
Niechętna partnerka samotnego wilka
Autorzy
Louise V. Armstrong
Lektury
1,0M
Rozdziały
50
Zniszczenie
DANIELLE (14 lat)
CZTERY LATA TEMU
Nie mogę się ruszyć. Strach mnie paraliżuje. Dzicy Wilki w mgnieniu oka zniszczyli moje stado. Moje życie legło w gruzach.
Ci, którzy próbowali walczyć, leżą martwi lub konają. Wszędzie widzę ciała rodziny i przyjaciół.
Próbuję odwrócić wzrok od zwłok ojca i brata, ale nie potrafię.
Ryan, przywódca Dzikich Wilków, rozkazuje swoim podwładnym zebrać ocalałych z mojego stada. Oddzielają młodych i zdrowych od starych i słabych.
Zmuszają nas do patrzenia, jak zabija tych, których uważa za bezużytecznych.
– Waszego stada już nie ma. Wilczy Pazur przestał istnieć. Teraz liczy się tylko stado Dzikich Wilków. Macie wybór – oznajmia.
– Jeśli dołączycie do nas, przeżyjecie. Jeśli nie, zostaniecie wygnani na samotność.
– Ci, którzy do nas dołączą, będą omegami i muszą wykonywać każdy nasz rozkaz.
Niektórzy z wilków Ryana rechoczą. Ich ubrania są podarte i zakrwawione po rzezi mojego stada. Patrzą na nas jak na śmieci.
Jeden z nich spogląda na mnie lubieżnie. Mam tylko czternaście lat, ale domyślam się jego zamiarów.
Drżę i chwytam dłoń Rory'ego, mojego najlepszego przyjaciela, szukając otuchy.
Odwzajemnia uścisk, dodając mi otuchy, a ja znów skupiam się na Ryanie.
– Jeśli będziecie ciężko pracować i udowodnicie swoją wartość, może zostaniecie moimi wojownikami. To trudna droga, tylko najlepsi mają szansę.
– Jeśli nie chcecie do nas dołączyć, odejdźcie teraz z pustymi rękami.
Obserwuję, jak członkowie mojego stada rozważają swoje opcje. To trudny wybór.
Samotność to największy lęk każdego wilka. Inne stada nienawidzą łotrów, którzy nigdy nie mogą zagrzać miejsca. Ale czy to gorsze niż życie z Dzikimi Wilkami?
Na samą myśl o służeniu mordercom mojej rodziny i przyjaciół robi mi się niedobrze. Patrzę na wilki Ryana i boję się bycia ich niewolnicą.
Wilk, który patrzył na mnie lubieżnie, znów łapie moje spojrzenie. Bezgłośnie mówi „MOJA”.
Teraz jestem już pewna swojej decyzji. Wolę odejść i być łotrem.
Szepczę do Rory'ego: – Odchodzę.
Kiwa głową. – Ja też. Gdy Ryan da sygnał do odejścia, uciekamy. Nie ufam mu.
– Podjęliście decyzję? – pyta Ryan.
Przytakujemy.
– Ci, którzy chcą zostać, idźcie do moich wojowników. Reszta zostaje na miejscu.
Patrzę, jak większość ocalałych dołącza do wojowników Ryana. Zostaje nas tylko pięcioro. Ja i Rory, dwaj najmłodsi synowie bety, Henry i Rob, oraz córka alfy, Alison.
– Nie, Alison, ty zostajesz – mówi Ryan.
– Nie! – krzyczy Henry.
– W porządku, Henry, po prostu idź – błaga Alison.
– Nie, nie bez ciebie. Nie zostawię cię z tymi potworami. Odchodzimy razem.
Ryan wygląda na znudzonego. – To jak, zostajecie czy odchodzicie?
– Odchodzimy, ale razem.
– Jesteś odważny, co byłoby godne podziwu, gdyby nie było tak głupie.
Daje znak jednemu ze swoich wojowników, który podchodzi do Henry'ego. Chwyta go, wykręca mu kark i słychać trzask. Alison krzyczy.
Rob rzuca się na nich, próbując pomścić brata.
– Teraz – szepcze do mnie Rory. – Póki są zajęci.
Przytakuję i biegniemy co sił w nogach w stronę drzew, Rory tuż obok mnie.
Ryan wrzeszczy: – Łapać ich! Chciałem was upolować, ale nie gracie fair. Może macie przewagę, ale moje wilki i tak was dopadną i zabiją. Nikt mi nie ucieka.
Jasne jest, że nigdy nie planował nas wypuścić.
Nie zatrzymujemy się, biegniemy dalej, wiedząc, że musimy dotrzeć do lasu, zanim wilki Ryana nas złapią, jeśli chcemy przeżyć.
Jedynym naszym atutem jest to, że znamy dobrze tę okolicę. Jeśli dotrzemy do drzew, możemy zgubić ich w lesie.
Stamtąd możemy udać się do najbliższego ludzkiego miasta, gdzie będziemy bezpieczni. Wilki Ryana nie zaryzykowałyby bycia zauważonymi, polując na nas tam.
Nigdy wcześniej nie byłam w ludzkim mieście; nasze stado trzymało się z dala od ludzi.
Zawsze byłam ciekawa ludzi. Chciałam zobaczyć, jacy są naprawdę. Teraz będę miała okazję.
Biegniemy dalej, serce wali mi jak młotem, płuca palą, ale nie zwalniamy, wiedząc, że chwila zwłoki może oznaczać śmierć.
Przez pierwsze dziesięć minut słyszymy wilki Ryana za nami, wyjące i śmiejące się, gdy gonią nas przez las.
Myślą, że nas złapią. Dwa nastoletnie wilki nie są tak silne jak dorośli wojownicy. Ale my znamy ten las jak własną kieszeń, najlepsze ścieżki i szlaki, miejsca, gdzie korzenie drzew mogą kogoś przewrócić.
Gdy drzewa rosną coraz gęściej, a teren staje się trudniejszy, oni zwalniają, a my zyskujemy przewagę.
Im głębiej zapuszczamy się w las, tym większy dystans dzieli nas od Dzikich Wilków.
Po trzydziestu minutach docieramy do rzeki. Rory wskakuje do niej bez wahania, a ja za nim. Przepływamy na drugą stronę, ale zamiast wyjść, płyniemy na północ, trzymając głowy nisko i blisko brzegu.
***
Godzinę później Rory mówi, że bezpiecznie jest wyjść z rzeki. Wspinamy się na brzeg i zaczynamy iść przez część lasu, w której nigdy wcześniej nie byłam.
Jestem zmarznięta na kość i wykończona. Moje ubrania są przemoczone i ocierają skórę. Ale to wszystko nie będzie miało znaczenia, jeśli uda nam się dotrzeć do ludzkiego miasta, zanim znajdą nas wojownicy Ryana.
Nie widzieliśmy ani nie słyszeliśmy żadnych oznak ich obecności, odkąd weszliśmy do rzeki. Mam nadzieję, że udało nam się ich zgubić.
– Chyba już niedaleko – mówi mi Rory.
– Skąd wiesz?
– Mój ojciec zabierał mnie tu kiedyś. Miał przyjaciela w mieście, którego odwiedzaliśmy.
– Człowieka? – pytam zaciekawiona.
– Nie, nie człowieka. Nie znał żadnych ludzi. Jego przyjaciel był wilkiem, który żył samotnie.
– Łotrem!
– Nie, nie był łotrem. Nikomu by nie zrobił krzywdy. To był wilk, który stracił swoje stado, tak jak my.
Próbuję powstrzymać łzy. Ma rację. Cała moja rodzina nie żyje, a moje stado zostało zabite lub pojmane. Czym różnię się od tego przyjaciela Rory'ego?
– Przepraszam – udaje mi się cicho powiedzieć.
Odwraca się i mnie przytula. – Nie przepraszaj. Oboje musimy przyzwyczaić się do nowego życia. Mam nadzieję, że Harry może nam pomóc. To nasza jedyna szansa na przeżycie.
– Nawet jeśli uda nam się uniknąć Ryana i jego wilków, będziemy potrzebować pomocy, by żyć wśród ludzi. Mam tylko nadzieję, że jego przyjaźń z moim tatą sprawi, że zechce nas przyjąć.
To cień nadziei. Niewielu wilków by to zrobiło. Nasz własny alfa zwykł odrzucać samotne wilki, które prosiły o dołączenie do naszego stada.
Wychodzimy z lasu i zaczynamy iść wzdłuż asfaltowej drogi. Powoli drzewa i pola ustępują miejsca domom, gdy docieramy do obrzeży ludzkiego miasta.
Rory prowadzi nas przez domy do parterowego budynku. – Jesteśmy na miejscu. Mam nadzieję, że jest w domu – mówi nerwowo, zanim idzie ścieżką i puka do drzwi.
Otwiera wysoki, siwowłosy mężczyzna. Od razu wiem, że to wilk jak my.
– Rory, nie spodziewałem się ciebie. Czy twój tata jest z tobą? – pyta, rozglądając się.
– Nie, uch, nie... – Rory milknie, nie mogąc znaleźć słów, by wyjaśnić, co się stało.
Próbuję być odważna. – Nasze stado zostało zniszczone przez Dzikie Wilki. Nasi rodzice nie żyją. Udało nam się... uciec, ale myślimy, że wciąż nas ścigają. – Zaczynam płakać, czując się bardzo zmęczona i przygnębiona.
– Potrzebujecie schronienia – domyśla się, otwierając szerzej drzwi. – Wejdźcie. Nie powinno was tu być widać.
– Pomożesz nam? – pyta Rory.
– Twój ojciec był dobrym człowiekiem – mówi cicho i z szacunkiem. – Był przy mnie, gdy go potrzebowałem. Najmniej, co mogę zrobić, to pomóc jego synowi.
Prowadzi nas do przytulnego salonu, wskazując miękką kanapę. Z ulgą siadam, ciesząc się, że w końcu mogę odpocząć bez ciągłego zagrożenia.
– Jesteście głodni? – pyta, patrząc na nas z troską. – Mogę coś przygotować do jedzenia. Potem zastanowimy się, co dalej.
Rory kiwa głową, wyglądając na bardzo wdzięcznego. – Dziękuję – mówi bardzo cicho. – Nie wiem, co byśmy zrobili bez ciebie.
Macha ręką, jakby to nie było nic wielkiego. – Nie ma o czym mówić. Ten świat nie jest łaskawy dla samotnych wilków, zwłaszcza młodych. Ale nie martwcie się, myślę, że mam plan, jak zapewnić wam obojgu bezpieczeństwo.














































