiąc, to działa. Mrużę oczy i prostuję się.
– Słuchaj, rozumiem, że chcesz chronić swoje rzeczy, ale zasługuję na szansę jak każdy inny. Naprawdę myślisz, że zatrudniłaby mnie, gdybym nie była godna zaufania? – Przechylam głowę na bok, pytająco.
Patrzy na mnie jeszcze bardziej gniewnie.
– Co tu się dzieje? Lance?!
Drzwi trzaskają, gdy Meredith wychodzi na ganek i odpycha Lance'a o krok, dając mi trochę przestrzeni. Wypuszczam powietrze, o którym nie wiedziałam, że je wstrzymuję.
– Zatrudniłaś kogoś bez rozmowy ze mną? Kogoś z psem?
Meredith unosi brwi i krzyżuje ramiona na piersi.
– Owszem, zrobiłam to. Wciąż jestem właścicielką, Lance, i szczerze mówiąc, nie możesz robić wszystkiego sam. Ona ma doświadczenie i wynajmie też małe mieszkanie. Więc po prostu – pogódź – się – z – tym.
Między każdym z ostatnich słów dźga Lance'a w jego szeroką pierś.
– Mamo, nawet nie znasz tego psa, ani tej kobiety! Mamy zwierzęta hodowlane, nie możemy ryzykować.
– To się nazywa instynkt, synu. Tylko dlatego, że twój raz czy dwa cię zawiódł, nie znaczy, że nie powinieneś go słuchać – odpowiada. Widzę, jak szczęka Lance'a się zaciska.
Meredith, cokolwiek ma na myśli, właśnie rozgniewała Lance'a.
Lance spogląda na mnie.
– Dobra. Ale jeśli będzie choć jeden błąd, oboje stąd wylecicie.
Lance odwraca się i schodzi z ganku w kierunku domku gościnnego. Meredith przewraca oczami i zwraca się do mnie.
– No cóż, chodźmy zobaczyć twój nowy dom!
































