
Seria Nieplanowana Książka 3: Nieplanowana miłość
Autorzy
Lektury
255K
Rozdziały
31
Dylemat Fae
Księga 3: Nieplanowana miłość
JASPER
„Bardzo mi przykro z powodu waszej straty, Nido” – powiedział Kane, a jego głos był pełen szczerego smutku.
Stałem trochę z boku, oddawszy wcześniej szacunek rodzicom w żałobie. Nida i jej partner byli czystej krwi Fae, a to był już drugi raz, gdy stracili dziecko. Ich pierwsze zmarło przy porodzie kilka lat temu.
Spróbowali ponownie, a ich drugie dziecko żyło zaledwie pięć miesięcy. Dwoje ich dzieci to były dziewczynki.
W naszym świecie nie ceniliśmy jednej płci bardziej od drugiej, ale ostatnio tylko chłopcy dożywali pierwszego roku życia. Kiedy więc para decydowała się na dziecko, zwłaszcza ta będąca czystej krwi Fae od wielu pokoleń, wszyscy oddychali z ulgą na wieść o chłopcu.
Szanse na przeżycie były wyższe, ale wszyscy byliby zachwyceni, gdyby to dziewczynka mogła przetrwać pierwsze lata życia. Świadomość tych statystyk była po prostu przerażająca.
Mój brat był królem, a ja księciem. Nie zazdrościłem mu tej roli. Podczas gdy w niektórych rodzinach mogła panować zazdrość, braterska rywalizacja czy pragnienie tronu, ja tego nie czułem.
Zawsze byłem gotowy przejąć stery, jeśli mój brat potrzebowałby przerwy, lub pomóc, gdyby coś mu się stało, ale nie pragnąłem korony. Te nieprzespane noce i ciężar przetrwania naszego ludu na jego barkach – to wszystko było dla niego bardzo trudne.
Często zastanawiałem się, jak on sobie z tym radzi. Ja również miałem swoje obowiązki, jednak jego zadania były o wiele większe.
Po wojnach i ustanowieniu terytoriów nasi ludzie mocno ucierpieli przez wirus, a dokładniej przez klątwę naszych wrogów. Jako Fae mieliśmy magię we krwi, więc wrogowie, zazwyczaj o demonicznej naturze, próbowali osłabić nas bronią biologiczną z domieszką mrocznej magii.
Te skutki utrzymywały się przez lata. Dorośli już na to nie chorowali, ale wpływało to na wskaźniki urodzeń i coś na poziomie genetycznym wciąż szwankowało.
Kane postanowił poszukać nietypowego leczenia dla naszego ludu. Ludzie polegali na genetyce, a nasi sojusznicy z terytorium likanów posiadali leki, które okazały się skuteczne dla hybrydowych dzieci.
Był gotów poddać się profilowaniu genetycznemu, aby sprawdzić, czy istnieje lekarstwo lub chociaż wyjaśnienie naszego kłopotu. Było to szczególnie ważne na wypadek, gdyby jakiś Fae poczuł iskrę – nasze określenie na więź z prawdziwym partnerem – do kogoś, kto nie miał dziedzictwa Fae.
Po nawiązaniu więzi nasza magia zaczynała zmieniać partnerów, aby wydłużyć ich życie lub nawet przemienić ich w Fae. Obecnie to również było bardzo ryzykowne i doprowadzało do rosnącej liczby zgonów.
Moje myśli wróciły do pogrążonej w żałobie pary, którą właśnie odwiedzaliśmy.
„Dziękuję, Kane” – wykrztusiła Nida przez łzy.
Kane nie wymagał od naszych ludzi, by zachowywali się przy nim oficjalnie. Starał się odwiedzić wszystkie pary, które straciły dziecko, a ja mu w tym towarzyszyłem; było to kluczowe, aby uznać ich ból.
Nasi ludzie wiedzieli, że król i książę próbują im pomóc i zależy im na ich trudnej sytuacji. To wiele dla nich znaczyło – świadomość, że o nich nie zapomnieliśmy, a ich smutek i strach nie są ignorowane.
„Zorganizowałem dla was pomoc. Dostaniecie wszystko, czego potrzebujecie” – zapewnił ich Kane.
Milczałem, skłaniając głowę z szacunkiem, gdy pożegnaliśmy się i wyszliśmy. Moje fioletowe oczy lekko się zwęziły, kiedy podeszliśmy do samochodu.
Mieliśmy wokół siebie kilku strażników, świadomi wysokiego ryzyka zamachów. Nie byliśmy jednak bezbronni.
Wsiedliśmy do auta w milczeniu, a ja zająłem miejsce kierowcy. Szyby były mocno przyciemnione dla prywatności i wiedziałem, że strażnicy pojadą tuż za nami.
Spojrzałem na Kane'a, gdy nagle uderzył pięścią w deskę rozdzielczą – nie tak mocno, by ją zniszczyć, ale wystarczająco, by zostawić wgniecenie.
„Szlag by to” – mruknął, pocierając czoło.
Wypuściłem głęboko powietrze, w pełni rozumiejąc jego frustrację. Zapatrzył się przez okno, gdy wjechałem na drogę, by ruszyć w stronę domu.
Obaj przez chwilę milczeliśmy, aż zauważyłem, że podskakuje mu noga – to był denerwujący nawyk, który u niego występował, gdy był wkurzony. Znałem go doskonale, bo sam robiłem to samo.
„Oni wiedzą, że się staramy. Że ty się starasz. Myślę, że wciąż mamy nadzieję na naprawienie tego” – powiedziałem, by podnieść go na duchu.
Kane głośno westchnął i spojrzał na mnie. „Dotarcie do ludzi za górami to nie lada wyzwanie, zwłaszcza że Czerwony Sabat leży w samym środku między nami a drugim ludzkim terytorium. To totalny chaos” – przyznał.
Czerwony Sabat… Odepchnąłem od siebie tę myśl. Kaven naprawdę pokrzyżował nam plany operacyjne. Czerwone terytorium ciągnęło się wzdłuż znacznej części naszego, co uniemożliwiało nam jego przekroczenie.
Byliśmy zmuszeni jechać daleko na południe lub przedzierać się przez góry i schodzić w dół, by handlować lub kontaktować się z terytoriami po drugiej stronie, które dysponowały potrzebnymi nam badaniami medycznymi.
„Mam nadzieję, że Axel zadźga tego palanta” – powiedziałem, wywołując uśmiech na twarzy Kane'a.
„Kaven ma czelność próbować tak po prostu sprzątnąć Betę Harpera. Kto o zdrowych zmysłach w ten sposób drażniłby Axela?” – zastanawiał się Kane.
Odpowiedziałem mrocznym śmiechem. „Ktoś, komu brakuje piątej klepki. Nasze umocnienia się trzymają, a cała granica jest teraz obsadzona. Axel wysłał wyszkolonych żołnierzy, a kilka sprzymierzonych z nim terytoriów też przysłało posiłki. Dla wszystkich jest jasne, że działania Czerwonych to wstęp do wojny lub ataków” – wyjaśniłem.
„Założę się, że Axel prędzej czy później zamierza najechać i przejąć Czerwony Sabat. Pomożemy mu w tym, a w zamian chcę połowy terytorium. Nasza magia może zapewnić większe wsparcie, z kolei my potrzebujemy poszerzyć nasze ziemie i zasoby. Axel to człowiek słowa, ale zamknie nas w klatce, jeśli pozwolimy mu zająć Czerwony Sabat bez naszej pomocy” – powiedział Kane.
Zgodziłem się z nim. Pod względem politycznym musieliśmy mu pomóc, a ekspansja była dla nas niezbędna. Już wcześniej rozmawialiśmy o przesunięciu naszej granicy na terytorium Czerwonego Sabatu.
Planowaliśmy powoli przejmować dzikie tereny, których Kaven by nie monitorował, zanim w ogóle zorientowałby się, co się dzieje. Tę strategię obmyślaliśmy, odkąd Adis po raz pierwszy przejął władzę.
Moje myśli powróciły do wysokiej śmiertelności niemowląt u naszego ludu i problemów z łączeniem się w pary. Jako Fae byliśmy istotami wysoce seksualnymi. Nasza magia znajdowała się wewnątrz, a energia czerpana z seksu była dla niej najlepszym paliwem.
Właśnie dlatego ten wirus tak mocno w nas uderzył. To było wręcz niesprawiedliwe.
„Więc panna Grace zamierza pomóc ludzkim lekarzom?” – zapytałem, próbując brzmieć swobodnie.
Jednak uniesiona brew i powolny uśmieszek Kane'a dowodziły, że nie dał się zwieść. Mój brat znał mnie zbyt dobrze, tym bardziej że nie po raz pierwszy o nią pytałem.
„Zamierza. Zostałem jednak ostrzeżony, że jeśli cokolwiek jej się stanie na terytorium Fae, Axel osobiście zetnie mi głowę, pod warunkiem, że Beta Harper nie dorwie mnie pierwszy” – odparł Kane z nutą rozbawienia w głosie.
„Czyżby?” – mruknąłem, rozmyślając o Grace.
Po raz pierwszy zobaczyłem ją, kiedy ona i Harper zostali zaatakowani tuż za naszą granicą. Wypadła z lasu prosto na drogę w swojej postaci likana.
Była mniejsza od większości likanów, ale walczyła jak diablica. Błyskawicznie zabiła wampira i pomogła nam odeprzeć resztę, nie zważając na odniesione rany. Od razu stało się jasne, że to nie był jej pierwszy zabity wampir.
„Owszem” – odpowiedział Kane. „Wiesz, Jasper, widzę, jak na nią patrzysz, kiedy kręci się w pobliżu. I te kobiety, które ostatnio wybierasz... Czy poczułeś do niej iskrę? Jesteś ostatnio wyjątkowo cichy”.
Typowe dla mojego brata – zawsze mówił wszystko tak prosto z mostu. Choć zresztą ja byłem w tym do niego podobny.
„Być może” – odparłem, rzucając mu spojrzenie z ukosa.
Posłał mi surowe spojrzenie.
„No dobrze, niech ci będzie. Poczułem” – przyznałem szorstkim tonem.
Za jej uroczą twarzą kryła się wojowniczka. Kiedy Grace zmieniła się z powrotem w człowieka, jej rany były niezwykle widoczne. Podziwiałem jej ducha walki i determinację, by chronić rodzinę aż do ostatniego tchu.
Gdy nasze spojrzenia się skrzyżowały, poczułem to. Iskra, jak to nazywaliśmy, przypominała uderzenie prądu biegnące przez moje ciało. Bardzo mnie do niej ciągnęło, ale nie byłem pewien, jak do niej podejść.
Często łapałem się na tym, że odwiedzałem ją w szpitalu podczas jej powrotu do zdrowia, lecz ona nigdy nie dała mi znaku, że czuje to samo. Jej lud odnajdywał prawdziwych partnerów, których rozpoznawali na pierwszy rzut oka, więc martwiłem się, że jej milczenie oznacza, że nie uważa mnie za swojego. Nawet pomimo faktu, że ja poczułem iskrę.
Związek Fae i likana nie wydarzył się od wieków, więc byłem w tej kwestii niepewny. Szczerze mówiąc, spędzało mi to sen z powiek. Co gorsza, miałem problemy z reakcjami seksualnymi na inne osoby, a przecież właśnie w ten sposób podtrzymywaliśmy naszą magię.
To Grace wypełniała moje myśli. Nigdy wcześniej nie musiałem tak często polegać na własnej dłoni. Fae mieli dość otwarte podejście do przygodnego seksu; nie stanowiło to problemu, o ile traktowałeś partnera z szacunkiem.
Z natury byliśmy bardziej pożądliwymi istotami, więc obgadywanie kochanka za jego plecami lub zachowywanie się, jakby był ci coś winien, uchodziło za bardzo niskie zachowanie. Jeśli ktoś to robił, to mógł jedynie życzyć sobie powodzenia w znalezieniu kogoś chętnego do spędzenia z nim nocy.
Jasne, wszyscy mieliśmy swoje dziwactwa w sypialni, ale złota zasada brzmiała prosto: nie bądź wredny dla swojego kochanka. To skłoniło mnie do rozmyślań o Grace i jej pobratymcach. Nie miałem pojęcia, jak likanie zapatrują się na te sprawy.
Moje ostatnie partnerki zawsze ją w jakimś stopniu przypominały. Zazwyczaj unikałem z nimi kontaktu wzrokowego, ponieważ zaczynało to zbytnio mieszać mi w głowie. Poczucie iskry oznaczało, że znalazłeś odpowiednika – osobę, która uzupełni twoją magię jak nikt inny.
Po nawiązaniu więzi nie odczuwało się już pociągu seksualnego do nikogo innego. Albo ta osoba, albo nikt. A jeśli jeden z partnerów zmarł, drugi powoli tracił magię i marniał w oczach.
Kane wzruszył ramionami i posłał mi delikatny uśmiech. „Wydaje się być w twoim typie. Bystra, silna, uparta. Troszczy się o bliskich i odczuwa silną potrzebę pomagania innym. Tak, potrafię to sobie wyobrazić, choć to chyba ona wyjdzie gorzej na tym układzie” – przekomarzał się.
Zaśmiałem się, zerkając na niego. „Cokolwiek powiesz, Kane” – odparłem, wjeżdżając na podjazd naszej rezydencji. Była ukryta u stóp góry i posiadała tunele prowadzące na sam szczyt na wypadek szybkiej ucieczki lub do podróżowania przy złej pogodzie.
„To nie ja poluję na te ciche. Niewinne małe mole książkowe, które nie mają pojęcia, jak bardzo apodyktyczny potrafisz być”. Posłałem mu wymowne spojrzenie, a Kane tylko wzruszył ramionami.
„Cóż, ja po prostu lubię te delikatne i słodkie. Każdy ma swój typ” – odparł, gdy wysiedliśmy z auta. Obaj byliśmy ubrani na luzie, mieliśmy ten sam wzrost i wyglądaliśmy niemal jak bliźniacy. Oczy Kane'a wpadały w nieco bardziej lawendowy odcień niż moje fioletowe, a jego włosy nie były aż tak ciemne.
„Ale mówiąc poważnie, ona przyjeżdża jutro z kilkoma innymi osobami. Ludzcy badacze medyczni, z którymi rozmawiałem, zjawią się u nas dopiero za kilka tygodni. Jutro przyjadą cztery osoby, dlatego chcę mieć pewność, że ich zakwaterowanie i bezpieczeństwo będą dopięte na ostatni guzik. Będziesz osobistym strażnikiem Grace. Poradzisz sobie, czy zamierzasz chodzić za nią krok w krok jak zbłąkany szczeniak?” – zapytał Kane.
Uniosłem brew. „Poradzę sobie” – zapewniłem go. Poza tym i tak trudno byłoby mu utrzymać mnie od niej z dala, więc równie dobrze mógł mnie przydzielić do jej ochrony.
Ponadto Grace należała do wewnętrznego kręgu Axela, zatem jej ochrona była absolutnym priorytetem, bez względu na to, czy zdawała sobie z tego sprawę, czy nie. „Dobrze, dokończmy naszą pracę. Trochę odpoczynku dobrze by nam zrobiło” – podsumował Kane.
Zgadzałem się z nim w stu procentach. Miałem tylko nadzieję, że przyszłość nie zamieni się w totalne gówno, gdy wszystko w końcu zacznie się sypać i wybuchną prawdziwe walki.










































