
Serce Carrero 3. Długo i szczęśliwie
Autorzy
Lektury
773K
Rozdziały
65
Rozdział 1
SOPHIE
Arry wprowadza mnie do apartamentu, trzymając mnie za rękę, a nasze palce są ciasno splątane; posyła mi delikatny, seksowny uśmiech, prowadząc mnie do szerokiego przedpokoju z wysokim sufitem w naszym nowym domu. Jestem zmęczona po podróży, wyczerpana, obolała i potrzebuję długiej kąpieli w wannie po wielu godzinach lotu komercyjnym samolotem, ale wreszcie tu jesteśmy.
Z wielkim westchnieniem ulgi mogę zrzucić z siebie ten ciężar w ciele i kościach i zanurzyć się w naszym domu. To wreszcie się dzieje. Po tygodniach ciężkiej pracy, stresu i paniki, żeby zdążyć przed rozpoczęciem mojego nowego semestru, jestem wyczerpana i padnięta, ale jednocześnie cała drżę z ekscytacji.
Paryż… nasz dom na najbliższy rok.
Nasza mała przygoda, podczas gdy ja będę chodzić do szkoły i stawiać kroki ku swojemu marzeniu. Poruszył niebo i ziemię, żeby to się udało. Choćbym bardzo chciała, nie mogłabym go za to kochać jeszcze mocniej. To nasza rzeczywistość. To moja przyszłość.
Rozglądam się, gdy upuszcza nasze torby podróżne na podłogę z cichym plaśnięciem, obie z jednej ręki. Opadają przy jego stopach, praktycznie wzdychając z ulgą na koniec tej nudnej podróży, odzwierciedlając to, jak oboje wyglądamy. Wcześniej spakowaliśmy i wysłaliśmy wszystko, co chcieliśmy, podróżując na lekko. Mamy tylko dwie małe torby, wielkie wyczerpanie po cholernie długim, ośmiogodzinnym locie z Nowego Jorku i ogromną chęć, by to wszystko chłonąć.
Fala ekscytacji i dreszcze na myśl o tym, że po raz pierwszy od zakupu apartamentu będę po nim oprowadzana, wzbierają we mnie, wyrywając mnie z podróżnego letargu. Przykuwa to moją uwagę, gdy moje płuca napełniają się nową energią na widok tego wszystkiego, co nowe i lśniące.
Wysłaliśmy kogoś, komu Arrick ufał, żeby sprawdził to miejsce – to był szybki zakup na podstawie filmów, zdjęć i wycen rzeczoznawców. Teraz widzimy to w pełni urządzone według naszych wytycznych, chłonąc to miejsce w całej jego chwale i widząc je na żywo po raz pierwszy w życiu.
Wielkie wejście i ozdobne francuskie sztukaterie przyprawiają mnie o szaloną ekscytację. Ten mały, częściowo zamknięty przedsionek z wysokimi sufitami, jasnokremowymi ścianami i mocno wypolerowaną, ciemnomahoniową drewnianą podłogą jest taki uroczy. Przypomina dom marzeń z romantycznego filmu osadzonego w dawnych czasach w Paryżu.
Nie mogę się doczekać, żeby zobaczyć, jak to wszystko wygląda w całości, teraz gdy nasza projektantka przygotowała to do naszej przeprowadzki. Godziny pokazywania jej projektów, pomysłów i palet kolorów. Przeglądanie milionów broszur wnętrzarskich, zdjęć na Pintereście i nieskończone, nieprzespane noce przy wypełnianiu dla niej tablic inspiracji. Strony z meblami, próbki tkanin i sztuka…
Mrugam, próbując to wszystko ogarnąć szeroko otwartymi oczami, gdy wchodzimy do głównego, otwartego salonu i zatrzymujemy się… Mrugam dwa razy… mrugam znowu. Moja twarz zastyga, gdy ten widok zamienia mnie w posąg o kamiennym wyrazie braku jakiegokolwiek zachwytu.
Mój uśmiech znika, a serce spektakularnie spada mi do żołądka jak ołowiany ciężar, gdy ogarniam wzrokiem ten ogromny salon przede mną, a mój dobry nastrój całkowicie pryska. Ekscytacja martwa, szczęście zamordowane, a w oczach kręcą mi się łzy, bo jestem cholernie zmęczona, a to wcale nie jest widok, jakiego się spodziewałam. Ma to na mnie taki sam wpływ, jak potężny cios z zaskoczenia w brzuch i głowę.
To w ogóle nie jest to, co ustaliliśmy, ani to, co razem wybraliśmy i nad czym spędziliśmy godziny, dni i tygodnie, wybierając i sprzeczając się, by przekazać to tej przepłaconej, ubranej w krzykliwe ciuchy pseudoprojektantce. Nie mogę uwierzyć, że w nieskończoność znosiłam jej śliskie, ostentacyjne flirtowanie z Arrickiem tylko po to, by zobaczyć przed sobą to gówno.
Wysuwam dłoń z jego ręki, zatrzymując się jak wrośnięta w ziemię i irracjonalnie gotując się ze złości, po czym odwracam się z grymasem, który szybko opanowuje moją twarz. Mam ochotę zdzielić go po głowie czymkolwiek, co mam pod ręką, i nie potrafię powstrzymać narastającej „przesadnej reakcji Sophie” na coś, co Arrick zrobił, by mnie zdenerwować.
Tak, muszę zacząć panować nad tym gównem. Ale on bywa czasem taki cholernie irytujący.
To w zasadzie kopia apartamentu Arry'ego sprzed czasów, gdy z nim zamieszkałam – te same neutralne kolory i wygodny, luźny klimat. Męski, nowojorski apartament we francuskim budynku i absolutnie nic z rzeczy, które wybrałam. Wyeliminował „Sophie” z miłosnego gniazdka „Arry'ego i Sophie”, a ja jestem na krawędzi szlochu z powodu mojego małego, złamanego serca. Chce mi się wyć ze złamanym sercem w stylu „mój chłopak to wredny kutas”. Ten apartament wcale nie przypomina mojego nowego, przytulnego domu, o którym myślałam, że zachwyci mnie z otwartymi ramionami; zamiast tego przypomina kawalerkę i strefę stworzoną tylko i wyłącznie dla samego Arry'ego.
Gdzie są moje błyszczące lampki choinkowe, puszyste koce i romantyczne poduszki dekoracyjne? Gdzie moje wielkie latarnie pełne świec i urocze bibeloty na półkach? Wybrane przeze mnie obrazy na ścianach albo chociaż kanapa, którą chciałam? Gdzie, do cholery, są moje srebrne rzeźby jednorożców?
„Co się stało?” Arry odwraca się, taksuje mnie zdezorientowanym wzrokiem i po raz kolejny uważnie rozgląda się po pokoju, jakby szukał rzeczy, która mnie złości. Jest wyraźnie ślepy na to, czego brakuje, i widzi tylko to, co jemu ewidentnie się podoba.
Dupek!
Jestem wkurzona, że on w ogóle tego nie widzi i że wydaje się całkowicie zaskoczony taką moją reakcją na tę nudną męską jaskinię rozłożoną przed nami w całej swej minimalnej, surowej i nieprzytulnej krasie. Nigdy wcześniej szarość nie wydawała mi się tak nudna.
„Przecież to nie to, co wybraliśmy!” Macham gniewnie ręką po pokoju, czując jak rozczarowanie wypełnia mnie od środka i choć wiem, że to głupota, żeby złościć się o coś takiego, to miało być przecież nasze pierwsze wspólne miejsce, a nie tylko takie, do którego się wprowadzam i po prostu dodaję coś od siebie.
To miało być nasze, po połowie nas obojga, nasze pierwsze prawdziwe „wybierzmy wszystko razem od zera”.
Spędziłam prawie trzy tygodnie, przeglądając zdjęcia pokoi i katalogi z dodatkami, żeby przekazać je tej głupiej projektantce, i zamęczałam go opcjami przy każdej okazji. Mój telefon i WhatsApp pękają w szwach od pięciu tysięcy zdjęć, które codziennie wysyłałam mu do pracy, oraz od jego odpowiedzi w stylu „zabijcie mnie, po prostu wybierz, co chcesz”. Ciągle powtarzał, żebym śmiało wybierała za nas, i wydawało się, że niezbyt go to obchodzi, wnosząc do tego jedynie minimum własnego zaangażowania.
Najwyraźniej, kurwa, wcale tak nie uważał, bez względu na to, ile razy to napisał!
„Pewnie, że tak… Jestem prawie pewien, że kazaliśmy jej trzymać się stylu z naszego mieszkania w Nowym Jorku”. Znowu rozgląda się niewinnie, po czym podchodzi i próbuje mnie objąć, ale z satysfakcjonującym plaśnięciem odbijam jego dłoń i ruszam gwałtownie w stronę niskiego stolika kawowego. Irytacja mi nie służy, a ostatnią rzeczą, jaką mogę znieść, gdy jestem wkurzona, są jego próby całowania się, dotykania i załagodzenia sytuacji bez świadomości, co on w ogóle narobił.
Czasami bywa taki cholernie głupi.
„Mówiliśmy, że ma być podobnie… Wybieraliśmy rzeczy razem! Meble, dekoracje, schemat kolorów. Tkaniny i sztukę, a tu nie ma niczego z tych rzeczy… Zatwierdziłeś to gówno?” Odwracam się i posyłam mu wściekłe spojrzenie, zaciskając zęby, by opanować falę rozczarowania, od którego aż boli mnie brzuch, a jego mina też trochę rzednie, gdy w końcu dociera do niego, jak bardzo czuję się tym zraniona.
Jestem zmęczona po długim locie i stresujących kilku miesiącach wkuwania i pakowania się pomiędzy całą nauką, którą musiałam odwalić, by nadrobić zaległości w tej szkole. Mają tu inny program niż w Nowym Jorku, więc przerwę świąteczną spędziłam bardziej na odrabianiu lekcji niż na świętowaniu. Jedyny czas wolny miałam podczas świątecznego przyjęcia u jego rodziny; resztę czasu spędziłam na obsesyjnym planowaniu naszego nowego domu, by wyglądał tak, jak tego potrzebowaliśmy.
Chciałam po prostu tu wejść i to pokochać, poczuć, że zaczynamy w nowym miłosnym gniazdku… ale dostałam jedynie policzek. Ten apartament to replika czasów, kiedy nie miałam żadnego wpływu na otoczenie, w którym on funkcjonował; czasów, gdy Arry był z inną dziewczyną i miał zaplanowaną całą przyszłość, w której mnie nie było. Z racji, że jej gówniany gust i nudna osobowość pozbawiły jego życie wszelkiej zabawy i blasku, w pewien sposób symbolizuje to życie uczuciowe Arricka z epoki „przed Sophie”.
„Skarbie?” Arry znowu próbuje złapać mnie za rękę, a ja odsuwam się sztywno, odpychając jakąś misę z kamykami od krawędzi bocznego stolika. To nawet nie jest ładne, zupełnie nie rozumiem, do czego to ma służyć, i wcale nie próbuję ukryć obrzydzenia na widok tej tandetnej ozdoby. Wiem, że robię się trudniejsza, gdy jestem zmęczona, ale Arry nie ma zielonego pojęcia o tym, że nie zadziera się z wnętrzarskimi decyzjami kobiety!
„Nie wyskakuj mi tu ze skarbem… Tego właśnie chciałeś? To wygląda tak, jakbyś kazał jej skopiować twój dawny apartament i wyrzucić z niego wszystko, co ma ze mną cokolwiek wspólnego”. W moim oku pojawia się łza i czuję się głupio, rujnując nasze pierwsze chwile w Paryżu durną kłótnią, bo po prostu ktoś właśnie mocno zdeptał moje uczucia. Arry ponownie się rozgląda i wraca do mnie, wydając się trochę posępny i ostrożnie wyciągając rękę, jakby zbliżał się do dzikiej bestii gotowej do ataku; przynajmniej ma w sobie tyle przyzwoitości, by wyglądać na ostrożnego i trochę winnego.
„Nasz apartament! … Ja wcale nie…”
Posyłam mu mordercze spojrzenie i nawet nie pozwalam mu skończyć.
„Nieważne. To bez znaczenia. Idę się położyć”. Mój ton jest zrezygnowany i, co oczywiste, rozdarty emocjonalnie. Choć to wszystko kipi we mnie tuż pod powierzchnią, nie chcę płakać i nie chcę się kłócić; chcę uciec od niego i oczyścić umysł, bo może po drzemce nie będzie to wyglądało na aż tak wielki problem. Rzucam się w stronę drzwi dalej na korytarzu, które – jak pamiętam z planów – prowadzą do głównej sypialni, ale on jest szybki i pierwszy zachodzi mi drogę.
„Wcale tego nie zrobiłem. Pokazywała mi mnóstwo projektów i innych gówien, a ty i tak byłaś już zestresowana, więc po prostu zatwierdziłem paletę kolorów i powiedziałem, żeby urządziła to jak nasz dom. Nie prosiłem jej, żeby pominęła cokolwiek, co wybrałaś… Przysięgam; poprosiłem tylko, żeby trochę stonowała te wszystkie błyszczące, puszyste rzeczy z jednorożcami, żebyś mogła później dodać coś swojego”. Mówi to z pełną powagą, robiąc mi oczy szczeniaka, a ja ze złością kręcę na niego głową.
Stonować Sophie?!?!?! Co tu się w ogóle…
Na litość… Arghhhh
„A co z rzeczami, które jej dałam? Rzeczami, które chciałam i na które się zgodziłeś? DAŁAM JEJ TO WSZYSTKO! A co z moimi uczuciami i wyborami, hę? Co z tymi cholernymi tablicami inspiracji, które kazała nam wypełniać, i przedmiotami zapisanymi w zakładkach na stronach internetowych! Po co, kurwa, to wszystko było? Straciłam na to całe tygodnie; tygodnie, w których powinnam się uczyć, zamiast zajmować się gównem, którego wcale nie musiałam robić”. Jestem już bliska płaczu – on zatrzymuje mnie, gdy powoli i ostrożnie mnie obejmuje, a ja nienawidzę tego durnego, głupiego pokoju. Jest irytująco wręcz spokojny i postępuje bardzo ostrożnie, ale to wkurza mnie jeszcze bardziej.
















































