
Gdy zapadnie noc. Dzień na dworze
Autorzy
Lektury
82,9K
Rozdziały
15
Rozdział 1
JASMINE
Protest: oświadczenie lub działanie wyrażające sprzeciw lub dezaprobatę wobec czegoś.
Otworzyłam oczy, a ciepłe światło słoneczne zaczynało wpadać przez okno. Wzięłam głęboki oddech i zaczęłam się obracać, ale zdałam sobie sprawę, że spoczywam bezpiecznie w ramionach Theodore'a.
Uśmiechnęłam się lekko, patrząc, jak on też otwiera oczy. Bez słowa przyciągnął mnie jeszcze bliżej siebie i poczułam jego poranną erekcję, która mocno na mnie napierała. Śniłam o nim przez całą noc i byłam już trochę mokra. To potwierdzało, że on pewnie też śnił o mnie.
Kiedy go poczułam, między moimi nogami przeszedł przyjemny dreszcz. On to zauważył.
„Dzień dobry, kochanie” – wyszeptał z szerokim uśmiechem. Wiedział, co robi. Zawsze wiedział. A ja i tak się z tego powodu rumieniłam.
„Dzień dobry” – odpowiedziałam, zerkając pod pościel.
Theo pociągnął mnie na siebie, całując moje usta i szyję. Uwielbiałam jego zapach o poranku — zawsze taki ciepły, z delikatną nutą wody kolońskiej zmieszaną z zapachem egipskiej bawełny naszej pościeli.
„Jak ci się spało?” – wyszeptał mi do ucha. Brzmiał tak, jakby wiedział, że śniłam o nim przez całą noc. Przesunął mnie tak, że moje nogi oplotły jego udo. Moja wilgoć otarła się o jego skórę.
„Hmm… całkiem dobrze…” – zachichotałam.
„Całkiem dobrze?” – zapytał. Pozwolił, by jego dłoń zjechała niżej po moich plecach.
„Mhm” – jęknęłam, gdy jego druga dłoń ścisnęła mój pośladek. „A tobie?”
„Spałem dobrze. Ale jestem o wiele szczęśliwszy teraz, kiedy nie śpię” – mruknął, wsuwając dłoń w moje majtki. Na moich nogach i ramionach pojawiła się gęsia skórka.
„Kochanie” – znów zachichotałam i sięgnęłam po jego dłoń. „Nie możemy…”
Theo przyciągnął mnie bliżej swojej twarzy. Jego oczy patrzyły teraz głęboko w moje. Na jego ustach pojawił się zawadiacki uśmiech, gdy przyglądał się każdemu centymetrowi mojej twarzy.
„Dlaczego nie? Dzieciaki są na obozie.”
Wyglądał tak przystojnie. Jego oczy były pełne pasji i pożądania. Nie było mowy, żebym mu odmówiła. Nie, kiedy wiedziałam, co może nastąpić dalej.
„Racja” – uśmiechnęłam się. Pochyliłam się ponownie, by dostać więcej. Prawdę mówiąc, oprócz Thei i Emricha, prawie nic nie mogło wyciągnąć mnie z łóżka. Zwłaszcza gdy budziłam się w jego ramionach i byłam tak świadoma jego twardego członka.
Jego język spotkał się z moim. Oddychał głęboko w tym samym rytmie co ja. Jęknęłam z rozkoszy, gdy jego usta spoczęły na mojej szyi, a potem na obojczyku. Moje ciało pulsowało pod jedwabiem moich majtek.
Pragnęłam go.
Jakby czytał w moich myślach, przesunął moje ciało w górę. Usiadłam okrakiem na jego biodrach. Przesunęłam paznokciami po jego idealnie wyrzeźbionym brzuchu. Potem splotł swoje palce z moimi. Poruszał naszymi dłońmi w górę i w dół po swoich mięśniach.
„Chcę, żebyś włożyła mnie tam, gdzie chcesz” – jęknął. Przyglądał się delikatnej wilgoci między moimi nogami. Rozprostowałam palce, które trzymał w dłoni. Następnie położyłam je na swojej łechtaczce.
Spojrzałam na niego z góry. Uwielbiał na mnie patrzeć, gdy mnie dotykał. Zawsze sprawiało to, że przez moje ciało przepływała fala gorąca.
Rysował małe kółka na materiale. Rozpalał mnie tym, a ja wydałam z siebie jęk. Powoli, palcem wskazującym i środkowym, delikatnie ściągnął w dół jedwab. Odsłonił mnie przed sobą, a ja patrzyłam, jak oblizuje wargi.
Potrzebowałam, żeby we mnie wszedł.
„Theo” – westchnęłam.
Ale wtedy usłyszałam pukanie do drzwi.
„Moja Królowo?” – Głos Pierre'a dobiegł przez szparę w drzwiach.
Szybko spojrzałam na Theo. On natychmiast się podniósł i złożył pocałunek na moim czole.
„Zaraz wyjdzie!” – zawołał, wiedząc, że pewnie wciąż próbuję złapać oddech. Nasz wspólny czas został przerwany. Odepchnęłam od siebie frustrację, wyślizgnęłam się z łóżka i pospiesznie założyłam ubranie.
Podeszłam do drzwi. Rzuciłam Theo spojrzenie, które mówiło „przepraszam” i „dziękuję” jednocześnie. Odmachnął mi z uśmiechem.
„Słucham, Pierre?” – zapytałam, gdy się przede mną ukłonił.
„Wasza Wysokość, zbliża się pani spotkanie w sierocińcu w Paryżu w sprawie odbudowy po pożarze. Samochód będzie na panią czekał na podjeździe za pół godziny” – powiedział. Wyraźnie unikał kontaktu wzrokowego z tym, co było widać w naszym pokoju przez szparę w drzwiach.
Dodał jeszcze: „Czy mam…?”
„Spotkamy się na zewnątrz, Pierre. Dziękuję” – odpowiedziałam. Ukłonił się raz jeszcze, po czym pomaszerował szybkim krokiem korytarzem.
Odwróciłam się do Theo. Wciąż miał na twarzy resztki zadowolonego uśmiechu. Wiedziałam, że czerpał małą satysfakcję z patrzenia, jak wypełniam moje królewskie obowiązki. Wiedział przecież, że chwilę wcześniej prawie doprowadził mnie do głębokiej rozkoszy.
„Tak mi przykro. Niczego nie pragnę bardziej, niż żebyśmy mogli dokończyć” – wydęłam wargi.
„Nie masz za co przepraszać. Wiem, jakie to dla ciebie ważne. Chodź tu, mamy jeszcze kilka minut, żeby się chociaż poprzytulać” – odpowiedział.
Przez chwilę patrzył mi w oczy. Zobaczyłam w nich coś, co dawało do zrozumienia, że to jeszcze nie koniec. „Później?” – zapytał z uśmiechem.
Kolejna fala pożądania ogarnęła mój brzuch. Poczułam w nim motyle. Nie dość, że byłam żoną najbardziej miłego i wyrozumiałego mężczyzny, to był on też niezwykle seksowny.
„Później” – obiecałam i mrugnęłam okiem. Choć tak naprawdę chciałam powiedzieć: teraz.
Weszłam z powrotem do łóżka. Oparłam głowę na jego ramieniu, a on objął mnie w talii. Sięgnął po pilota na szafce nocnej i włączył telewizor. Wiadomości leciały na każdym kanale, przez który przełączyliśmy.
Ostatnio dużo słyszałam o nowej partii pro-republikańskiej, która chciała obalić monarchię, i teraz wydawało się, że poświęcano im cały czas na antenie. Na początku nie przejmowałam się tym zbytnio. Wszyscy w Wersalu uważali, że z czasem ich zapał zgaśnie.
Słuchaliśmy przez chwilę — doniesienia wydawały się teraz nieco mroczniejsze i poważniejsze, a między nami wkradła się pełna napięcia cisza.
„Theo, myślisz, że sytuacja z tą grupą się pogorszy? To znaczy… czy to szaleństwo myśleć, że pewnego dnia może dojść do kolejnej próby zamachu stanu? Tak jak w przypadku króla Ludwika XVI?” – zapytałam. Nie byłam pewna, czy nie brzmię na zbyt przerażoną.
„Nie wiem, kochanie. Nie jestem do końca pewien” – odpowiedział. Z zamyśleniem potrząsnął głową.
To nie była odpowiedź, na którą liczyłam. Zabrakło mi słów. Mój wzrok padł na mały zegar w górnym rogu ekranu wiadomości. Zdałam sobie sprawę, że zostało mi tylko kilka minut, żeby wyjść przed pałac.
„Cholera!” – zawołałam. Szybko pocałowałam Theodore'a na pożegnanie. Moje pytania pozostały bez odpowiedzi.
***
Wiedziałam, że moja praca jest równie ważna co praca Theo, ale i tak czułam się winna, że ostatnio tak często musiałam wyjeżdżać. Moja praca mnie ekscytowała, ale równie mocno pragnęłam zostać w domu, kochać się z mężem i spędzać z nim czas.
Kierowca przytrzymał otwarte drzwi limuzyny dla mnie i Pierre'a. Kiedy weszliśmy do środka, z ulgą zobaczyłam dwa kubki mrożonej kawy w uchwytach na środkowym stoliku. Nie miałam czasu na śniadanie, a bardzo potrzebowałam jasności umysłu.
Pierre nie pił mrożonej kawy, dopóki mnie nie poznał. Francuzi zazwyczaj za nią nie przepadają. Ale nie mógł oprzeć się mojej ulubionej wersji. Była to świeża śmietanka waniliowa, wstrząśnięta, z odrobiną cynamonu.
Pierre podał mi moje notatki. Zaczął zdawać mi raport na temat stanu sierocińca.
Kiedy zostałam królową, chciałam, aby większa część mojej pracy polegała na pomocy potrzebującym rodzinom, a w szczególności dzieciom. Nie chciałam, aby moim jedynym celem było planowanie luksusowych wydarzeń i gal dla nadętych arystokratów. Z wielką władzą wiązała się wielka odpowiedzialność. Miałam to szczęście, że mogłam zdecydować, na czym ta odpowiedzialność będzie polegać.
Kilka tygodni temu w Paryżu spłonął Sierociniec Espoir, przez co ponad pięćdziesięcioro sierot znalazło się w niebezpieczeństwie utraty domu. Miałam już sporo na głowie i kierowałam różnymi organizacjami charytatywnymi, ale nie mogłam tego po prostu zignorować.
Tak wiele niewinnych dusz musiało żyć w niedostatku, choć mieliśmy przecież tak dużo do oddania. Zdałam sobie sprawę, że wcale nie muszą tak żyć. Planowaliśmy odbudować cały budynek, a przy okazji znacznie go unowocześnić.
„Nadal chce pani spotkać się z dziećmi, prawda?” – zapytał.
„Tak, oczywiście. Chcę usłyszeć ich opinie na temat odbudowy. Chcę wiedzieć, co mają, a czego nie, czego potrzebują i czego pragną” – odpowiedziałam.
Pierre spojrzał na mnie z lekkim zaskoczeniem, ale potem uświadomił sobie, z kim rozmawia, i skinął głową. Odkąd wstąpiłam na tron, szybko zdałam sobie sprawę, że dorośli w zamku rzadko brali pod uwagę pomysły i pragnienia dzieci.
To było coś jeszcze, co powoli zaczynałam zmieniać. Nie chciałam spotykać się wyłącznie z opiekunami i koordynatorami. Serce mnie bolało na myśl o tym, że moje własne dzieci mogłyby znaleźć się w takiej sytuacji. Miałam nadzieję, że każda osoba sprawująca władzę potraktowałaby je z taką samą uwagą, z jaką ja zamierzałam potraktować te sieroty.
Wsunęłam okulary przeciwsłoneczne na nos i wzięłam oddech. Zastanawiałam się, jakie będzie każde z tych dzieci. Uśmiechnęłam się pod nosem. Wyobrażałam sobie Theę i Emricha, jak bawią się z nimi radośnie. Wtedy moją uwagę przykuł dźwięk radia:
W nowym sondażu pro-republikańska partia polityczna znana jako La Assemblée Républicaine, stała się ostatnio największą partią w parlamencie. Ich głównym celem jest obalenie monarchii. To sprawiło, że wielu obywateli Francji zastanawia się, kiedy i czy...
Pierre pochylił się i poklepał kierowcę w ramię. Dał mu znak, by wyłączył radio. Przez lata wykształcił w sobie szósty zmysł do takich rzeczy. Wiedział, że cokolwiek by teraz mówili na antenie, tylko by mnie to zdenerwowało. Ale było już trochę za późno.
Kiedy podjechaliśmy pod bramę sierocińca, była już uchylona. Nagle ludzie w każdym wieku zaczęli biec wzdłuż limuzyny. Niektórzy trzymali transparenty, inni wygrażali pięściami w powietrzu, a jeszcze inni krzyczeli przez duże megafony, aby było ich głośniej słychać.
Trzymali transparenty. Większość z nich wyraźnie głosiła sprzeciw wobec monarchii.
Wjechaliśmy prosto w sam środek wielkiego protestu.
Skąd wiedzieli, że przyjedziemy? Jak udało im się dotrzeć tu przed nami? Bycie członkiem rodziny królewskiej oznaczało, że gdy tylko opuszczałam teren pałacu, byłam narażona na zaczepki, śledzenie, gapienie się, fotografowanie i nękanie – lista jest długa. Gdyby nie nasza ochrona, pewnie w ogóle nie wychodziłabym z zamku.
Było jasne, że ci demonstranci nienawidzą monarchii. Nie było to dla mnie nowością. Miałam jednak nadzieję, że uda nam się dojść do jakiegoś porozumienia, gdyby sytuacja miała się zaognić. Nigdy nie lubiłam konfliktów, ale musiałam nauczyć się z nimi radzić.
Nie mogłam winić nikogo za to, że gardził dawnymi zwyczajami monarchii. Sama też nie miałam łatwego startu z rodziną królewską. Osobiście doświadczyłam i byłam świadkiem ich czasem złych i podstępnych działań.
Gdyby tylko wiedzieli, jak bardzo starałam się to wszystko naprawić.
„Moja Królowo” – zaczął pilnie kierowca. „Nie chcą nas przepuścić, oni…”
Zanim zdążył dokończyć zdanie, duża grupa ludzi otoczyła nasz pojazd. Mieliśmy mocno przyciemniane szyby, więc nie widzieli, co jest w środku. Mimo to ich dłonie uderzały w szyby, walili w drzwi i szarpali za klamki.
Serce biło mi jak szalone, gdy samochód stał w miejscu, nie mogąc ruszyć. Nie dlatego, że czułam się zagrożona. Dlatego, że czułam się w pułapce. Chciałam do nich wyjść i nawiązać z nimi kontakt.
Ich głosy dźwięczały mi w uszach. Wykrzykiwali słowa, do których, jak wiedziałam, mieli pełne prawo. Część mnie była poruszona ich zaangażowaniem i determinacją. Ale oni nie mieli pojęcia, kim jesteśmy ja i Theo, ani o co nam chodzi. Nie wiedzieli, jak poważnie myślimy o zmianie samej struktury i celu istnienia monarchii. Tak bardzo chciałam im to powiedzieć.
„Pani, myślę, że najlepiej będzie na dziś odpuścić. Całkowicie blokują nam wjazd” – nalegał Pierre.
„Pierre, nie możemy pozwolić, żeby to nas powstrzymało. Musieliśmy się przecież częściowo tego spodziewać. Muszę z nimi porozmawiać. Nie mogę po prostu uciec jak tchórz” – wyznałam.
„Nie jestem doradcą, Wasza Wysokość, ale proszę…” – zaczął się jąkać, po czym zadzwonił jego telefon. Dzwonił do niego Theo.
„S-słucham?” – odebrał. Jego głos drżał ze stresu z powodu chaosu, który rozgrywał się zaledwie kilka centymetrów od nas. Spojrzałam na niego szeroko otwartymi, ciekawskimi oczami. Usłyszałam stłumiony dźwięk bardzo zaniepokojonego głosu mojego męża.
„Tak, mój Królu” – odpowiedział. Chociaż Theo nawet go nie widział, zauważyłam, że Pierre wciąż delikatnie skinął głową.
„O co chodzi, Pierre?” – zapytałam go. Pomachałam trochę ręką, żeby go ponaglić. To nie był czas na zwlekanie.
„Król Theodore. Chce się z panią widzieć w pałacu. Natychmiast.”











































