
Uprowadzona Spin-off: Thorne Alfy
Autorzy
Lektury
305K
Rozdziały
33
Rozdział 1
Artemis Thorne
Szłam szybko korytarzami pełnymi pustych cel, jakby coś mnie do nich przyciągało. Pchało mnie naprzód jakieś głęboko skryte pragnienie, choć jednocześnie walczyłam z niepokojącym gniewem i naglącą potrzebą pośpiechu, która ogarniała moje ciało.
Ścisk w żołądku był mi zarazem znajomy, jak i obcy, gdy wreszcie zatrzymałam się gwałtownie na końcu długiego korytarza. Po mojej prawej stronie znajdowało się duże pomieszczenie. W środku, twarzą do ściany, leżał mężczyzna z wyciągniętymi, muskularnymi ramionami, jakby był wyczerpany długą walką, a może niedawną przemianą z wilka. Jego ubranie było podarte, obnażając tors.
Chciałam wyłamać kraty i wejść do celi, by go dotknąć, a może z nim walczyć, ale on wciąż był odwrócony do mnie plecami. Zawołałam go, lecz nie odpowiedział.
„Spójrz na mnie!” – zażądałam raz jeszcze, wściekając się, że najwyraźniej mnie ignoruje.
W końcu zdołał się podnieść, odwracając twarz w moją stronę. Niewielka ilość światła słonecznego, wpadającego przez małe okienko w celi, połyskiwała na jego ciemnych, jedwabistych włosach. Mimo tego upiornego miejsca, wyglądał wręcz anielsko.
Jego szafirowe spojrzenie spotkało się z moim. Moje serce urosło, a potem eksplodowało w piersi. W głębi duszy wiedziałam, kim on był.
Mój mate.
***
Obudziłam się z jękiem po tym, jak wyśniłam to wszystko w moim namiocie, w obozie wojskowym. Choć ledwo miałam czas, by zastanawiać się nad snem, z którego właśnie się wybudziłam, czy nad mężczyzną, którego widziałam w celi, moje myśli wciąż do nich uciekały.
Dawno temu wmówiłam sobie, że nigdy nie znajdę swojego mate — a może po prostu urodziłam się bez niego. We śnie poczułam taki wir emocji, że na jawie nie miały one dla mnie większego sensu.
Czułam złość, a jednak byłam też mocno zaniepokojona. Czy tak właśnie wyglądało posiadanie mate? Ponownie poczułam znajomy ścisk i skupiłam się na tym, by spróbować powrócić do rzeczywistości — nie było czasu o tym myśleć, a poza tym i tak nie miało to sensu.
Słońce jeszcze nie wzeszło, a ja musiałam obudzić się jako pierwsza. Ostatnie nocne świerszcze cykały, a ja pozwoliłam, by zapach porannej rosy na chwilę mnie uspokoił. Wzięłam głęboki oddech.
Usiadłam na łóżku i przeciągnęłam się. Dzisiaj miała się odbyć decydująca bitwa w tej niekończącej się wojnie, a ja nadal byłam zdeterminowana, by zaprowadzić pokój.
Dekady temu stworzono plan, który miał raz na zawsze zakończyć trwający od stuleci rozlew krwi i zjednoczyć wszystkie watahy pod moim Royal Pack.
Ale niektórzy odmówili dołączenia, nadal walcząc o dominację i buntując się przeciwko moim rządom.
Morderczy Alpha Slade z Borderlands Pack uznał, że bunt przeciwko mnie, Alfie Artemis Thorne z Royal Pack, i wszystkim naszym sojusznikom, będzie lepszym pomysłem niż zjednoczenie w imię pokoju. Nie było to jednak żadnym zaskoczeniem — zawsze miał pełno idiotycznych pomysłów.
Nieustępliwi członkowie Borderlands zawsze odmawiali mi moich praw, a Alpha Slade Brute z pewnością spróbuje podważyć każdą cholerną rzecz, którą zrobiłam. To jednak oznaczało, że będę musiała zmusić go i jego watahę do posłuszeństwa; tak więc oto tu byliśmy, przygotowując się do szturmu na ich stolicę.
Byłam gotowa na pokój, tak jak my wszyscy. Nie zamierzałam pozwolić, by jakiś podrzędny wilk stanął mi na drodze. Miał dwa wyjścia: ugiąć kolana albo umrzeć w tym miejscu ze swoją nieudaną próbą utrzymania podziałów wśród naszego gatunku.
Skoro każda inna wataha potrafiła dojść do porozumienia, to on też musiał. Miałam zamiar o to zadbać. Mój wewnętrzny wilk poruszył się na tę myśl. Jedyną rzeczą, jakiej nienawidziłam bardziej niż prowadzenia wojen, byli ludzie, którzy je wywoływali, a Alpha Slade zajmował pierwsze miejsce na tej liście.
Moje rozmyślania przerwał głos dobiegający tuż sprzed namiotu, który natychmiast przykuł moją uwagę. Rozpoznałam w nim mojego Betę Maximilliana po jego potężnej sylwetce, podświetlonej przez rozpalane właśnie poranne ogniska.
„Alpha Thorne, za twoim pozwoleniem zacznę zwoływać watahę.”
„Tak, Beta Maximillian, zrób to proszę. Wyjdę za chwilę” – odpowiedziałam, opanowując głos i wkładając zbroję.
„Tak, moja Królowo” – odparł, a ja odprowadziłam wzrokiem jego oddalający się cień.
Po chwili wyszłam z namiotu na spotkanie z moimi ludźmi, którzy zebrali się przede mną niczym morze. Trezor, moja doradczyni, dała mi znak, że nadszedł czas, by do nich przemówić, ponieważ wkrótce mieliśmy uderzyć na terytorium Borderlands.
Zrobiłam krok naprzód, nawiązując kontakt wzrokowy z jak największą liczbą żołnierzy, by przekazać im, że nasza lojalność jest obustronna.
„Dzisiaj poleje się krew. Nigdy bym nie mogła zlekceważyć waszych poświęceń, ani bym tego nie chciała. Mam nadzieję, że wyjdziemy z tego zwycięsko i głęboko wierzę, że tak się stanie. Mówi się jednak, że najlepsi ludzie czasami sadzą nasiona drzew, z których owoców nigdy nie zjedzą” – oświadczyłam, a moi ludzie ze zrozumieniem pokiwali głowami.
„Nasi ludzie muszą zaznać pokoju, nasze młode muszą zaznać pokoju, a naszym obowiązkiem jest stworzyć świat, w którym będzie to możliwe. Bez względu na cenę.”
Moi żołnierze wznieśli ręce w powietrze, krzycząc, warcząc i kiwając głowami.
„Bez względu na cenę!” – ryknęli niemal jednym głosem.
„Alpha Slade Brute jest ostatnią przeszkodą na naszej drodze do pokoju. Tak naprawdę pragnie krzywdy nas wszystkich i naszych rodzin. Pragnie dominować poprzez przemoc, strach i poddaństwo!”
Wszyscy znów umilkli.
„Nie spocznę, dopóki Borderlands nie zasalutuje naszemu Royal Pack. I nikt z was też tego nie zrobi.”
***
W otoczeniu moich żołnierzy, zarówno w ludzkiej, jak i wilczej postaci, wylaliśmy się za wzgórze. W oddali dostrzegłam stolicę Borderlands Pack i było jasne, że na nas czekali. Wzdłuż granic ich terytorium ustawili się strażnicy.
Pokładałam wielką wiarę w moich ludziach i naprawdę uważałam, że dysponuję najlepszą armią na świecie. Jednak na wojnie nigdy nie można być niczego pewnym. Pragnęłam pokoju, choć zdawałam sobie sprawę, że to będzie kosztować wiele żyć.
Krew pulsowała w moich żyłach, gdy rzuciłam się do ataku. Mój wewnętrzny wilk rwał się na wolność; na samą myśl o zbuntowanym, zuchwałym Alfie Slade, niemal traciłam nad sobą kontrolę.
Było oczywiste, że Alpha Slade wysłał pierwszą falę żołnierzy tylko po to, by kupić sobie trochę czasu.
Natknęliśmy się na pierwszych trzech strażników, którzy nie mieli z nami żadnych szans. Zaledwie jeden z moich Królewskich Strażników był w stanie powalić dwóch z nich naraz. Dźwięk ich krzyków, gdy odrywaliśmy im głowy od ciał, zasygnalizował reszcie watahy Borderlands, że przybyliśmy, a żołnierze wylegli na zewnątrz z każdego budynku.
„Trezor i ja znajdziemy Alphę Slade'a. Beta Max, poprowadź resztę armii, dopóki cię nie wezwę. Bądźcie czujni.” Zarówno Trezor, jak i Beta Max po raz ostatni skinęli głowami. Ufałam Trezor bardziej niż komukolwiek; dawniej służyła jako szefowa mojej Królewskiej Straży, a ja pragnęłam mieć ją przy sobie, gdy obalimy Alphę Slade'a.
Pędziliśmy w stronę sporej armii, która zbliżała się w naszym kierunku, chociaż mieliśmy niewielką przewagę liczebną. Słyszałam krzyki moich i ich ludzi, trzask zderzających się zębów i dźwięk rozrywanych kończyn.
Jakiś odważny żołnierz rzucił się wprost na mnie, celując nożem w moje gardło, a ja chwyciłam go i roztrzaskałam mu czaszkę o swoje kolano.
Przedzierając się przez podnóża wzgórz, robiłam co w mojej mocy, by ratować swoich ludzi, ale kolejna zmasowana fala żołnierzy okazała się niezwykle zaciekła i nieustępliwa. Będąc świadkiem kolejnych okropieństw podczas przebijania się do stolicy, pozwoliłam, by brutalna rzeczywistość śmierci przeobraziła się we wręcz czystą furię, która pchała mnie naprzód.
Pędząc jak burza, Trezor i ja przedarłyśmy się przez tłum ludzi, którzy w ostatniej chwili padli na kolana, próbując uniknąć rzezi. Ci ludzie mieli zostać później schwytani, aby przysiąc mi lojalność; nie zamierzałam zabijać nikogo poza samymi napastnikami.
Z oddali stolica wyłaniała się z coraz większą wyraźnością, a my byliśmy już blisko. Zryw motywacji i determinacji przepłynął przez moje ciało, gdy uchwyciłam się nadziei, że dotrzemy tam na czas, zanim zginie zbyt wielu ludzi.
Wpadliśmy na coś, co – jak miałam nadzieję – było już ostatnią falą przed dotarciem do Alphy Slade'a. Ledwo unikając kilku morderczych ataków, starałam się z całych sił oszacować liczebność wroga. Brnęłam w to dalej, powtarzając sobie nieustannie, że schwytanie Slade'a i pokonanie go raz na zawsze sprawi, że zapłacą za tę zdradę.
Kilka stóp dalej pewien Borderlander dzierżył nóż w dłoni i błyskawicznie dziesiątkował moich ludzi. Byliśmy teraz niecałą milę od zamku, a ja wiedziałam, że będę musiała wyrwać się z walki toczącej się tuż obok mnie, by dostać się do tego skurwysyna. Zajmę się nim sama, zanim zabije więcej żołnierzy Royal Pack.
„Trezor, schodzę na lewo” – krzyknęłam szeptem przez zaciśnięte zęby, a ona w mgnieniu oka przemknęła za mną, po czym wyskoczyła po mojej prawej stronie, wbijając nóż w gardło nadbiegającego Borderlandera. Wylądowałam tuż obok mężczyzny, który tak bezlitośnie mordował moich żołnierzy.
Opierając ciężar na nogach, z całej siły uderzyłam łokciem w jego szczękę, napawając się przyjemnym, głośnym trzaskiem pękającej kości. Spróbował mnie dźgnąć, ale uniknęłam ciosu i zgrabnie wykorzystałam jego własną rękę, by rozerwać mu drugi biceps z góry na dół. Upadł z głuchym łoskotem na ziemię.
Pierwsze linie naszej obrony popędziły naprzód, aż w końcu dotarły na dziedziniec przed stolicą. Trezor nadal deptała mi po piętach, więc ruszyłyśmy w gotowości na nasz kolejny cel: Slade'a Brute'a.
Wyłamałyśmy z zawiasów drzwi prowadzące do stolicy watahy, a głośny stukot naszych butów o podłogę rozniósł się echem po pustych korytarzach.
Spojrzałam w lewy oraz prawy korytarz i dostrzegłam ociągającego się strażnika, który na nasz widok od razu opadł na drżące kolana.
„Wstawaj!” – rzuciłam w jego stronę, a on natychmiast wykonał polecenie.
„Gdzie jest twój Alpha?!” – zażądałam odpowiedzi.
Kiedy zawahał się choć na sekundę, złapałam go za gardło, grożąc, że zatopię w nim pazur. Strażnik wskazał drżącym palcem na wielkie, drewniane drzwi, natychmiast dając za wygraną.
Został schwytany i natychmiast odprowadzony.
Zdradziecki tchórz wymamrotałam, ciężko dysząc.
„Nie zabijajcie go!” – zawołałam do moich żołnierzy. Nie przyszłam tu przecież, by zabić watahę Alphy Slade'a... Byłam tu, by ją przejąć. Musiałam o tym pamiętać.
Zanim Trezor i ja zdążyłyśmy podejść do drzwi, otworzyły się z hukiem, a on stanął w progu. Moje uszy wypełnił biały szum, który skutecznie zagłuszył piski i wrzaski koszmaru rozgrywającego się wokół mnie.
Stając twarzą w twarz z nieugiętym mężczyzną, który śmiał sprzeciwić się moim prawowitym rządom, z trudem mogłam utrzymać swojego wilka na wodzy. Dosłownie śliniłam się na samą myśl o rozerwaniu go na strzępy.
Ale musiałam myśleć spokojnie i racjonalnie, żebyśmy mogli zaprowadzić upragniony pokój. Zabicie Alphy Slade'a by tego nie dokonało, a przecież siła jego watahy przyniosłaby mi ogromne korzyści.
Nie chciałam, aby jego stado obawiało się mnie po naszym zwycięstwie: chciałam, aby mnie po prostu szanowali.
Ruszył w moją stronę, obnażając zęby, jednak błyskawicznie złapałam go za szyję i podniosłam z ziemi.
„Zły pomysł” – spojrzałam mu prosto w oczy, a on tylko we mnie napluł.
Rzuciłam nim z taką siłą, że usłyszałam pęknięcie jego nosa o podłogę, w której pozostało po nim lekkie wgłębienie. Podnosząc go z powrotem, odrzuciłam go na ścianę.
Przez chwilę pozostał nieruchomy, po czym odwrócił się twarzą do mnie, opierając się tylko na przedramionach.
„Czego jeszcze ci trzeba, Brute?” – zapytałam z wydłużającymi się pazurami, z których skapywała krew z jego nosa.
„Nigdy nie będziesz prawdziwym Alphą. Jesteś tylko kobietą” – warknął. – „Fałszywą Królową.”
Podeszłam do niego, ponownie łapiąc go za gardło, tym razem pozwalając, by jeden z moich pazurów upuścił mu trochę krwi z karku. Miałam nadzieję, że pozostanie mu po tym blizna, aby każdego dnia przypominała mu o groźbie mojego istnienia.
„Nigdy mnie nie pokonasz. Najwyższy czas, żebyś to zaakceptował” – wycedziłam z wściekłością.
Po tych słowach przeciągnęłam go z powrotem przez zniszczoną framugę drzwi, wyjąc, by obie strony konfliktu wstrzymały walkę. Zamierzałam zademonstrować swoją dominację przed całymi siłami jego armii.
Moi żołnierze zareagowali natychmiast, a na widok zakrwawionego ciała swojego Alphy, zwisającego bezwładnie w powietrzu, Borderlands Pack również wstrzymało atak.
Upuściłam go jak martwy ciężar, a on z trudem podniósł się na nogi. Jego klatka piersiowa unosiła się z gniewu, a oczy wręcz płonęły żądzą zemsty.
„Klękaj przed swoją Królową!” – rozkazał mu Beta Maximillian, stojąc dumnie przed pokonanym tłumem.
Slade odmówił. Krew zaczęła we mnie wrzeć i gdybym nie musiała dbać o honor przed setkami zebranych tu mężczyzn, może bym go dalej maltretowała, byle tylko dać mu nauczkę. Wbiłam w niego mordercze spojrzenie i wzięłam głęboki wdech. Jego oczy, ciemne i pełne niechęci, nie mrugnęły ani razu.
„Ma osiem lat, prawda?” – zapytałam Slade'a z zuchwałym uśmieszkiem wkradającym się na moje usta. Miałam na myśli jego jedynego syna, o którym wiedziałam, że został wysłany w góry razem z matką – jak wielu innych – by oszczędzić mu okrucieństw wojny.
Angażowanie się w wojnę psychologiczną nie było w moim stylu, ale ten język wydawał się mu najbliższy.
„A twoja mate... chroni go właśnie teraz?” – zapytałam chłodno. – „Tak się składa, że myśleliśmy o złożeniu im wizyty.”
Slade wydał z siebie niskie warknięcie, prostując ramiona w obliczu tak wielkiej bezsilności.
„Nie zrobisz tego” – jęknął.
Tłum pogrążył się w całkowitej ciszy, a nikt nie śmiał nawet pisnąć. Nawet jego własnym ludziom zesztywniały ciała na widok rażącego buntu ich Alphy, bo przecież wiedzieli, że kara będzie bardzo surowa, o ile nie zakończy się śmiercią lub uwięzieniem.
„Wyraźnie nie masz pojęcia, co bym zrobiła, a czego nie. I wnioskuję to po twoim nieustannym buncie” – zaśmiałam się krótko.
Wokół nadal panowała cisza, a Alpha Slade nie miał innego wyjścia, jak tylko mnie znosić.
„Pozwól więc, że ci coś powiem. To nie kwestia tego, co bym zrobiła, ale co zrobię. Udam się na wschodnią linię drzew, gdzie jak wiem, twoja mate chroni wasze młode. Wyciągnę ich oboje z łóżek i zamorduję. A ciebie zostawię przy życiu, abyś pamiętał o tym już na zawsze.”
Alpha Slade wydał z siebie gardłowy krzyk, padając na kolana i zwieszając nisko głowę.
Jego ludzie przyglądali się temu z przerażeniem.
Po chwili oparł jedno kolano o ziemię i niechętnie uniósł ramię w salucie, krzywiąc z grymasem usta. Jego przepełnione furią i żalem oczy spotkały się z moimi. Pełne mściwości.
„Przysięgam ci wierność” – wypluł te słowa przez zaciśnięte zęby.
„Komu?” – zapytałam, pragnąc doszczętnie go złamać.
Jego nieustępliwe spojrzenie wwiercało się we mnie.
„Tobie, Artemis Thorne.”
Po bolesnej chwili milczącego kontaktu wzrokowego dałam mu znak, by wstał, a Trezor wystąpiła naprzód.
„Pokłońcie się swojej Królowej, Artemis Thorne, Alfie wszystkich Wilkołaków!” – rozkazała głośno, podczas gdy na jej twarzy malował się wręcz triumfalny wyraz.
Setki obecnych w jednym momencie zgięły kolana, sygnalizując w ten sposób swoją lojalność.
„Niech pokój zapanuje na naszych terytoriach. Nie będziemy już żyć w konflikcie i strachu, lecz jako zjednoczona siła pod sztandarem Royal Pack.”
Niektórzy zachowali milczenie, podczas gdy większość wiwatowała, ale co najważniejsze – wszyscy bez wyjątku zgięli kolano.
Wypuściłam z siebie oddech trzymany chyba przez całe dekady i odeszłam z Trezor u boku, podczas gdy moi strażnicy wyprowadzali resztę z pola bitwy.
















































