
Jego, ponadczasowo
Autorzy
M.S. Maondo
Lektury
383K
Rozdziały
37
Gdzie moje miejsce
CEYLAN
Spin-off: Jego na zawsze
Dom.
Kto by pomyślał, że tak proste słowo może wywołać we mnie tak wielki lęk? Nie byłam gotowa na powrót. Prawdę mówiąc, nigdy nie zamierzałam być gotowa. I to nawet mimo tego, że mój umysł przygotowywał mnie na ten dzień od chwili, gdy rok temu wsiadłam do samolotu do Turcji.
Prezes Aslan Consolidated wkrótce miał przejść na emeryturę. Ja z kolei musiałam zająć należne mi miejsce jako dyrektor operacyjny w naszej rodzinnej firmie. Nie sądziłam jednak, że nastąpi to tak szybko.
Chciałam, żeby Dacey Aslan posiedział w swoim biurze trochę dłużej. To dałoby mi kilka dodatkowych miesięcy bardzo potrzebnego odpoczynku od tego miasta. Szkoda tylko, że tak trudno było odwieść mojego ojca od czegoś, co już sobie postanowił.
Bałam się powrotu do miasta, w którym żyły dwie konkretne osoby. To one sprawiły, że straciłam ochotę, by kiedykolwiek otworzyć serce przed innym mężczyzną. Pierwszą z nich był Liam Chase. To najlepszy przyjaciel mojego brata z czasów liceum i moja pierwsza miłość. Teraz był człowiekiem, którego nienawidziłam najbardziej na świecie.
Drugą był Derek Blake, mój chłopak, z którym byłam przez dwa lata. Ten człowiek traktował nasz związek jedynie jako układ biznesowy. To on mnie zdradził i sprawił, że uciekłam.
Cóż, nie mogłam obwiniać o wszystko samego Dereka. Nagła obsesja Nowego Jorku na punkcie Liama też miała wpływ na moją potrzebę ucieczki.
Miałam dość tych wszystkich artykułów. Przedstawiały go jako wspaniałego faceta. Ja jednak wiedziałam, że jest diabłem wcielonym. Miałam nadzieję, że jego przyjaźń z moim bratem zdążyła się już skończyć.
Liczyłam na to, że Baris jest na tyle mądry, by uświadomić sobie, jakim człowiekiem naprawdę był Liam Chase. Myślałam, że zerwie z nim kontakt. Zamiast tego teraz byli ze sobą zżyci bardziej niż kiedykolwiek.
Kiedyś chodziłam za Liamem i Barisem krok w krok. Ale to już przeszłość. Przestałam to robić po tym, jak popełniłam błąd i poszłam za nimi na studia. Odeszłam stamtąd z samymi żalami.
Może gdybym powiedziała Barisowi, co się stało, uchroniłabym przed nim mojego brata. Ale jak mogłam to zrobić? Sama nie potrafiłam nawet przypomnieć sobie tego, co wydarzyło się tego pechowego dnia.
Szybko oczyściłam umysł, gdy wspomnienia próbowały wydostać się z mojej głowy. Mój telefon zawibrował, informując o połączeniu. Zupełnie tak, jakby wyczuł, że potrzebuję ratunku.
Zaczęłam szukać w torebce i wyciągnęłam urządzenie. Na widok imienia dzwoniącej osoby uśmiechnęłam się. To była Savannah Ross, dziedziczka Ross Group i moja najwspanialsza przyjaciółka na świecie.
„Dotarłaś już?”
„Utknęłam w korku, tak jak pisałam ci pięć minut temu”.
Siedziałam na tylnym siedzeniu czarnego SUV-a należącego do Savvy. Spojrzałam przez przyciemnianą szybę na zatłoczone pasy ruchu. „Już tęsknię za Stambułem”.
„W Stambule nie ma korków?!”
„Na Manhattanie jest o wiele gorzej”.
„Nie mogę się doczekać, kiedy cię zobaczę”.
Niemal czułam, jak jej twarz wręcz promienieje. „To był najdłuższy rok w moim życiu”.
Westchnęłam. „Ja też za tobą tęsknię”.
Tęskniłam również za rodzicami i bratem. Widzieliśmy się co prawda kilka miesięcy temu, ale nie w najlepszych okolicznościach.
Wciąż nie mogłam uwierzyć, że mój dziadek odszedł. Jego śmierć była taka nagła. Babcia po prostu obudziła się rano obok jego zimnego ciała.
Do dziś budzi mnie jej płacz. Bardzo cierpiała. Chociaż mocno go kochałam, nigdy nie potrafiłabym w pełni zrozumieć tego, przez co przechodziła.
Czułam się winna, zostawiając ją całkiem samą w tej wielkiej rezydencji. Nie martwiłabym się o nią tak bardzo, gdyby tylko zgodziła się zamieszkać z moimi rodzicami.
Nie potrafiłam nawet przekonać jej do udziału w ważnym wydarzeniu firmowym i rodzinnym. Najwyraźniej upór był u nas dziedziczny.
„Wyszłam już z biura”. Głos Savvy przywrócił mnie do rzeczywistości. „Może dotrę do domu przed tobą”.
Samochód ruszył z miejsca. „Wygląda na to, że jednak nie utknę tu na cały wieczór”.
Moja ulga trwała krótko, bo chwilę później pojazd znów się zatrzymał. „Zmieniam zdanie. Chyba utknę tu na zawsze”.
Szofer Savvy posłał mi przepraszające spojrzenie.
„Mamy jeszcze mnóstwo czasu na przygotowania”.
Odsunęłam telefon od ucha i spojrzałam na zegarek. Była szesnaście po czwartej. Zostały mi jeszcze cztery i pół godziny.
Cztery i pół godziny, zanim mój ojciec ogłosi światu swoją niespodziankę. Cztery i pół godziny, zanim zostanę zmuszona do ponownego bycia pełnoetatową nowojorczanką. Cztery i pół godziny, zanim przejmę obecne stanowisko mojego brata w firmie, a Baris awansuje na prezesa. Wtedy w końcu znajdę się tam, gdzie chciał mnie widzieć ojciec.
Przez te korki przejazd z lotniska JFK do Ross Tower zajął dwa razy więcej czasu, niż zakładałam. Widok znajomego, dwudziestopięciopiętrowego budynku ze szklanymi kolumnami przypomniał mi, że nie wszystkie moje doświadczenia w tym mieście były złe.
„Przepraszam za tak długą jazdę” – powiedział kierowca, otwierając mi drzwi.
„Nie ma za co”. Uśmiechnęłam się uspokajająco. „Wszyscy wiemy, że to nie pańska wina”.
Kiwnął głową i podszedł do tyłu, by wyjąć moją walizkę z bagażnika. „Pomogę pani wnieść to do środka”.
Pokręciłam głową. „Poradzę sobie”.
Wzięłam od niego torbę i bezskutecznie próbowałam ją podnieść. „Widzi pan, wcale nie jest taka ciężka. Poza tym wierzę, że robią je na czterech kółkach właśnie po to, by nawet damy w opałach nie potrzebowały pomocy”.
Zaśmiał się cicho i przytaknął.
„W takim razie będę już jechał”.
„Chwileczkę!”
Z dłonią wciąż opartą na klamce, odwrócił się w moją stronę. „Czy mogę coś jeszcze dla pani zrobić, panno Aslan?”
„Nie usłyszałam pana imienia”.
Byłam pewna, że w ogóle o nim nie wspomniał.
„Cole”.
Skinęłam głową. „Dzięki za podwózkę, Cole”.
„Tylko wykonuję swoją pracę, proszę pani”.
W końcu na miejscu.
Wysłałam Savvy szybkiego SMS-a, zanim doszłam do wejścia. Portier w średnim wieku, o brązowych włosach i w czarnym płaszczu, przytrzymał dla mnie szklane drzwi.
„Witamy z powrotem, panno Aslan”.
Postawny mężczyzna przywitał mnie szerokim uśmiechem, który dotarł aż do jego brązowych oczu.
„Dziękuję, Kane”.
Uniósł brwi, jakby nie mógł uwierzyć, że znam jego imię. Na jego obronę powiem, że poznałam je dopiero wtedy, gdy zadzwoniła Savvy. Powiedziała mi, skąd wziąć klucz, gdybym dotarła, zanim wróci do domu.
Przed dzisiejszym dniem spotkałam go tylko dwa czy trzy razy, kiedy odwiedzałam przyjaciółkę.
Weszłam do ultranowoczesnego holu urządzonego w czerni, brązie i złocie. Zatrzymałam się przed dwiema windami obok czarnej, granitowej recepcji.
Jedna z kabin czekała już na parterze. Kiedy znalazłam się w środku, wcisnęłam przycisk piętnastego piętra.
Mój telefon zawibrował w dłoni. Byłam pewna, że to Savvy odpowiada na moją wcześniejszą wiadomość. Ale tak nie było.
Mam nadzieję, że już przyjechałaś. Nie możesz skazać mnie na wieczór, w którym sam będę musiał ucinać sobie pogawędki z biznesowymi znajomymi taty.
Moje palce gorączkowo przebiegły po klawiaturze, zanim wysłałam bratu odpowiedź.
Już tu jestem.
I mam nadzieję, że pamiętasz. Nie chcę, żeby Liam Chase zbliżał się do tej imprezy.
Winda wydała z siebie cichy dźwięk. Oderwałam wzrok od trzech tańczących kropek na ekranie i spojrzałam na moją walizkę.
Moja dłoń zacisnęła się na uchwycie.
Zanim drzwi ukazały sylwetkę Savvy, usłyszałam radosny pisk. Nadal miała na sobie strój do pracy. Był to kremowy kostium, który luźno opinał jej smukłą figurę.
Na stopach miała dopasowane obcasy. Jej falowane, blond włosy były związane z tyłu w zgrabny kucyk.
„Widzę, że nie mogłaś już dłużej czekać” – uśmiechnęłam się szeroko, wychodząc z windy.
Poczułam, jak ciało Savvy z całej siły przyciska się do mojego.
„Tak bardzo za tobą tęskniłam”.
„Ja za tobą też”.
Z trudem powstrzymywałam łzy, które cisnęły mi się do oczu.
Odsunęła się. Jej niebieskie oczy zaszkliły się od łez.
„Przepraszam, że nie mogłam być na pogrzebie twojego dziadka”.
„Rozumiem. Wszystko działo się tak szybko. Jego śmierć, pogrzeb... Jeden dzień to za mało, żebyś mogła wyrwać się z Ross Group”.
„To i tak nie pomaga mi pozbyć się poczucia winy”.
Wzięła moją walizkę i poprowadziła mnie korytarzem.
„Dzięki, że pozwalasz mi u siebie zostać. Mam nadzieję, że w przyszłym tygodniu znajdę własne mieszkanie”.
Czułam, że jestem za stara, żeby mieszkać z rodzicami. Baris był dla mnie ostatecznością.
„Przecież ci mówiłam. Możesz tu zostać tak długo, jak zechcesz. Będzie tak, jakbyśmy wróciły na studia”.
„Jasne”.
„Kiedy przywiozą resztę twoich rzeczy?”
„Kilka toreb dotrze jutro. Reszta przyjedzie, gdy już wynajmę własne lokum”.
„Chodźmy do mieszkania. Chcę, żebyś pokazała mi sukienkę, którą założysz dzisiejszego wieczoru”.
Nagle się zatrzymałam. „O, nie”.
Przystanęła przed eleganckimi, drewnianymi drzwiami.
„Tylko nie mów, że nie masz w co się ubrać na imprezę z okazji dwudziestolecia twojej firmy”.
„Ja... naprawdę nie mam”.
„Zadzwonię do mojej stylistki. Poproszę, żeby przywiozła tu kilka sukienek”.
Odetchnęłam z ulgą. „Dziękuję. Ratujesz mi życie”.
Uśmiechnęła się z satysfakcją. „Nie ma za co”.
Sięgnęła po klamkę i wpuściła nas do środka.
Salon jej mieszkania z dwiema sypialniami był pomalowany na liliowo. Podłoga była wyłożona lustrzanymi płytkami.
To miał być mój nowy dom przez kilka najbliższych tygodni.













































