
Odrzucona i przy nadziei Książka 2
Autorzy
Lektury
202K
Rozdziały
19
Rozdział 1
HANNAH
Wsuwam noże za cholewki wysokich, czarnych oficerek, które Isabelle kazała mi założyć, twierdząc, że pierwszego dnia w liceum muszę wyglądać jak normalna osoba.
Wzdycham na myśl o wyjściu, z góry się tego bojąc. Zawsze byłam raczej wyrzutkiem; w dzieciństwie, zanim zmarli moi rodzice, miałam tylko jednego przyjaciela.
Nie pozwalali mi na zbyt wiele, zawsze powtarzając, że muszą mnie ukrywać. Przed czym, nie mam pojęcia.
Isabelle wparowała do mojego pokoju około godzinę temu, wyganiając mnie z łóżka i zaganiając pod prysznic. Oczywiście kilka razy jej pogroziłam, zanim faktycznie to zrobiłam.
Potem kazała mi założyć ciemne, obcisłe dżinsy, te buty i czarną marynarkę. Przynajmniej pozwoliła mi dzisiaj ubrać się na czarno.
Wyciągam pistolet z torby pełnej broni, po czym zasuwam ją z powrotem i wsuwam pod łóżko.
Wsuwam pistolet do ukrytej kieszeni w plecaku, który Estiel zostawił mi w pokoju razem z innymi przyborami szkolnymi.
Nie żebym zbytnio przejmowała się zaliczeniem przedmiotów; mam już dyplom. Bycie w akademii ma swoje zalety.
Zarzucam plecak na ramię, po drodze zamykam drzwi od sypialni na klucz i schodzę na dół. Kai i Isabelle siedzą przy blacie w kuchni, jedząc śniadanie, ale nigdzie nie widać Garretta.
„Zrobiliśmy śniadanie też dla ciebie. Jest w mikrofalówce”, mówi Isabelle, posyłając mi oszałamiający uśmiech. Jej włosy są spięte w prosty kucyk, a zwiewna, biała sukienka spływa po jej idealnym ciele.
Mruczę coś w odpowiedzi, po czym rzucam plecak obok drzwi do garażu i wyciągam jedzenie z mikrofalówki. Odwracam się, idę do gabinetu i siadam przy biurku, przeglądając mapę terytorium.
Samo terytorium jest ogromne, co wynika z połączenia się dwóch watah wiele lat temu. Dom stada znajduje się w samym środku, z dala od miasta i głęboko w lesie.
Dookoła niego stoją domy członków stada, a około trzy mile dalej znajduje się dom Alfy i Luny. Zastanawiam się, dlaczego postanowili tam zamieszkać; przywódcy zawsze mieszkają w domu stada na wypadek, gdyby coś się stało.
Nasz dom leży na samym skraju granicy, na ziemiach watahy, ale z racji tego, że jesteśmy ludźmi, nie mogą nas tknąć.
Po zjedzeniu śniadania wstaję i wracam do kuchni, by wyciągnąć z lodówki butelkę wody. Kai i Isabelle kłócą się o to, kto będzie prowadził.
Podnoszę plecak i zabieram kluczyki z blatu, po czym wychodzę przez drzwi do garażu. Zauważam, że nie ma samochodu Garretta; zapewne już szuka pracy jako sposobu na wtopienie się w otoczenie.
Wsiadam do mojego samochodu, kładę plecak obok siebie i otwieram bramę garażową, po czym wyjeżdżam tyłem. Kai przebiega przede mną do ich szarego Passata i wskakuje na miejsce kierowcy, a Isabelle wściekle tupie w jego stronę.
Droga do liceum jest szybka i prosta; szkoła leży tuż przy granicy małego miasteczka. Wjeżdżamy na parking i widzę, że to typowe liceum. Wszędzie wokół przed lekcjami kręcą się nastolatkowie, śmiejąc się i dobrze bawiąc.
Ogarnia mnie ukłucie smutku na myśl, że nigdy nie będę miała normalnego życia, tak jak oni, ale szybko odpycham to uczucie. Dawno temu zrezygnowałam z tego marzenia, kiedy zgodziłam się być tym, kim jestem.
Kiedy parkuję samochód, widzę, że wszyscy zaczynają się gapić na widok nieznanego auta. Gdy łapię za plecak, Kai i Isabelle parkują obok mnie, kiwając głowami do rytmu piosenki, której akurat słuchają.
Wysiadam z samochodu i rozglądam się wokół. Wszystkie oczy są teraz zwrócone na mnie.
Odgarniam z twarzy moje długie, sięgające do połowy pleców ciemnobrązowe włosy, opadające na ramiona w luźnych falach, zirytowana, że Isabelle nie pozwoliła mi zapleść ich w mój zwykły francuski warkocz.
Kai i Isabelle dołączają do mnie z tyłu samochodu, po czym wszyscy razem ruszamy w stronę głównych drzwi.
Kai uśmiecha się do dziewczyn, gdy obok nich przechodzimy, a im, jak zwykle, na jego widok miękną nogi. Prycham pod nosem i dumnie unoszę głowę.
Z drugiej strony Isabelle wprost uwielbia być w centrum uwagi, uśmiechając się zalotnie do chłopaków.
Idąc, zauważam, że ludzie gapią się prosto na mnie; jeden z nich szczególnie przykuwa moją uwagę, ale zanim się odwraca i odchodzi, dostrzegam tylko dwoje pięknych, morskich oczu.
Kręcę głową, próbując zapomnieć o tym przenikliwym spojrzeniu, ale obraz nie chce zniknąć z mojej głowy.
Wchodząc do budynku, zauważamy sekretariat tuż z boku i wchodzimy do środka.
„Dzień dobry. Jesteśmy nowymi uczniami”, mówię, gdy starsza pani za biurkiem podnosi wzrok i poprawia okulary na nosie. Błyszcząca, złota tabliczka z nazwiskiem na krawędzi biurka głosi: „Pani Switz”.
„Ach, tak, rodzina Johnsonów. Ty pewnie jesteś Katerina?”, pyta, patrząc na mnie. Kiwam głową.
„A wy dwoje to Emma i Kent?” Isabelle i Kai również przytakują.
Estiel kazał nam udawać krewnych, twierdząc, że nasi rodzice zmarli, a opiekę nad nami przejął Garrett.
Wręczając nam plany lekcji i mapę szkoły, pani Switz żegna się i życzy nam powodzenia, a my wychodzimy z gabinetu.
„Do zobaczenia później. Ponieważ jestem o rok młodsza, utknęłam na zajęciach dla młodszych”, mówi Isabelle, po czym odchodzi, a chłopaki wciąż wodzą za nią wzrokiem.
Spoglądam na swój plan lekcji, wzdychając, gdy zdaję sobie sprawę, że będę musiała chodzić na przedmioty, które już opanowałam: angielski, matematyka, biologia, przerwa obiadowa, wiedza o społeczeństwie, a na koniec wf. Przynajmniej wf będzie łatwy.
„Hej, mamy razem wf! Do zobaczenia na miejscu, frajerko”, rzuca Kai z uśmieszkiem i odchodzi. Warknięcie wyrywa się z moich ust na myśl o tym, jak bardzo jest irytujący, i choć kilka osób spogląda na mnie dziwnie, po prostu to ignoruję.
Wrzucam do swojej szafki rzeczy, których nie będę potrzebować, po czym ją zamykam. Nawet nie wzdrygam się na widok dziewczyny stojącej za drzwiczkami i patrzącej na mnie z wrogością.
„Kim jesteś?”, pyta prosto z mostu, a jej duże, jasnobrązowe oczy mrużą się, najwyraźniej próbując mnie rozszyfrować. Jej krótkie, jasnobrązowe, niemal blond włosy kręcą się wokół delikatnej, drobnej twarzy, a sama jest nieco niższa ode mnie.
Przyklejam do twarzy sztuczny uśmiech, próbując zachować pozory, i wyciągam do niej rękę.
„Katerina. Właśnie się tu wprowadziłam”.
Dziewczyna przez chwilę patrzy na moją dłoń, po czym na jej twarzy wykwita uśmiech i radośnie ją ściska.
„Cześć, Katerina! Mam na imię Jennifer, ale możesz mi mówić Jenny!”, mówi z wielkim entuzjazmem, po czym spogląda na moją drugą rękę i zauważa plan lekcji.
„Och! Daj zobaczyć, czy mamy razem jakieś lekcje!”. Wyrywa mi kartkę z dłoni, zanim w ogóle zdążę cokolwiek odpowiedzieć, a ja powstrzymuję ochotę, by ją uderzyć.
Nie zrozumcie mnie źle, Jenny jest świetna i pewnie łatwo bym się z nią dogadała, gdybym nie była taka aspołeczna. Całe życie dorastałam w otoczeniu wielu ludzi, ale zawsze potrafiłam trzymać się na uboczu. Gdybym była normalną osiemnastolatką, pewnie uznałabym ją za świetną przyjaciółkę, ale nie jestem – jestem zabójcą, zabójcą jej rasy: wilkołaków.
Wiedziałam, kim ona jest, w chwili, gdy tylko się obok mnie pojawiła.
Jeden z alfów musiał ją wysłać, żeby mnie sprawdziła, i założę się, że inni przechodzą teraz z resztą naszej grupy przez to samo.
„Wygląda na to, że mamy dokładnie ten sam plan lekcji! Już wiem, że będziemy wspaniałymi przyjaciółkami, po prostu to wiem!”, mówi, biorąc mnie pod ramię.
Moje ciało lekko sztywnieje przy kontakcie z inną osobą, ale szybko się rozluźniam, zanim zdąży to zauważyć, i przyklejam do twarzy sztuczny uśmiech, gdy ruszamy korytarzem na naszą pierwszą lekcję.
Pierwsza połowa dnia mija całkiem szybko; Kai i Isabelle na bieżąco piszą mi o wszystkim, czego się dowiedzieli, oczywiście używając naszej bezpiecznej linii, której nikt nie potrafi zhakować.
Garrett również pisze mi, że znalazł pracę jako mechanik w mieście oraz że zeszłej nocy sprawdził granice i nigdzie nie natrafił na żadne niechciane istoty nadprzyrodzone.
W porze lunchu wchodzimy z Jenny na stołówkę, w której pełno jest ludzi, rozmawiających i śmiejących się nad jedzeniem.
Prowadzi mnie do kolejki po posiłek, a ja krzywię się na widok obrzydliwego jedzenia, obiecując sobie w myślach, że zacznę pakować własne lunche. Może i jestem tu z ważną misją, ale nie zamierzam się zabijać takim żarciem.
Biorę sałatkę – dzięki niebiosom, że jest ze sklepu, a nie robiona na miejscu.
Jenny prowadzi mnie do stolika pełnego ludzi; wygląda na to, że siedzi tu wyżej postawiona część stada. Wśród nich widzę Kaia i Isabelle, którzy podnoszą wzrok i uśmiechają się do mnie.
Siadam pomiędzy Jenny a Kaiem, po czym podnoszę wzrok i napotykam najpiękniejsze morskie oczy, jakie kiedykolwiek widziałam.
„Hej wszystkim, to jest Katerina, która właśnie się tu wprowadziła ze swoimi krewnymi”, mówi Jenny, wskazując na Kaia i Isabelle – ich już oczywiście zdążyli poznać.
„Katerina, to są Joe i Abby”, mówi, wskazując na parę trzymającą się za ręce. Chłopak jest wysoki i dobrze zbudowany, ma blond włosy i brązowe oczy; z kolei dziewczyna jest niska i szczupła, ma ciemnoblond włosy i jasnoniebieskie oczy – to z pewnością partnerzy.
„A to John i Jason, bliźniacy”.
Bracia są wręcz identyczni, chociaż jeden z nich ma bladą, aczkolwiek zauważalną bliznę biegnącą z boku twarzy. Kudłate brązowe włosy, zielone oczy, wysocy, umięśnieni – na pierwszy rzut oka widać, że to wilkołaki.
„A to jest Mary”. Wysoka blondynka z niebieskimi oczami obrzuca mnie pogardliwym spojrzeniem, nie siląc się nawet na cień uśmiechu.
Gdyby nie moja fałszywa tożsamość, zmyłabym ten drwiący uśmieszek z jej twarzy. Gardzę brakiem szacunku, zwłaszcza ze strony istot nadprzyrodzonych.
„A to jest Luke”, mówi, wskazując wprost na te przenikliwe oczy, które wydają się patrzeć w sam środek mojej duszy.
Patrząc na niego, czuję, jakby coś mnie do niego przyciągało, jakbym o czymś powinna wiedzieć, ale odpycham to od siebie.
Jest wysoki i bardzo wysportowany, oczywiście sam jest wilkołakiem, ale sądząc po tym, jak się trzyma, zajmuje wyższą pozycję w hierarchii; po prostu emanuje z niego potęga.
Zdecydowanie nie jest synem alfy – Alfa i Luna mają dwoje młodszych dzieci, a Beta ma tylko córkę.
Brązowe włosy Luke’a są dość krótkie, lecz na tyle długie, by kilka kosmyków opadało mu na czoło. Jako pierwszy wyciąga do mnie rękę; pozostali po prostu się uśmiechnęli lub pomachali.
Z wahaniem ją przyjmuję, posyłając mu uśmiech, lecz gdy nasze dłonie się stykają, on szybko cofa rękę, jakby się poparzył.
Posyłam mu zdezorientowane spojrzenie, gdy bez słowa wstaje i szybko odchodzi, a na mojej twarzy pojawia się grymas, gdy wpatruję się w jego oddalające się plecy znikające za drzwiami stołówki.
Bliźniacy posyłają mi przepraszający uśmiech, po czym ruszają w jego ślady.
„Przepraszam, nie wiem, co w niego wstąpiło, chociaż miewa czasem takie chwile. Jestem pewna, że później wszystko wyjaśni”, mówi Jenny ze zdezorientowaną miną.
Reszta lunchu mija gładko; podtrzymuję rozmowę, jednocześnie obserwując stołówkę w poszukiwaniu kogoś podejrzanego.
Szczególnie jeden chłopak, ubrany cały na czarno, z twarzą zasłoniętą długimi, ciemnymi włosami, przyciąga moją uwagę. Isabelle mówiła, że jest w jej wieku i wprowadził się zaledwie tydzień temu – z nikim nie rozmawia i często zrywa się z zajęć.
Zamierzam śledzić go po szkole, podczas gdy Kai i Isabelle wrócą do domu jak gdyby nigdy nic.
Wymykam się z zajęć dwadzieścia minut przed czasem i wychodzę z budynku niezauważona, po czym kieruję się do samochodu, zupełnie nie spodziewając się tego, kogo tam zastanę.
Luke opiera się o moje auto z opuszczoną głową, wyraźnie nad czymś zamyślony.
Podchodzę do niego cichutko, upewniając się, czy niczego nie trzyma, i kiedy stwierdzam, że jest bezpiecznie, odzywam się.
„Luke, co ty tutaj robisz?”.
Chłopak gwałtownie podrywa głowę, a na jego twarzy maluje się szok.
„Jak to zrobiłaś?”, pyta z niedowierzaniem wypisanym na twarzy, na co posyłam mu zdezorientowane spojrzenie.
„W sensie to, że podkradłaś się do mnie bezszelestnie; nikt nie jest w stanie tego zrobić”.
Po prostu wzruszam ramionami.
„Może robię to nieświadomie? Nie miałam zamiaru cię wystraszyć”, mówię, zachowując bezpieczny dystans. Przebywanie w jego pobliżu jest niesamowicie dziwne – czuję, jakby coś mnie do niego przyciągało, lecz z drugiej strony coś to blokuje.
„Och. Właściwie przyszedłem przeprosić, nie chciałem tak się wcześniej zachować. J-ja po prostu nie czułem się zbyt dobrze”, mówi, usilnie szukając słów. Kłamstwo.
„Nic nie szkodzi, rozumiem”, odpowiadam, a przez moją twarz przemyka uśmiech, jednak nie całkowicie wymuszony; to tak, jakby jego obecność napawała mnie radością.
„Wybierałaś się do domu?”, pyta. Jego głos wywołuje reakcję w moim ciele; mogłabym go słuchać cały dzień i nigdy by mi się to nie znudziło. Ten głęboki baryton…
Wyrwana z zamyślenia jego narastającym zniecierpliwieniem z powodu braku mojej odpowiedzi, szybko kiwam głową.
„Tak, na wf-ie nic ciekawego się nie działo, więc pomyślałam, że wrócę po prostu wcześniej do domu”.
„Och. W takim razie do zobaczenia, Katerino”, rzuca, a we mnie uderza smutek na myśl, że nie zna nawet mojego prawdziwego imienia.
Co? O czym ja w ogóle myślę? On jest wilkołakiem! Jestem tutaj, żeby wybić jego rasę. Ogarnij się, Hannah!
Odwzajemniam pożegnanie i patrzę, jak idzie w kierunku eleganckiego, czarnego Mustanga.
Wsiadam do samochodu, zanim przyłapie mnie na gapieniu się, i przebieram w strój zabójcy – dzięki niebiosom za mocno przyciemniane szyby w aucie.
Zakładam czarne bojówki, obcisłą czarną koszulkę Under Armour i kaburę, przekładam noże do wojskowych butów i chwytam za kominiarkę, która zakrywa wszystko poza moimi oczami.
Zarzucając na siebie obcisłą kurtkę, naciągam kaptur i czekam na dzwonek, aby móc ruszyć za nowym chłopakiem w czerni.
Po paru minutach dzwoni dzwonek i uczniowie wylewają się ze szkoły; jeden w szczególności, zgarbiony przemyka wzdłuż ściany budynku, zanim puszcza się biegiem w dół drogi.
Szybko cofam i wyjeżdżam z parkingu, ruszając za jego oddalającą się sylwetką. Porusza się zdecydowanie zbyt szybko jak na człowieka, a gdy widzę, że wbiega do lasu, szybko parkuję – jesteśmy jakieś dwie mile od szkoły.
Wysyłam Kaiowi i Isabelle wiadomość, gdzie jestem, i wkładam do ucha słuchawkę, po czym rozglądam się wokół; żywej duszy.
Dorastając, zorientowałam się, że jestem naturalnie znacznie silniejsza i szybsza od innych, co prawdopodobnie utrzymało mnie do tej pory przy życiu.
Wychodzę z auta, zamykając je za sobą, po czym pędem pokonuję ulicę i kryję się w gęstym lesie.
Znajduję najbliższe drzewo i sprawnie się po nim wspinam. Jedną z pierwszych umiejętności w akademii jest skakanie po drzewach, co pewnie brzmi idiotycznie, ale bycie w koronach rzuca się w oczy o wiele mniej niż stąpanie po ziemi.
Po zaledwie kilku minutach odnajduję dzieciaka, rozmawiającego przyciszonym głosem ze znacznie od siebie starszym facetem. Mężczyzna z całą pewnością jest wampirem, ale to nie ten fakt przykuwa moją uwagę; robią to jego oczy.
Są złote. Dokładnie to, czego szuka Garrett.
Próbuję wsłuchać się w ich rozmowę, z racji tego, że mój słuch od zawsze był lepszy niż u przeciętnego człowieka, ale wyłapuję tylko pojedyncze fragmenty, po czym obaj kiwają głowami, a złotooki wampir znika, korzystając ze swej prędkości.
Zanim nastolatek zdąży zrobić to samo, zeskakuję na ziemię. Chłopak jest zaskoczony moją obecnością – najwyraźniej niedawno go przemienili i jeszcze nie ma pojęcia o używaniu zmysłów.
Kiedy szczerząc kły, robi ruch w moją stronę, wyciągam drewniany kołek spod poły płaszcza i wbijam mu w brzuch, zanim zdąży zrobić cokolwiek innego.
Osuwa się na kolana, łapiąc się za kołek, ale zanim udaje mu się go wyszarpnąć, wyciągam z kabury broń załadowaną drewnianymi kulami.
„Rusz się, a pociągnę za spust, a wierz mi, bardzo byś tego nie chciał”, mówię z cwaniackim uśmiechem na twarzy, oczywiście niewidocznym przez moją maskę.
„Czego ode mnie chcesz? Nic nie wiem, niedawno mnie przemieniono, bez żadnego wyboru!”, rzuca błagalnie.
„Z kim przed chwilą rozmawiałeś?”, powarkuję, a dźwięk odbija się echem w moim gardle. Zaskakuję samą siebie, bo moje warknięcia brzmią coraz bardziej realistycznie; muszę przestać to robić.
„Z facetem, który mnie przemienił; codziennie po szkole każe mi się tutaj ze sobą spotykać, żeby dowiedzieć się, co się dzieje w szkole. Przysięgam, nie powiem mu o tobie!”, mówi przez łzy.
„Jesteś żałosny. Nie wiesz, że wampira się nie zdradza? Jesteś w jego oczach trupem, gdy tylko się dowie, co zrobiłeś. Z drugiej jednak strony... Nie mogę dopuścić, by wiedział, że tu jestem, prawda?”.
Wyrywam kołek z jego brzucha i z impetem wbijam go prosto w jego serce, a jego ciało powoli blednie i opada bezwładnie na ziemię.
Muszą starać się jak najszybciej zwiększyć liczebność swoich szeregów, skoro wykazują się taką bezmyślnością z żałosnymi nastolatkami jak ten tu.

















































