
Królowie imperium 1: Zniewolona przez króla
Autorzy
Kimi L. Davis
Lektury
1,1M
Rozdziały
37
Rozdział 1.
SABINA
Wachlowałam się, próbując się ochłodzić i obserwując mieszkańców miasta przy pracy. Nie miałam pojęcia, która jest godzina i chciałam, żeby ktoś mi powiedział. Ale wiedziałam, że tutejsi ludzie raczej by tego nie zrobili. Więc dalej się wachlowałam, licząc na to, że zrobi się chłodniej.
Nagle podbiegł do mnie mały chłopiec, na oko siedmioletni. Miał na sobie elegancki garnitur i zastanawiałam się, jak on w tym wytrzymuje w takim upale.
– Przepraszam, po ile te jabłka? – zapytał, patrząc na mnie wielkimi oczami.
– Trzy monety – odpowiedziałam z miłym uśmiechem.
Wyjął trzy miedziane monety z małej sakiewki. Włożyłam kilka jabłek do jego torby i wyciągnęłam rękę po zapłatę. Już miał mi je dać, gdy rozległ się kobiecy krzyk.
– Arthur! Odejdź od tej wiedźmy! – Kobieta, może trzydziestokilkuletnia, szybko podeszła i odciągnęła chłopca, rzucając mi gniewne spojrzenie.
– Trzymaj się z daleka od mojego syna! – warknęła, wyrywając mi torbę z jabłkami i ciągnąc syna za sobą.
Jej słowa zabolały. Mimo że wszyscy w tym mieście obrzucali mnie wyzwiskami i powinnam być już do tego przyzwyczajona, wciąż to raniło. Ból zawsze był obecny i bez względu na to, co robiłam, moja przeszłość ciągle mnie prześladowała.
– Spokojnie, Sabino. Ona tylko plecie bzdury – powiedziała Beth, podchodząc do mnie od tyłu.
Potrząsnęłam głową, próbując się uśmiechnąć. – Nieważne. Mamy teraz pieniądze. Możemy kupić jedzenie. – Dałam jej trzy monety i spojrzałam z powrotem na zatłoczony rynek.
Wydawało się, że jest około południa, sądząc po liczbie ludzi. Mężczyźni pchali wózki pełne świeżej żywności, a kobiety robiły zakupy. Wszędzie, gdzie spojrzałam, ludzie sprzedawali różne rzeczy, a tylko nieliczni podchodzili do mojego stoiska ze świeżymi owocami.
– Masz rację. Zarobiłyśmy wystarczająco na dzisiejszą kolację – powiedziała Beth, wkładając monety do swojej starej płóciennej torby.
Spojrzałam na Beth, kobietę, która przygarnęła mnie, gdy nikt inny nie chciał. Była dla mnie jak matka. Wierzyła we mnie, gdy nikt inny tego nie robił. Pocieszała mnie, gdy najbardziej tego potrzebowałam. Pomogła mi stanąć na nogi i nigdy nie będę w stanie jej się odwdzięczyć za wszystko, co dla mnie zrobiła.
Nawet teraz, w wieku sześćdziesięciu lat, pracowała tak ciężko jak ktoś o połowę młodszy. Ciągle powtarzałam jej, że nie musi mi pomagać, ale nigdy nie słuchała. Jej oczy zawsze wyglądały radośnie, sprawiając, że jej niebieskie tęczówki błyszczały jeszcze jaśniej.
– Beth? – zapytałam, obserwując ze smutkiem, jak na rynku robi się coraz mniej ludzi. Beth była zbyt dobra, by uratować kogoś takiego jak ja.
– Tak?
– Myślę, że powinnaś zatrudnić kogoś innego do prowadzenia twojego interesu. Ze mną tutaj ledwo zarabiamy na jeden posiłek – powiedziałam.
Beth zmarszczyła brwi. – To nieprawda, Sabino! To to miasto, Wilsden, i jego mieszkańcy są złe dla interesu, nie ty.
– Nie, Beth. Ludzie zawsze są dobrzy dla interesu, ale nikt nie chce kupować od kogoś, kogo uważają za czarownicę. – Bolało mnie wypowiadanie tych słów, ale wiedziałam, że są prawdziwe.
Beth spojrzała na mnie zmrużonymi oczami i wiedziałam, że jest zdenerwowana. – Ile razy mam ci powtarzać? To wszystko kłamstwa! Nie jesteś czarownicą! Jesteś dobrą kobietą i ludzie powinni cię lubić! – powiedziała ze złością.
– Przepraszam, Beth. Wybacz mi.
– Nie, kochanie. Rozumiem, dlaczego tak się czujesz, ale musisz być silna. Ci ludzie po prostu rozpowiadają kłamstwa. Po prostu chcą mieć o czym plotkować. – Delikatnie dotknęła mojego policzka.
– Co chcesz na kolację? – zapytałam, zmieniając temat.
– Chodźmy do domu i tam zdecydujemy. Nie sądzę, żebyśmy miały dziś więcej klientów.
Słowo dom sprawiło, że moje serce zabiło szybciej. Mimo że Beth mówiła mi, że jej mały domek jest teraz moim domem, wciąż wydawało mi się to dziwne. Dom był czymś, czego nie znałam tak długo, że nawet po ośmiu latach to słowo wciąż wywoływało we mnie silne emocje.
– Pozwól, że tylko spakuję.
Miałam właśnie wrócić do namiotu, gdy usłyszałam krzyki i odgłosy koni. Beth podbiegła do mnie, wyglądając na bardzo przestraszoną. Wyraz jej twarzy napełnił mnie przerażeniem. Co się dzieje?
– Beth, co się stało? – zapytałam.
– Musimy się ukryć. Ludzie króla są tutaj i zabierają kobiety do królewskiego haremu – powiedziała.
Chwyciła płótno, którego używałyśmy do przykrywania owoców i wciągnęła mnie pod nie razem z sobą.
Moje serce biło jak szalone. Ludzie króla byli tutaj i szukali kobiet do królewskiego haremu. To zdarzało się często, ale zawsze było przerażające. Zabierali tylko niezamężne kobiety, dziewice, i zabierali je do zamku, by służyły księciu.
– Beth! – Ścisnęłam mocno jej dłoń. Może i nie byłam szanowaną kobietą w tym mieście, ale nie chciałam żyć jako nałożnica.
– Cicho, Sabino! – Beth szepnęła, ściskając moją dłoń. Widziałam, że jest przerażona. Martwiła się o mnie.
– Co jeśli oni...
– Ciii! Nic ci się nie stanie – wyszeptała stanowczo.
Krzyki błagających i wrzeszczących kobiet stawały się coraz głośniejsze. Ludzie króla śmiali się, ich radosne odgłosy mieszały się z żałosnymi krzykami kobiet, co jeszcze bardziej mnie przerażało. Boże, proszę, chroń mnie przed ludźmi króla.
Nagle usłyszałam trzask drewna. Moje serce podskoczyło, gdy usłyszałam, jak nasze drewniane skrzynki są rozbijane, a potem odgłos ciężkich butów.
Zanim zdążyłam zrozumieć, co się dzieje, płachta, która nas ukrywała, została zerwana, odsłaniając nas przed ludźmi króla.
Było ich czterech, wszyscy ubrani w specjalne stroje najbardziej zaufanych ludzi króla. Ich twarze wyglądały na zadowolone, co jeszcze bardziej mnie przeraziło. Wiedziałam, że muszę uciekać.
– Łapcie ją. Musimy wracać. Król nie dał nam dużo czasu – powiedział jeden z nich.
Beth odepchnęła mnie do tyłu, próbując ochronić przed mężczyznami, ale wiedziałam, że nie może mnie uratować. Ci mężczyźni przyszli po mnie i nie odejdą beze mnie.
– Nie dotykajcie jej! Zostawcie ją w spokoju! – krzyknęła Beth, patrząc gniewnie na mężczyzn.
Krzyknęłam, gdy jeden z mężczyzn wyciągnął miecz i przyłożył go do szyi Beth. Próbowałam odepchnąć Beth, ale ona nie chciała się ruszyć.
– Proszę, nie. Proszę, nie krzywdźcie jej. Zrobię wszystko, błagam – prosiłam ze łzami w oczach.
Dwóch mężczyzn chwyciło mnie za ramiona i pociągnęło, wyciągając mnie z namiotu, a pozostali dwaj szli za nami.
Słońce świeciło mi prosto w twarz, ale byłam tak przerażona, że nie zwracałam uwagi na upał. Nie chciałam być nałożnicą.
Mężczyźni ciągnęli mnie przez to, co wydawało się wiecznością, zanim zatrzymali się przed wielką karocą. Z czterema końmi gotowymi do ciągnięcia, karoca była pomalowana na czerwono i wyglądała na wystarczająco dużą, by pomieścić co najmniej dziesięć kobiet.
Powinnam być pod wrażeniem karocy, ale ona tylko sprawiła, że jeszcze bardziej chciałam uciec. Ta karoca zabierze mnie do zamku. Ta karoca uczyni ze mnie nałożnicę.
– O, miejska czarownica. Myślę, że królowi spodoba się ta – powiedział jeden z mężczyzn stojących obok karocy, patrząc na mnie lubieżnie.
– Zgadzam się. Kobiety, które dziś wybraliśmy, zadowolą króla – powiedział drugi.
Gdy drzwi karocy się otworzyły, ogarnęła mnie panika i zaczęłam walczyć z mężczyznami, którzy mnie trzymali. Pchałam. Biłam. Drapałam. Krzyczałam o pomoc.
Ale było ich czterech, a ja byłam sama. Obezwładnili mnie w ciągu kilku minut.
Jeden z mężczyzn rozdarł przód mojej sukienki, odsłaniając mój biust przed nimi wszystkimi. To upokorzyło mnie tak bardzo, że przestałam walczyć i zakryłam przód sukienki ręką.
Mężczyźni brutalnie wrzucili mnie do karocy, zanim zatrzasnęli drzwi i zamknęli je od zewnątrz. Próbowałam otrzeć łzy, ale musiałam trzymać sukienkę.
Przez łzy zobaczyłam sześć innych kobiet, wszystkie również płaczące. Niektóre trzęsły się, niektóre trzymały swoje sukienki, a inne wydawały z siebie żałosne odgłosy.
Gdy usłyszałam dźwięk bata, a potem przerażone rżenie koni, wiedziałam, że nie jestem już wolna. Mój los został przesądzony. Byłam niczym więcej niż królewską nałożnicą.
– Ch-chcę wró-wrócić do do-domu – powiedziała jedna z dziewczyn, szlochając.
– Zapomnij o domu. Zamkowe lochy będą naszym nowym domem – powiedziała gniewnie inna.
Pierwsza dziewczyna zaczęła płakać jeszcze bardziej, co sprawiło, że pozostałe też się rozpłakały. Żadna z nas nie wiedziała, dlaczego król był taki, dlaczego chciał kobiet z miasta jako nałożnice.
Ale nie mogłyśmy nic zrobić przeciwko władzy króla.
– Jak masz na imię? – zapytałam kobietę siedzącą obok mnie. Miała ciemne włosy i zielone oczy pełne łez, jej policzki były mokre od płaczu.
– Ma-Mary – powiedziała, łkając cicho.
– Jestem Sabina – powiedziałam jej. Przedstawianie się sobie wydawało się bezcelowe, ale nie wiedziałam, jak inaczej odwrócić myśli od zamku, do którego zmierzałyśmy.
– Nie... nie rozmawiaj ze mną. Je... jesteś złą kobietą – powiedziała.
W tym momencie życzyłam sobie, żeby król mnie zabił, bo jeśli on tego nie zrobi, to okrutne słowa tych ludzi na pewno to zrobią.
Nie zrobiłam nic, by zasłużyć na tak złe traktowanie przez mieszkańców miasta. Nie zrobiłam nic złego. Po prostu przyjaźniłam się z kimś, z kim nie powinnam była.
Karoca jechała dalej, woźnica nie przejmował się płaczem i żałosnymi odgłosami kobiet w środku.
Za każdym razem, gdy karoca zwalniała, woźnica uderzał konie, by przyspieszyły, zabierając nas coraz dalej od bezpieczeństwa naszych domów.
– Zamek jest bardzo duży i piękny. Ciekawe, w którym pokoju będziemy – powiedziała jedna z kobiet, sprawiając, że wszystkie na nią spojrzałyśmy.
– Widziałam zamek tylko kilka razy – powiedziała ta siedząca w rogu.
Gdy karoca tym razem zwolniła, zatrzymała się całkowicie. Moje serce biło jak szalone, gdy drzwi karocy zostały otwarte i dwóch mężczyzn wyciągnęło nas wszystkie na zewnątrz.
Gdy brutalnie wyciągnęli mnie z karocy, mężczyźni związali mi ręce za plecami, sprawiając, że przód mojej sukienki opadł, i tym razem nie było to tylko kilku mężczyzn, ale mnóstwo ludzi.
– Wprowadźcie je! Król się niecierpliwi! – krzyknął jeden z królewskich strażników stojących przy bramie. Ludzie króla chwycili każdą z nas i pociągnęli do środka.
Moje oczy rozszerzyły się, gdy weszłam do zamku, widząc jak jest wspaniały.
Zamek miał wiele wież, z wielkimi działami na szczytach murów. Strażnicy byli wszędzie, z mieczami u pasów.
Nie miałam wiele czasu, by podziwiać zamek, bo mężczyźni pociągnęli nas wszystkie do środka. Starałam się na nikogo nie patrzeć, bo mój biust był odsłonięty, a spojrzenie na strażnika w takim stanie mogłoby sprawić, że pomyślałby coś niewłaściwego.
Wnętrze zamku było jak inny świat. Czerwony dywan ciągnął się aż do królewskiego tronu. Strażnicy stali po obu stronach dywanu, zupełnie nieruchomo.
Chciałam przez chwilę podziwiać przepych wnętrza zamku, ale mężczyzna, który mnie trzymał, pociągnął mnie do przodu.
Idąc, rozglądałam się na lewo i prawo na strażników, którzy stali nieruchomo, zauważając, że wszyscy byli w równych odstępach od siebie.
Strażnicy nawet na mnie nie spojrzeli, ich oczy wpatrzone były w strażnika naprzeciwko.
Poczułam ulgę, gdy coraz mniej osób patrzyło na mój odsłonięty biust. Zostałam poprowadzona w stronę króla, który siedział na swoim wielkim tronie. Ale gdy podniosłam wzrok, by zobaczyć jego twarz, moje serce stanęło.
Nie. To niemożliwe. Jak to w ogóle możliwe? On jest królem?!
Moje oczy spotkały się z zimnymi, czarnymi oczami i poczułam ogromny strach. Tam, na wielkim tronie, rządząc tym królestwem, siedziała moja przeszłość. Po ośmiu latach, był teraz królem Quopii.
Jego twarz była bardzo przystojna, szczęka ostra, a oczy emanowały potęgą. Król siedział, patrząc na nas, gdy byłyśmy przyprowadzane przed jego oblicze.
Chciałam, żeby to wszystko było snem. Chciałam, żeby jakaś czarownica sprawiła, że widzę rzeczy, których nie ma, ale to nie była prawda.
To działo się naprawdę. Moja przeszłość była tuż przede mną. I mimo że starałam się powstrzymać, wypowiedziałam imię, które nawiedzało moje koszmary.
– Abiloft.













































