
Lisica Alfy: Finał
Autorzy
Lektury
425K
Rozdziały
26
Rozdział Pierwszy
Myra
„Sloan!” Myra syknęła między kolejnymi oddechami, jej biodra poruszały się niespokojnie na ziemi, gdy gorący oddech jej partnera owiewał jej szyję i ramiona.
„Nie drażnij się!” Dyszała, pragnąc poczuć go w sobie. Sloan zaśmiał się nisko, lewą dłonią chwycił jej prawe biodro i pociągnął ją do siebie tak mocno, że aż sapnęła, a potem jego twardy członek naparł na jej wejście.
„Brać mojego anioła w taki sposób?” Jęknął i pchnął do przodu, wypełniając ją jednym głębokim ruchem. „Mógłbym tak każdego dnia.”
Myra krzyknęła, czując, jak ją wypełnia. Jej paznokcie wbiły się w wilgotną ziemię, gdy wygięła plecy, dając mu więcej miejsca na pchnięcia.
„Tak!” jęknęła, a jej głos się załamał. Dłoń Sloana odnalazła jej łechtaczkę i zaczął zataczać wokół niej kółka przez materiał majtek. Jej biodra drżały, nie mogła się uspokoić, gdy zaczął się w niej poruszać.
Czuła każdy jego centymetr w sobie, jego silne uda otaczające jej własne, szorstki materiał jego spodni ocierający się o jej wrażliwą skórę.
Każde pchnięcie wyrywało z niej sapnięcie, jęk i krzyk jego imienia. Poruszali się w jednym rytmie, ich ciała lśniły od potu w blasku pełni księżyca, gdy pieprzyli się pod gwiazdami.
Oddech Myry zamarł w gardle, kiedy delikatnie ugryzł ją w szyję, ssąc ślad, który zostawił tam wcześniej.
Warknął przy jej skórze: „Moja.” Jego biodra przyspieszyły, wbijając się w nią z dzikością, od której podwijały jej się palce u stóp.
Nie mogła przestać krzyczeć jego imienia, raz za razem, zatracona w uczuciu, jak jest w niej, jak ją posiada.
Napierała biodrami na niego, odpowiadając na każde pchnięcie z równą żarliwością, ich ciała uderzały o siebie w rytmie, który znali tylko oni.
Gdy tempo wzrosło, plecy Myry oparły się o szorstką korę drzewa, która dawała oparcie, ale wciąż pozostawiała ją odsłoniętą i bezbronną.
Napierała na niego, rozpaczliwie pragnąc więcej, potrzebując, żeby ją wziął. Jej wnętrze zacisnęło się wokół niego, ściskając jego członek, a on wydał z siebie pierwotny ryk: „Kurwa!”
Jej piersi kołysały się przy każdym pchnięciu, sutki twarde pod cienką koszulką.
Pochylił się znowu, liżąc jeden z nich, nie przestając jej pieprzyć. Oczy wywróciły jej się w tył głowy, gdy rozkosz przeszywała jej ciało, a ona czuła, jak ją wypełnia.
Jej paznokcie przejechały po jego plecach, zostawiając za sobą czerwone ślady. „Jestem twoja, Sloan” wyszeptała.
Poruszali się coraz szybciej, coraz mocniej, z jękami rozkoszy; odgłos zderzających się ciał rozbrzmiewał w cichym nocnym powietrzu. Zapach wilgotnej ziemi, uporczywy i stęchły, mieszał się z ich ciężkimi oddechami i potem.
Myra czuła, że jest coraz bliżej, jej orgazm narastał z każdym ruchem. Krzyknęła jego imię jeszcze raz, gdy poczuła, jak pulsuje w jej wnętrzu, wypełniając ją swoim nasieniem.
Sloan opadł na nią, ciężki i ciepły. Jego klatka piersiowa unosiła się i opadała w rytm jej oddechu, gdy ich ciała się do siebie przywarły. Objęła go nogami w pasie, nie chcąc, by ta chwila się skończyła, i pozwoliła sobie odpłynąć w morzu błogości.
„Kocham cię” szepnęła w jego szyję, czując na ustach słony smak potu na jego skórze. „Zawsze kochałam, zawsze będę.”
Wdychał jej zapach, na razie spełniony. Chłód nocnego powietrza w ogóle im nie przeszkadzał, bo ich ciała wciąż były rozpalone i śliskie po tym, co właśnie robili.
„Alpha” Skye połączyła się z miłością wszystkich swoich żyć. „Powinniśmy naprawdę zaciągnąć tych głupków z powrotem do rezydencji.”
„Powinniśmy, ale spójrz, jak bardzo są w sobie zakochani.” Alpha uśmiechnął się szeroko.
„Wszystko jest słodkie, dopóki nie zaczną się gorączki i katar.”
Myra przytuliła się do Sloana, a jej powieki robiły się coraz cięższe. Powietrze zamarło.
Nagle rozległ się krzyk kobiety. Dźwięk dotarł do miejsca, gdzie leżeli, owinięci wokół siebie w ciepłym kocu.
Oczy Myry otworzyły się gwałtownie. „Co to było?” zapytała Sloana.
Twarz Sloana stała się czujna. „Domowa awantura? Ale powinniśmy wracać do domu, aniele.”
Myra wciągnęła znajomy zapach piżma i uśmiechnęła się z zadowoleniem. „Powinniśmy.”
Powrót do domu zajął im godzinę. Noc była już głęboka, gdy wreszcie weszli do łóżka.
Po kolejnej gorącej i namiętnej rundzie seksu Myra zwinęła się przy Sloanie, jej ciążowy brzuch lśnił w bladym blasku księżyca wpadającym do pokoju.
„Opowiedz mi bajkę na dobranoc.”
Sloan uśmiechnął się w jej włosy. „Dawno, dawno temu…”
Myra westchnęła sennie.
„Kocham naszą miłość” wymruczała, zasypiając, zanim Sloan zdążył rozpocząć opowieść.
Kilka minut później Sloan też zaczął przysypiać.
Wkrótce śnił, zawieszony w chwiejnej równowadze między lekkim snem a czuwaniem. We śnie szedł przez gęsty las. Myra była obok niego.
„Jesteś tutaj” powiedział do niej.
„Jestem” stwierdziła.
Księżyc wisiał nisko i był krwistoczerwony. Sloan krążył niespokojnie po wilgotnej ziemi, szukając czegoś, kogoś. Nie mógł sobie przypomnieć kogo ani dlaczego. Czuł jedynie naglącą potrzebę.
„Powinniśmy wracać do domu” powiedziała cicho Myra.
„Gdzie jest dom?” zapytał Sloan, zdezorientowany.
Nagle natknęli się na grób — świeżo wykopany i nieoznaczony. Dreszcz przeszywający mu kręgosłup sprawił, że zamarł w bezruchu.
„Pozwól mi przejąć kontrolę, Sloan.”
„To wydaje się niebezpieczne, Alpha.”
„Właśnie dlatego.”
Sloan ustąpił, a Alpha się pojawił.
W tym samym momencie zmaterializowała się Skye, przejmując Myrę.
Ktoś już na nich czekał.
„Alpha, moja miłości.” Szept był ledwo słyszalny, ale przepełniony cichą furią.
Stał jak wryty, a jego oczy rozszerzyły się, gdy stanęła przed nim.
Isadora. Same skóra i kości, włosy zwisające bezwładnie, oczy puste. Ale Alpha nigdy nie zapomniałby tej twarzy, zwłaszcza odkąd jego ojciec zmusił ją, by ujawniła swoją prawdziwą postać. To przez nią zdradził Skye.
Żółć podeszła mu do gardła, kwaśna i gorąca.
„Będziesz mój” powiedziała Isadora. „Nawet jeśli w śmierci. Nie pozwolę żadnemu z was żyć, Alpha.”
„Proszę cię” warknął Alpha. „Po tym, co zrobiłaś? Nigdy cię nie kochałem. Twój rodzaj i nasz nigdy nie mieli być przyjaciółmi.”
„Próbowałaś otruć moją partnerkę tylko dlatego, że zaślepiła cię obsesja” kontynuował, a jego oczy płonęły gniewem na wspomnienie tego, co zrobiła Isadora. „Oszukałaś mnie i uwiodłaś, przybierając jej postać.”
Isadora oblizała wargi. „Prawie cię miałam. Byłbyś mój, gdyby dowódca twojego ojca nie przyłapał nas, jak rżnęliśmy się jak króliki w twoim domu, Alpha. Powiedz mi… powiedz mi, że ci się to nie podobało.”
Alpha zacisnął pięści, powstrzymując się, żeby na nią nie rzucić. „Jedynym powodem, dla którego do tego doszło, było to, że przybrałaś postać Skye, Isadora. Zasługiwałaś na śmierć za to, co zrobiłaś.”
Przez cały ten czas Skye stała obok Alphy, nie odzywając się. Jej oczy były zaszklone.
„A więc” mruknęła Isadora. „Czy śmierć to to samo co pogrzebanie żywcem?”
„Isadora” szepnęła w końcu Skye. „Skrzywdzili cię, grzebiąc cię żywcem. Ale ty też popełniłaś błędy. Otrułaś mnie. Próbowałaś zabrać mi partnera.”
„Twój partner był najpierw mój, ty głupia samica!” warknęła ze złością Isadora.
„Mówisz jak kompletnie oderwana od rzeczywistości kobieta” zauważył Alpha.
„Pamiętasz, jak byliśmy dziećmi, Alpha?” mruknęła Isadora, unosząc ku niemu palce cienkie jak mgła. Na ich końcach zaczęła formować się kula czarnego, burzliwego światła. „Jak powiedziałeś mi, że chcesz się ze mną ożenić?”
„Co za bzdury, Isadora?” prychnął Alpha. „Serio wzięłaś sobie do serca słowa pięciolatka?”
„Te słowa będą twoją zgubą, tak samo jak to, co zrobił mi twój ojciec, ty draniu.”
„Nie możesz mnie skrzywdzić.”
„Ale mogę skrzywdzić ją” uśmiechnęła się z radością Isadora. „Tak jak wcześniej. I jeszcze raz, i jeszcze, w każdym wcieleniu. Zabiorę ją. Zabiorę twoje szczenięta. Zniszczę cię w każdym życiu, Alpha.”
Obudził się gwałtownie, z walącym sercem.
Myra obudziła się obok niego. Była zlana potem.
„Czy ty też?”
„Tak” wydyszała powoli. „Miałam ten sam sen.”
















































