
Przeklęty dżin
Autorzy
Lektury
402K
Rozdziały
24
Rozdział 1
VERITY
Wyprzedaże garażowe — to tam można znaleźć najbardziej niespodziewane skarby.
W zeszłym roku moja najlepsza przyjaciółka Annie i ja przypadkowo poszłyśmy na naszą pierwszą wyprzedaż garażową, gdzie udało jej się znaleźć rzadką kolekcję lalek Barbie. Wtedy nie wiedziałyśmy, że są one coś warte, ale ponieważ Annie kochała Barbie jako dziecko, postanowiła kupić je pod wpływem impulsu.
Nadal były w swoich oryginalnych pudełkach, a ich właścicielami było starsze małżeństwo, które chciało się ich pozbyć, żeby móc przenieść się do domu opieki.
Annie odkupiła je od nich, a kiedy wróciłyśmy do domu, dla zabawy poszukałyśmy ich w internecie, żeby sprawdzić, z jakiego są rocznika i czy są cokolwiek warte.
Ku naszemu zaskoczeniu, każda z nich była warta od stu do dwustu dolarów, a ona kupiła je za jedyne dwa dolary za sztukę. Powiedzmy tylko, że zyskiem z ich sprzedaży była w stanie opłacić czynsz w tamtym miesiącu i nawet trochę jej zostało. Od tamtej pory bardzo się ekscytowałyśmy, kiedy tylko widziałyśmy wyprzedaż garażową.
I właśnie na jednej teraz byłyśmy.
W porównaniu do naszej dzielnicy z domami na wynajem, ta okolica była ogromnym skokiem jakościowym. Tutejsze domy były dwa lub trzy razy większe i większość z nich miała dwu- lub trzystanowiskowe garaże, podczas gdy my nie miałyśmy żadnego. Nawet podjazdy były tu większe i dłuższe niż nasze.
Cały podjazd tego domu był wypełniony rzeczami; był szeroki na prawie cztery samochody i długi na sześć.
Mieli tu wszystko: ubrania na wieszakach, kolorowe plastikowe zabawki dla dzieci, trochę mebli, buty w różnych rozmiarach, okrągły stół pełen książek i wiele więcej.
Stał tam też jeden długi stół przykryty różnymi przedmiotami; Annie poszła do działu z zabawkami, podczas gdy ja przyglądałam się długiemu stołowi, żeby zobaczyć, czy coś przyciągnie moją uwagę.
„Verity” – piękny głos, głęboki i melodyjny, uwodzicielsko wypowiedział moje imię za moimi plecami, podczas gdy letni wiatr musnął mój policzek.
„Tak?” Odwróciłam się, a moje włosy do ramion zatańczyły na wietrze.
Annie posłała mi dziwne spojrzenie z odległości kilku kroków. „Yyy, nic nie mówiłam”.
Zaśmiałam się nerwowo. Obok niej stał uroczy chłopak, ale był skupiony na czymś przed sobą; wokół nas było też kilkoro starszych ludzi, ale oni również patrzyli w inne strony.
Chyba wariuję.
Czy ja już słyszę głosy?
Może ostatnio tak dużo marzę, że rzeczywistość miesza mi się z fantazją.
„Verity”.
Znowu to usłyszałam, to było tak melodyjne i piękne. Brzmiało tak nienaturalnie, jakby należało do jakiegoś magicznego świata, a nie do tej ziemi.
Odwróciłam się i rozejrzałam, sprawdzając każdą twarz, żeby zobaczyć, czy ktoś wygląda, jakby mógł mieć taki głos. Na wyprzedaż przyszło dwóch nowych chłopaków, ale wyglądali zbyt zwyczajnie.
Nie. To tylko zwykli ludzie.
„Verity” – ten sam zmysłowy głos zawołał mnie po raz trzeci, tak blisko i wyraźnie, że mogłabym przysiąc, iż wargi mówiącego znajdowały się tuż przy moim uchu.
Natychmiast odwróciłam głowę, ale znowu niczego nie zobaczyłam.
Okej. Naprawdę mi odpierdala.
Może miałam urojenia, bo nie zjadłam śniadania, a mój głód wywoływał teraz halucynacje słuchowe.
„Verity”.
Ugh. Przestań!
Mocno zakryłam uszy dłońmi i głos ucichł.
„Hej, wszystko w porządku?” Annie musiała zauważyć moje dziwne zachowanie; wyglądała na trochę zmartwioną.
„Myślę, że brak jedzenia w żołądku mnie rozprasza. Może powinnyśmy pójść na jakiś lunch”. Powoli opuściłam ręce wzdłuż ciała.
Jakby na potwierdzenie moich słów, w brzuchu głośno mi zaburczało.
„Daj mi jeszcze dziesięć minut. Jest tu dużo do zobaczenia, a nie chcę niczego przegapić”. Machnęła ręką, zachęcając do obejrzenia całej wyprzedaży garażowej.
„Okej. Pospiesz się” – poprosiłam.
Nagle coś przyciągnęło moją uwagę, błyszcząc w słońcu. Podeszłam bliżej do długiego stołu i zamiast wziąć błyszczący srebrny kubek, wybrałam zardzewiałą, rudo-brązową lampę zakopaną głęboko na środku.
Wyglądała jak lampa dżina Aladyna. Zaśmiałam się z jej dziwnego kształtu i złego stanu, w jakim się znajdowała.
Byłoby zajebiście, gdyby była prawdziwa. O rety, co bym zrobiła z trzema życzeniami.
Poza kształtem wcale jednak nie przypominała lampy dżina, bo była całkowicie pokryta rdzą. Nie potrafiłam nawet określić, jak wyglądała w przeszłości. Zdecydowanie nie wyglądała na wartościową, nawet dla mojego niewprawnego oka, a wiedziałam, że czyste złoto nie rdzewieje ani nie niszczeje. Prawdopodobnie była zrobiona z jakiegoś taniego metalu.
Ale czułam silną potrzebę, by ją mieć, a kosztowała tylko pięćdziesiąt centów. Prawdopodobnie mogłabym zamienić ją w jakąś ciekawą ozdobę; Annie i ja uwielbiałyśmy projekty zrób to sam. Mogłabym ją zeszlifować i pomalować, tworząc coś niesamowitego. Może?
„W porządku, skończyłam” – westchnęła obok mnie Annie, mając puste ręce.
„Ja też”. Uniosłam smutną, żałosną lampę.
„Kupujesz to?” Zmarszczyła nos z obrzydzeniem, drapiąc się po niedbałym koku na głowie. „Wygląda, jakby nadawała się na śmietnik”.
Zaśmiałam się. „Wiem, ale myślę, że ma potencjał”.
„Taa. Potencjał na śmietnik”. Przewróciła brązowymi oczami.
Znowu się zaśmiałam i chwyciłam ją pod ramię. „Chodźmy”.
Poszłyśmy zapłacić, a potem zjadłyśmy trochę fast foodu.
***
Kiedy wróciłyśmy do domu, namoczyłam lampę w białym occie destylowanym w kuchennym zlewie, mając nadzieję, że to pomoże na rdzę.
Wieczorem wyjęłam ją i użyłam szorstkiej gąbki, żeby wyszorować ją do czysta.
„Wow! Widzisz, wiedziałam. Wiedziałam, że masz potencjał” – powiedziałam to na głos do nikogo, ponieważ Annie pracowała na nocnej zmianie.
Kiedy wypłukałam ją do czysta, lampa okazała się całkiem piękna. Nie mogłam przywrócić jej dawnego blasku, ale i tak wyglądała teraz lepiej niż z tą brązową rdzą, którą była pokryta. Zbliżyłam ją do światła i badałam dalej, popijając wino.
Na zewnątrz miała wyblakły turkusowy kolor z misternymi, złotymi wzorami. Wyblakły złoty łańcuszek łączył pokrywkę z uchwytem; moje palce chwyciły gałkę i podniosły pokrywkę. Wewnątrz lśniła idealnym złotym kolorem – nowa i błyszcząca.
Hę? Dziwne.
Wytarłam ją do sucha ręcznikiem i zaniosłam do mojego pokoju, wraz z kolejnym kieliszkiem wina. Dziwna lampa głośno brzęknęła, gdy położyłam ją na szafce nocnej obok mojej lampki. Weszłam do łóżka i wzięłam mangę do czytania – była to Emma autorstwa Kaoru Mori. Ta manga, czyli japoński komiks, była jedną z moich zachcianek, na które sobie pozwoliłam, gdy dostałam pierwszą wypłatę. To było kilka lat temu, za czasów studiów, gdy pracowałam jako kasjerka w sklepie spożywczym.
Popijałam wino, podczas gdy mój wzrok wędrował po pięknych rysunkach i uroczej historii. Zazwyczaj nie piję wina, ale wcześniej Annie i ja zjadłyśmy uroczystą kolację z okazji jej niedawnego awansu.
W środku nocy obudziło mnie coś ciężkiego, co leżało na moim ciele; zasnęłam z włączonym światłem.
Zmrużyłam oczy z powodu jasności, ale kiedy moje oczy przyzwyczaiły się do światła, zobaczyłam duże ramię obejmujące moją talię i wielką dłoń z długimi, eleganckimi palcami zakrywającą moją pierś.
Co do cholery? Czy ja śnię?
Zlustrowałam otoczenie; nadal byłam w swoim pokoju. Zdjęcia przyjaciół i rodziny ozdabiały ściany, wraz z dwoma obrazami, które osobiście namalowałam. Manga leżała z powrotem na szafce nocnej obok lamp, mojego telefonu i pustego kieliszka po winie.
Dziwne. Nie pamiętam, żebym to odkładała.
Gorąco przenikało moje plecy, a twarde ciało przywierało do mojego na małym, jednoosobowym łóżku.
Powoli obróciłam się w ramionach ich właściciela – wiąc się jak robak – żeby nie spaść z krawędzi. Natrafiłam na twardą klatkę piersiową, która pachniała niebiańsko, jak jakaś droga, mityczna woda kolońska, a nie syntetyczny zapach masowej produkcji.
Wyciągnęłam szyję, żeby sprawdzić twarz tego tajemniczego stworzenia.
Tak. To na pewno sen. Żaden prawdziwy mężczyzna tak nie wygląda.
Jego twarz była perfekcją, jeśli perfekcja w ogóle istniała. Srebrne włosy zdobiły jego głowę, a długie ciemne rzęsy opadały na jego wysokie kości policzkowe. Miał mocny, prosty nos nad grzesznymi, różowymi ustami.
Moje oczy skupiły się na jego kuszących, pełnych wargach i zanim zdałam sobie sprawę z tego, co robię, przycisnęłam swoje usta do jego ust.
Były miękkie i takie pyszne.
O tak. To mój ulubiony rodzaj snu.
Odsunęłam się, a śpiący królewicz otworzył oczy, ukazując fioletowe szafiry. W tych głębiach szybko przemknęło zaskoczenie i coś jeszcze, zanim jego usta wygięły się w zapierającym dech w piersiach uśmiechu. „Moja nowa pani jest bardzo niegrzeczna”.















































