Cover image for Ostatni ocalali

Ostatni ocalali

Xanadis

Otworzyłam oczy w ciemności.
Jęknęłam i zaczęłam macać wokół siebie. Gdzie ja jestem? Gdy moje dłonie dotknęły gładkich metalowych drzwi, te otworzyły się z sykiem, wypuszczając powietrze.
Przez szparę zobaczyłam coś, co wyglądało jak światło słoneczne.
Pchnęłam drzwi, które same się uniosły, a jasne światło oślepiło mnie na chwilę. Gdy wzrok mi się przyzwyczaił, nie mogłam uwierzyć własnym oczom - zobaczyłam zieloną i niebieską obcą dżunglę.
Ostrożnie wyszłam z kapsuły i wspięłam się na brzeg małego krateru powstałego po lądowaniu.
Rozglądając się, nie widziałam nigdzie żadnych budynków ani ludzi. Niebieska trawa pokrywała małą polanę, gdzie wylądowałam, a wokół rosło mnóstwo dziwacznych roślin i drzew.
Złapałam się za głowę, zamknęłam oczy i powiedziałam sobie, że to nie może być prawda. To nie mogło dziać się naprawdę!
Ale gdy otworzyłam oczy, dżungla wciąż tam była.
To nie był sen... to wszystko działo się naprawdę.
- Nie, nie... - Spojrzałam w niebo szukając statku, ale niczego tam nie było, tylko błękitne niebo i dwa z siedmiu księżyców planety, wraz z jednym z jej dwóch czerwonych słońc.
Byłam sama jak palec.
Tysiące myśli przebiegło mi przez głowę, gdy stałam przy kapsule. Co mam zrobić? Co mogę zrobić? Nie mam nic...
Patrząc ponownie na kapsułę, zauważyłam, że nie ma silników, więc nie mogłam nią polecieć z powrotem... te rzeczy były zrobione tylko do lotu w jedną stronę.
W przeciwieństwie do innych planet zamieszkanych przez ludzi, Xanadis nie nadawała się do życia. Cały świat był niezwykle niebezpieczny ze względu na surowe środowisko i śmiertelnie groźne zwierzęta i rośliny.
Nie tylko zwierzęta były tu niebezpieczne... krążyły opowieści, że rośliny też stanowiły zagrożenie...
Kwiaty wydzielające trujący gaz, jadowite owoce, rośliny pożerające swoje ofiary żywcem... Strach mnie ogarniał na myśl o spotkaniu któregoś z tych niebezpiecznych stworzeń lub roślin.
Zamknęłam oczy i próbowałam wymyślić, co najlepiej zrobić.
Po chwili zdałam sobie sprawę, że jednak coś mam.
Wróciłam do kapsuły i zajrzałam do środka w poszukiwaniu tego, czego potrzebowałam. Na podłodze znalazłam uchwyt, który powinien otwierać ukrytą przestrzeń na zapasy.
Z nadzieją pociągnęłam za uchwyt, ale ani drgnął, bez względu na to, jak mocno ciągnęłam.
Ciągnięcie z całej siły nie wystarczyło, a moje ręce się ześlizgnęły, przez co wylądowałam na ziemi z głośnym hukiem.
Jęknęłam, usiadłam i rozejrzałam się. Może było coś, czego mogłabym użyć do otwarcia.
Zobaczyłam gałąź leżącą przy drzewie, więc podeszłam i ją podniosłam. Ale gdy to zrobiłam, liana na sąsiednim drzewie poruszyła się.
Szybko się odwróciłam, ale nie zauważyłam nic dziwnego, jednak coś wydawało się nie w porządku. Cofnęłam się, rozglądając się, wciąż niczego nie widząc.
Po chwili rozglądania się postanowiłam zabrać gałąź z powrotem do kapsuły, ale moja stopa zahaczyła o coś... albo coś złapało moją stopę.
- Ach?! - Upadłam twarzą na ziemię. W każdej innej sytuacji pewnie bym się z siebie śmiała, ale nie teraz.
To, o co zahaczyłam stopą, owinęło się wokół mojej kostki i poczułam, jak zaczyna ciągnąć, próbując wciągnąć mnie do lasu. Co to za cholerstwo?!
Spojrzałam za siebie i zobaczyłam grubą niebieską lianę owiniętą wokół mojej kostki, ciągnącą mnie przez krzaki w stronę wysokiego, nagiego drzewa pokrytego lianami i wielkimi kolcami, które mogłyby przebić ciało na wylot.
Pod drzewem, gdzie liana była przyczepiona, zobaczyłam dziurę pełną cieńszych lian z kolcami. Próbowałam odczołgać się lub wyrwać, gdy ciągnęło mnie coraz bliżej, ale nie było się czego złapać.
Gdy wciągało mnie do środka, liana z kolcami wystrzeliła, owinęła się wokół mojej nogi i ścisnęła ją bardzo mocno.
Krzyknęłam z bólu, gdy kolce liany wbiły się głęboko w moją skórę. Ta rzecz zamierzała rozerwać mnie na strzępy!
Teraz walczyłam jeszcze mocniej i uderzałam lianę gałęzią z całej siły. Ale ona tylko trzymała mocniej, wbijając kolce jeszcze głębiej w moją nogę.
Ciągnęła mnie jeszcze bliżej, wlokąc w stronę wejścia do dziury pełnej kolców. Złapałam się jednej z grubych gałęzi drzewa, żeby nie wciągnęło mnie do dołu pełnego kolców.
Kolejna kolczasta liana wyskoczyła ze środka i złapała tę samą nogę, ściskając ją równie mocno jak pierwsza, a ja wrzasnęłam z palącego bólu, gdy wiele ostrych, nożopodobnych kolców wbiło się w moją łydkę.
Serce waliło mi jak młotem, gdy trzymałam się z całych sił. Patrząc w dół, widziałam więcej lian próbujących mnie dosięgnąć.
Używałam wolnej nogi, by kopać w liany owinięte wokół drugiej. Poruszały się, ale nie puszczały.
Krzyczałam o pomoc, a mój głos odbijał się echem wśród drzew. - Ktokolwiek, pomocy!
Nikt nie odpowiedział i ogarnęło mnie przygnębienie. Nie, nie. To nie może się dziać.
Prawie się rozpłakałam, gdy kolce wbiły się jeszcze głębiej w moją nogę.
Szybko rozejrzałam się za czymkolwiek, co mogłoby pomóc. Ostry kamień wystawał z błota obok mnie, około 30 centymetrów dalej.
Patrząc na lianę, zauważyłam, że była miękka w miejscach, gdzie nie było kolców.
Zaczynałam tracić uchwyt na gałęzi drzewa, gdy zastanawiałam się między trzymaniem się a zaryzykowaniem.
Zamknęłam oczy, zebrałam się na odwagę i puściłam gałąź, by sięgnąć po kamień.
Liany przyciągnęły mnie bliżej, gdy sięgnęłam w dół i podniosłam kamień, po czym mocno uderzyłam jedną z lian, odcinając ją od reszty.
Roślina wydała przerażający syczący dźwięk, gdy wciągnęła resztę swojej zranionej liany do nory, by ją chronić, jak zwierzę uciekające do kryjówki.
Pozostała część, wciąż połączona z drzewem, wiła się dziko, wracając do dziury.
Zrobiłam to samo z pozostałymi, a wszystkie liany zdawały się cofać ode mnie, zaledwie metr od dziury.
Szybko odsunęłam się, by złapać oddech, gdy moje serce waliło jak szalone. O mały włos, a byłoby po mnie!
Musiałam potrząsnąć głową i uspokoić się, zanim wpadłabym w panikę. Nie minęła nawet godzina, a prawie zostałam zabita przez drzewo!
Słyszałam o roślinach, które potrafiły robić podobne rzeczy, ale to było o wiele gorsze.
Na Rodzimym Świecie były liany, które często rosły w gęstych skupiskach i czepiały się futra nieszczęsnych zwierząt przechodzących obok.
Im bardziej zwierzę próbowało się uwolnić, tym bardziej plątało się w kolcach i raniło. W końcu zwierzę umierało, a jego martwe ciało dostarczało roślinie składników odżywczych.
Ale ta rzecz nie czekała biernie. Złapała mnie jak zwierzę... Zamknęłam oczy, czując się bezradna...
Potrząsnęłam głową i próbowałam się wziąć w garść. Nie, muszę iść dalej!
Liany, które oderwały się od drzewa, wciąż boleśnie oplatały moją nogę, a kolce tkwiły w skórze, zostawiając małe plamki krwi.
Ostrożnie je odwinęłam, czując ból przy każdym ruchu, zostawiając moją nogę zakrwawioną i podrapaną. Starałam się nie płakać, gdy wstałam i kulejąc wróciłam do kapsuły z gałęzią.
Otworzyłam ukrytą przestrzeń i wyjęłam torbę ze środka. Gdy ją otworzyłam, ze smutkiem odkryłam, że prawie nie ma w niej nic przydatnego, a co najgorsze, nie było jedzenia, wody ani bandaży.
Przejrzałam torbę, sprawdzając wszystko w środku. To nie może być wszystko! Gdzie jest apteczka, jedzenie, zapałki do rozpalenia ognia!?
Wpatrywałam się w zapasy przede mną. Nóż, książka, ołówek, mała butelka i trochę ubrań.
Ogarnęło mnie przygnębienie na widok tak skromnego wyposażenia. Jak miałam przeżyć z czymś takim?!
Złapałam się za głowę i zamknęłam oczy, prawie się rozpłakując.
Co mam teraz zrobić? Spojrzałam na rzeczy przede mną i zastanawiałam się nad następnym krokiem.
Czy powinnam zostać przy kapsule, żeby Varinowi było łatwiej mnie znaleźć? Nie... Ktoś inny mógłby mnie znaleźć, jeśli to zrobię... jeśli w ogóle ktokolwiek jeszcze żyje na tej planecie.
Spojrzałam na swoją nogę i wiedziałam, że muszę ją oczyścić... Ale jak?
Westchnęłam, spakowałam wszystko do torby oprócz noża i zarzuciłam ją na ramię.
Nóż przyczepiłam do paska, wstałam i rozejrzałam się. Uznałam, że najlepiej będzie odejść od niebezpiecznego drzewa, więc ruszyłam przed siebie, tym razem bardzo uważając, gdzie stawiam stopy.
Idąc, widziałam dziwne i kolorowe rośliny i zauważyłam, że było znacznie więcej niebieskich roślin niż zielonych. Widziałam też różowe paprocie. Jak na niebezpieczną planetę, wszystko było bardzo kolorowe...
Minęły godziny, gdy szłam, i widziałam, że słońca zniżały się. Moja noga bolała, a każdy krok sprawiał mi ból.
Nie jestem pewna, czy powinnam uważać się za szczęściarę czy nie... pechową, że się zraniłam, czy szczęściarę, że liany nie były trujące, bo inaczej już bym nie żyła...
Spojrzałam w niebo i oceniłam, że zostało mi tylko kilka godzin do zmroku. Myśl o tym, co może czaić się w tym lesie nocą, kazała mi iść dalej, mając nadzieję na znalezienie jakiegoś schronienia przed zapadnięciem ciemności.
Patrząc przed siebie, zobaczyłam ostre skały wystające z ziemi, tworzące małą półkę, która mogła dać mi trochę osłony na noc. Może jednak nie byłam całkowicie pozbawiona szczęścia.
Trzymając nóż w jednej ręce, podeszłam bliżej i zobaczyłam małą jaskinię wydrążoną pod półką. Zajrzałam do środka, by upewnić się, że nie mieszkają tam żadne zwierzęta. Ku mojemu zaskoczeniu, nie było ich tam.
Wczołgałam się do małej jaskini, usadowiłam się najwygodniej jak mogłam i usiadłam, by przyjrzeć się moim obrażeniom. Moja noga miała wiele głębokich ran, które mocno krwawiły, a cały kombinezon był pokryty ziemią, krwią i brudem.
Nie mogłam tego tak zostawić. Potrzebowałam wody lub czegoś do oczyszczenia ran i opatrzenia ich. Rany nie były na tyle głębokie, by wykrwawić się na śmierć, ale mogły się zainfekować.
Westchnęłam i oparłam głowę o ziemię, patrząc na spód skały nade mną. Jak mam przeżyć w takich warunkach?
Spojrzałam na zewnątrz i zobaczyłam coś fioletowego i okrągłego na ziemi przed jaskinią. Zmrużyłam oczy i przysunęłam się do wejścia jaskini. Ta dziwna rzecz wyglądała nie na miejscu.
Rozejrzałam się za kolejnymi i zobaczyłam kilka kawałków tego samego rozrzuconych dookoła, jakby coś je rozbiło.
Spojrzałam w górę i zobaczyłam więcej tych dziwnych kul rosnących na drzewie, tuż nade mną, jak kokosy...
Podekscytowałam się, gdy przyszło mi do głowy pierwsze logiczne wyjaśnienie: Jedzenie.
Wyczołgałam się z mojego małego schronienia i zebrałam tyle nienaruszonych kul, ile mogłam.
Większość z nich była stara i już zjedzona przez zwierzęta, a nie mogłam wspiąć się na drzewo, by sięgnąć po pozostałe, więc zdobyłam tylko trzy, które wyglądały na świeże.
Spojrzałam w niebo i zobaczyłam, że noc zaczynała zapadać, i wkrótce nie będę mogła nic widzieć.
Wróciłam do mojej dziury i przyjrzałam się zdobyczom. Niestety, miały twardą zewnętrzną skorupę jak orzech lub nasiono. Powierzchnia była gładka i trochę przypominała mi piłkę, którą bawiłam się jako dziecko.
Znalazłam duży kamień i próbowałam wiele razy rozbić tę rzecz, ale skała ledwo zostawiła ślad. Spojrzałam ze złością na orzech, nienawidząc jego twardej skorupy.
Wtedy przypomniałam sobie, że wciąż mam nóż.
Wyjęłam ostrze zza paska, uśmiechając się, i umieściłam orzech między dwoma kamieniami. Chwyciłam rękojeść noża i przyłożyłam go do zewnętrznej skorupy.
Wzięłam głęboki oddech, uniosłam nóż i opuściłam go na orzech.
W następnej chwili krzyknęłam z okropnego bólu i złapałam się za krwawiącą dłoń. Ostrze złamało się przy rękojeści i rozcięło mi dłoń, a na orzechu ledwo zostawiło ślad.
Trzymałam mocno rękę, prawie płacząc, i patrzyłam na krew, która wciąż kapała. Rana była głęboka i mocno krwawiła...
Trzymając krwawiącą dłoń, starałam się nie płakać, gdy wczołgiwałam się z powrotem do mojej dziury.
Dlaczego to wszystko mi się przytrafiało? Co takiego zrobiłam, że na to zasłużyłam?
Wyjęłam koszulkę z torby, ostrożnie oderwałam jeden z rękawów zębami i owinęłam nim krwawiącą dłoń.
Światło słoneczne całkowicie zniknęło, pozostawiając las w ciemności, i nie mogłam nic zobaczyć poza moją małą norą. Byłam sama...
Nikogo nie było w promieniu wielu kilometrów, nikt nie mógł mi pomóc ani mnie pocieszyć. Byłam kompletnie sama i całkowicie bezradna.
Odgłosy odległych leśnych owadów i zwierząt ukołysały mnie do snu, gdy leżałam tam zwinięta w kłębek, nieświadoma istoty czającej się tuż na zewnątrz...
Continue to the next chapter of Ostatni ocalali