
Łotry z Blackwood 1: Keane
Autorzy
Amber Kuhlman
Lektury
290K
Rozdziały
37
Rozdział 1
EVE
To koniec… umrę tutaj.
Gęsta, dziwna mgła sunęła po powierzchni wody. Powietrze było zimne i przenikliwe. Chłód nie chciał ustąpić. Zacisnęłam kurtkę mocniej wokół szyi i trzęsłam się z zimna. Zimno wgryzało się głęboko w kości. Przylgnęło do mnie i nie chciało odejść.
Woda uderzała o burtę łodzi. Dźwięk był ciężki i złowieszczy.
„O, to chyba tutaj” powiedziała siedząca obok mnie mama. Stanęła na palcach, gdy mały prom wpływał do portu. Syrena wydała głośny dźwięk.
Głośno zagrzmiało. Burza miała nadejść lada chwila. Zadrżałam ze strachu. Przycisnęłam do siebie jedyną torbę podróżną, którą pozwolono mi spakować.
W domu mój ojczym prawdopodobnie palił resztę moich rzeczy w beczce. Wszystko. Całe moje życie i wspomnienia, które dzieliliśmy.
Po moich plecach przebiegł dreszcz strachu. Cofnęłam się o krok. Wszystkie ukryte uczucia, które tłumiłam, zaczęły wypływać na powierzchnię.
Trzech dużych, silnych mężczyzn zeszło z pomostu na pokład. Zobaczyli nas i ruszyli w naszą stronę.
„Evelina Bloom?” zapytał największy z nich.
Mama skinęła głową. Wskazała na mnie.
„Chodź” zwrócił się do mnie drugi facet. „Czekają na ciebie”.
Odwróciłam się do mamy. Miałam nadzieję, że zobaczę na jej twarzy coś innego niż nienawiść. Ale była tam… nadal.
Od czasu Tego Incydentu patrzyła na mnie jak na śmiecia. Czasami jednak było jeszcze gorzej – jakby się mnie bała.
„Chcę wrócić do domu” powiedziałam. Nie patrzyłam na mężczyzn przed nami. „Wiesz, że nie muszę tam jechać. Ja… nie jestem dziwaczką i nie jestem chora. Nie należę do Akademii Blackwood”.
„Jack mówi, że to wspaniała szkoła” odparła mama z dumą. „Doskonały zamiennik za państwowy college”.
„To pozwól mi iść do prawdziwego college’u, mamo. To nie jest miejsce dla mnie. Jack się myli”.
„Dość gadania”. Jeden z mężczyzn wyciągnął rękę. Jego duża, szorstka dłoń zacisnęła się jak imadło wokół mojego ramienia. Szarpnęłam się, czując ból, ale nie puścił.
„Nie każ mi tam jechać” błagałam. Drugi facet chwycił moją torbę. „Przeproszę Jacka i Granta. Przepraszam, mamo. Tak bardzo przepraszam”.
Twarda mina na twarzy mamy tylko się pogorszyła. Spojrzała na mnie gniewnym wzrokiem.
„Może to miejsce nauczy cię nie kłamać tak często” powiedziała. „Może nauczy cię trochę szacunku”.
Łzy spłynęły mi po policzkach. Poddałam się. Zwiotczałam, gdy ten dupek ciągnął mnie w stronę lądu. Nie czułam się jak uczennica ani nawet pacjentka.
Czułam się jak więzień.
„Robisz mi krzywdę” oznajmiłam. Próbowałam wyrwać ramię z dłoni mężczyzny. Ścisnął mocniej i ściągnął mnie z łodzi.
Łódź zakołysała się na falach. Straciłam równowagę w momencie, gdy mężczyzna puścił moje ramię. Upadłam mocno na drewniany pomost z głośnym łoskotem. Zanim zdążyłam wstać, strażnik postawił mnie na nogi. Niemal ciągnął mnie wąską ścieżką przez las.
Nie oglądałam się na zimne spojrzenia wbite w moje plecy. Przekroczyłam próg akademii. Weszliśmy do pomieszczenia przypominającego hol. Strażnik wskazał mi krzesło, żebym usiadła, podczas gdy on poszedł porozmawiać z kobietą za biurkiem.
Próbowałam usłyszeć, o czym rozmawiają, ale nie mogłam. Kobieta spojrzała na mnie przez ramię strażnika. Skinęła mu głową, a potem wstała zza biurka.
„Evelina” powiedziała, a ja wyprostowałam się na krześle. „On na ciebie czeka”.
Nie wiedziałam, kim był ten On ani dlaczego na mnie czekał, ale zrobiłam, co kazała. Byłam zadowolona, że mogę się oddalić od wrednego uścisku tego dupka przede mną.
Weszłam przez drzwi. Od razu zobaczyłam mężczyznę siedzącego za dużym dębowym biurkiem. Uśmiechnął się ciepło, gdy tylko mnie zobaczył. Machnął ręką na puste krzesło naprzeciwko biurka.
„Evelina Bloom” zaczął. Wyciągnął rękę. „Nazywam się doktor John Carter”.
„Cześć” przywitałam się niezręcznie. Z jednej strony pokoju stało duże akwarium jarzące się jaskrawymi kolorami. Ściany były wypełnione certyfikatami i nagrodami.
Było profesjonalnie, ale też przytulnie. To musiał być dyrektor.
„Pan tu rządzi?” zapytałam, a John się roześmiał.
„Tak i nie. Wszyscy tu razem rządzimy. Nikt z nas nie mógłby tego zrobić sam”.
Spojrzałam na jedną z kolorowych rybek w akwarium. Moje oczy śledziły jej ruchy tam i z powrotem przed szybą.
„Evelina” powiedział John. Złożył ręce i wyprostował się. „Dlaczego twoim zdaniem tu jesteś?”
„W tej szkole dla dziwadeł?” zapytałam.
Po chwili skinął głową raz.
„Z braku lepszego słowa, tak”.
„Jestem tutaj, bo mój ojczym mnie nienawidzi” powiedziałam wprost. „I wytrenował moją mamę, żeby robiła to samo”.
„Co sprawia, że tak myślisz?”
Wzruszyłam ramionami. Spojrzałam w dół na swoje ręce na kolanach. Nerwowo skubałam skórki wokół paznokci.
„Myślę, że pan wie dlaczego”. Skinęłam głową w stronę teczki spoczywającej w jego rękach na biurku.
„Rozumiem”. John nie wydawał się zły ani nawet zirytowany. Wydawał się, jak już, rozbawiony.
„Wiem”powiedziałam. „Wszyscy tutaj myślą, że to nie jest miejsce dla nich, prawda? Pewnie słyszy pan to sto razy dziennie. Czy wyglądam na szaloną?”
„Nikt nie powiedział, że jesteś szalona”. Wydał cichy dźwięk, przeglądając teczkę. Potem szybko ją zamknął i spojrzał na mnie. „Przydzieliliśmy ci pokój ze współlokatorką. Zajęcia zaczynają się wcześnie rano, o siódmej co do minuty. Nie spóźnij się”.
„A co z moimi ubraniami i rzeczami?” zapytałam.
„Twój bagaż zostanie dostarczony do pokoju. Poza tym wszystko, czego potrzebujesz, zostanie ci zapewnione. Śniadanie jest o szóstej, lunch o dwunastej, a kolacja o siódmej”.
„Kiedy mogę zadzwonić do mamy?” zapytałam. Tylko częściowo słuchałam jego instrukcji.
John wypuścił powietrze. Zdjął okulary z nosa. Ucisnął nos, po czym się uśmiechnął.
„Nasi uczniowie muszą być tutaj przez tydzień, zanim pozwolimy na rozmowy telefoniczne”.
„Tydzień? Nie mogę czekać całego tygodnia. Musi poznać prawdę. Nie pasuję tutaj. Muszę się stąd wydostać”.
„Gdybyś tu nie pasowała, Evelina, to by cię tutaj nie było” powiedział John. Po raz pierwszy od naszej małej pogawędki chciałam przywalić mu w nos.
„Chcę być nazywana Eve” powiedziałam sztywno. „Tylko rodzice nazywają mnie Eveliną”.
„W porządku, Eve. Masz jeszcze jakieś pytania?”
Skrzywiłam się.
Uśmiech Johna tylko się poszerzył. „Bardzo dobrze”. Wstał i obszedł biurko, żeby otworzyć drzwi. Wychylił głowę na korytarz. „Kasey”, zwrócił się do kogoś „skończyliśmy. Zaprowadzisz ją do waszego pokoju?”
Chwilę później w drzwiach pojawiła się nowa twarz. Była to kobieta mniej więcej w moim wieku, o głęboko brązowej skórze, kasztanowych włosach i oczach tak intensywnych, że niemal poruszyłam się na krześle.
„Jestem Kasey”. Uniosła obie ręce, żeby poprawić niedbały kok na czubku głowy. „No to chodź”. Ruszyła korytarzem. Nie miałam wyboru, jak tylko za nią podążyć.
„Więc”, mówiła dalej, kiedy włożyła kciuk do ust, żeby obgryźć paznokieć. „Za co tu siedzisz?”
Roześmiałam się. „Za co? Nie popełniłam morderstwa ani nic takiego”.
„Co zrobiłaś?”
„Powiedziałam rodzicom coś, w co nie uwierzyli. Myślą, że kłamię i widzę rzeczy, które nie są prawdziwe”.
„To wszystko?” zapytała Kasey. „Skłamałaś na jakiś temat?”
„Tak. To znaczy, nie. Nie kłamałam. Po prostu myślą, że kłamię”.
„A ty myślisz, że kłamiesz?” zapytała.
„Nie… nie jestem chora jak reszta z was”, odpowiedziałam, a Kasey się skrzywiła.
„Ja też nie jestem chora. To, że mamy tu kilka osób z problemami, nie znaczy, że jesteśmy chorzy. Jesteśmy po prostu normalnymi ludźmi…”
„Którzy nie potrafią funkcjonować w społeczeństwie”, dokończyłam. „Rozumiem”.
„Zachowujesz się jak suka”, oznajmiła. To mnie zaskoczyło. Zatrzymała się i odwróciła się do mnie.
„Przepraszam. Nie miałam tego na myśli. Po prostu chcę powiedzieć…” Urwałam. Nie byłam pewna, jak to ująć, żeby jej nie zdenerwować. „Nie mam żadnego zaburzenia. Oskarżyłam kogoś o coś, a mój ojczym to zatuszował. Zorientują się, że nie jestem szalona w ciągu pierwszych kilku dni. Wtedy będę mogła wrócić do domu”.
Kasey roześmiała się, jakbym właśnie opowiedziała jej kiepski żart. „Mów sobie cokolwiek pomaga ci się lepiej czuć. W każdym razie, to nasz pokój”.
Gdy sięgała do klamki, żeby otworzyć drzwi, ktoś nagle pojawił się za mną. Jego oddech był gorący na mojej szyi. Cofnęłam się. Skuliłam się jak przestraszone zwierzę, gdy mężczyzna dotknął mojego ramienia.
„Cześć, dziewczyno-aniele”, powiedział cichym głosem. Musnął wargami moje ucho w seksowny sposób.
Zamarłam w miejscu. Byłam zbyt przerażona, żeby się ruszyć czy nawet oddychać. Nawet Kasey zdawała się wstrzymywać oddech.
„Kim jest twoja przyjaciółka, Kasey?” zapytał mężczyzna. Cofnął się o krok, żeby zlustrować moje ciało wzrokiem.
Poruszyłam się pod jego spojrzeniem. Byłam przerażona, ale ten dupek przede mną też głupio mnie pociągał. Był wysoki i umięśniony, z zaczesanymi do tyłu brązowymi włosami, zarostem i spojrzeniem tak intensywnym, że chciałam upaść na kolana i błagać go o litość.
„Mam na imię Evelina”, powiedziałam spokojnie. „Eve”.
Oczy mężczyzny zwęziły się na moment. Uśmiech pojawił się na jego ustach. „Evelina”, powtórzył gładkim głosem. Wypowiedział moje imię, jakby je smakował. „Nazywam się Keane Hearne. Moi bracia i ja prowadzimy tę szkołę”.
Spojrzałam na Kasey, mając nadzieję na wyjaśnienie. Wciąż jednak stała jak wryta.
„Jesteśmy tu szefami”, powiedział. „Ale nie martw się, szybko się o tym przekonasz”.
Poczułam się nieswojo. Cofnęłam się o krok. Zwiększyłam dystans między nami.
„K-Keane”, powiedziała Kasey. „Carter chciał, żebym ją oprowadziła”.
„Jasne”, powiedział Keane przyduszonym głosem. Uśmiechnął się do mnie.
Gdy staliśmy naprzeciwko siebie, sięgnął do kieszeni po papierosa. Włożył go między wargi. Potem wyciągnął zapalniczkę i zapalił. Głęboko się zaciągnął i wydmuchnął dym w moją twarz.
„Panie Hearne!” powiedziała do niego gniewnie jedna z pracownic z końca korytarza. „Zna pan zasady”.
Keane odwrócił się ode mnie, żeby spojrzeć na kobietę. „Proszę się nie martwić, pani Tucker. Nie powiem, jeśli pani nie powie”.
Byłam zszokowana, gdy kobieta prychnęła. Odwróciła się i odeszła, nie oglądając się na niego.
Oczy Keane’a znów skupiły się na mnie. „Do zobaczenia, ślicznotko”, powiedział z mrugnięciem. Potem minął mnie i zniknął za rogiem.
„Co to, kurwa, było?” zapytałam Kasey. „A raczej, kto to, kurwa, był?”
Kasey otworzyła drzwi do naszego pokoju i wepchnęła mnie do środka. Z pewnością nie było tu nic wymyślnego. Dwa pojedyncze łóżka przy ścianie, duża szafa do wspólnego użytku i mała, ciasna łazienka wewnątrz pokoju.
„To twoje łóżko”.
Podeszłam do tego, na które wskazywała, i usiadłam. Zobaczyłam moją jedyną walizkę na podłodze przy końcu łóżka. Było tu brudno i wszystko wydawało się obdrapane, jakby miejsce nie było remontowane od dziewiętnastego wieku.
„Opowiedz mi o tym dupku na korytarzu. Co z nim?”
„Cóż…” Kasey urwała na moment. Zdawała się szukać odpowiednich słów. „Keane kręci się z dwoma innymi facetami, Beau i Teague. Są najlepszymi przyjaciółmi, bliskimi jak bracia”.
„Wszyscy są tak gorący jak on?”
„Są gorący”, zgodziła się, „ale są niebezpieczni. Są sławni w tym miejscu, bo zjednoczyli się i egzekwują zasady. Więc w zasadzie wszystko im uchodzi”.
„Nawet morderstwo?” zażartowałam, ale Kasey się nie roześmiała.
„Coś w tym stylu”, powiedziała z westchnieniem. Przygryzła wargę. „Niektórzy mówią, że chcą tu być, tylko po to, żeby rządzić szkołą. Tak naprawdę tylko dręczą ludzi i pieprzą dziewczyny”.
„Pieprzą dziewczyny? W sensie… gwałcą je?”
„Nie, myślę, że to wszystko odbywa się za zgodą”. Kasey wzruszyła ramionami. „To zaszczyt być wybraną na dziwkę miesiąca Łotrów Blackwood”.
„Łotrów Blackwood?”
„Tak się nazywają”.
„Dziwka miesiąca?”
„Każda dziewczyna, na której się skupią, staje się ich”. Kasey ściszyła głos. „Nikt nigdy nie odmówił ich prośbie. Jeśli w ogóle można to tak nazwać”.
„Co masz na myśli?”
„Nie gwałcą dziewczyn”, powiedziała. „Ale nie lubią też przyjmować odmowy”.
„Brzmią jak banda kutasów”, powiedziałam cicho.
„Nigdy nie mów tego na głos”, ostrzegła. „Mogliby cię za to skrzywdzić”.
Wypuściłam powietrze i pokręciłam głową. Odchyliłam się na łóżku. Nie miało znaczenia, jak grzesznie seksowny był na zewnątrz.
Nie zamierzałam dać się nabrać takiemu dupkowi.
„Nie martw się o mnie. Potrafię o siebie zadbać”.








































