
Półkrwi Księga 3
Autorzy
Lektury
173K
Rozdziały
51
Prolog
Księga trzecia: Książę Śmierci
Lord Roderick od stuleci był stworzeniem nocy, budzącym lęk u wszystkich, lecz nigdy nieoglądającym światła dnia. Roderick, bezwzględny wampir, traci swoją jedyną prawdziwą miłość i chowa się w samotności, nie potrafiąc zmierzyć się ze swoim istnieniem w Krainach. Teraz powraca z misją: chce odnaleźć legendarny artefakt, który może przywrócić miłość, jaką, jak sądził, utracił na zawsze. Będzie jednak potrzebował pomocy śmiertelniczki – kobiety z własnymi celami i ukrytą przeszłością, co może pokrzyżować jego plany i rozbudzić głód, jakiego nigdy wcześniej nie doświadczył.
Lady Breena spacerowała ścieżką z wilgotnej ziemi, otoczona najbardziej żywą zielenią, jaką w życiu widziała, a jej dłonie opiekuńczo obejmowały zaokrąglony brzuch.
Światło słoneczne przenikało przez wysokie drzewa, ogrzewając ją i malując jej policzki na różowo.
Mimo że czuła się lepiej w chłodne zimy na swoim Dworze, doceniała to sanktuarium, które tak długo zapewniało jej schronienie.
Zachichotała, gdy poczuła ruch dziecka. Zbliżał się koniec jej ciąży i wkrótce miała trzymać w ramionach swoje dziecko. Jej własne dziecko...
Jej wcześniej radosny wyraz twarzy spochmurniał, gdy strach przed tym, co miało nadejść, znów zaczął w nią pełznąć.
Dziecko miało narodzić się w tym Królestwie, będąc owocem czystej miłości między nią a jej bratnią duszą, jednak z tego powodu jej niewinne maleństwo uznano za klątwę dla jej rodziny.
Nie wiedziała, jak wytłumaczyć swojemu przerażającemu bratu, że jej więź ze śmiertelnikiem jest nierozerwalna.
Żadne z nich nie potrafiło powstrzymać uczuć do drugiego.
Ale Kieran, Lord jej Dworu w krainie Unseelie, odrzucił jej wyjaśnienia, stwierdzając, że dziecko, które stworzyli ze śmiertelnikiem, nie ma tam miejsca.
Gniew Kierana zawsze sprawiał, że się kuliła – nie żeby kiedykolwiek był dla niej okrutny, a przynajmniej nie w tamtym czasie. Kieran emanował autorytetem i dumą, podobnie jak inni jego rangi.
Jego obecność nakazywała ciszę, a jego głos budził strach.
Bez względu na to, jak uroczy mógł wydawać się innym, jego charakter przyćmiewał wszelką fizyczną atrakcyjność.
Zaciekle chronił tych, na których mu zależało, zwłaszcza Breenę. Jego siostra była uważana za uosobienie piękna na Dworach Unseelie.
Jej długie, kręcone, czarne włosy, czyste zielone oczy i idealnie spiczaste uszy budziły pożądanie wielu i zazdrość innych.
Kieran czuł się w obowiązku ją chronić, lecz popełnił jeden błąd – Breena pragnęła odkrywać świat śmiertelników.
Świat pełen istot postrzeganych jako podrzędne, niewykształcone i uległe. A jednak czuła się do niego przyciągana, pragnąc odkryć nieznane i znaleźć to, czego jej brakowało.
Kiedy spotkała śmiertelnika w krainie wysokich budowli i hałasu, serce zabiło jej mocniej w piersi, dając znak, że jej poszukiwania dobiegły końca.
Śmiertelnik, mężczyzna, który skradł jej serce jednym spojrzeniem i uśmiechem, i który poruszył jej duszę pocałunkiem, był najpiękniejszy ze wszystkich.
Jej szczęście trwało jednak krótko, gdyż żołnierze Kierana w końcu ją znaleźli, po wielu nieudanych próbach sprowadzenia jej z powrotem do królestwa fae.
Lady Breena została siłą sprowadzona z powrotem na swój Dwór, a jej bratnia dusza została zmuszona, by o niej zapomnieć.
On żył dalej, nieświadomy, że ich miłość stworzyła dziecko.
Pierwsze miesiące ciąży spędziła pod lodowatym spojrzeniem brata, który nieustannie przypominał jej, że jej dziecko nigdy nie zostanie zaakceptowane.
Trzymała się jednak nadziei, że jej brat zmieni zdanie, wiedząc, że to szkodliwe plotki zatruwają jego myśli.
Pamiętała pewną noc, kiedy spacerując znajomą ścieżką w pobliżu lodowatego morza, usłyszała Airdana, jednego z najbliższych przyjaciół jej brata.
„Kieran, czy zdecydowałeś już, co zrobić ze swoją siostrą?”
Lady Breena ukryła się za ścianą uschniętych pnączy, używając zaklęcia, by stworzyć iluzję.
Jej brat rzadko okazywał troskę. „Wiem, że ludzie gadają za moimi plecami. Jako Lord Dworu mam swoje obowiązki, ale Breena to także moja siostra i nie mogę jej po prostu wyrzucić.”
„Riathan zasugerował, by po narodzinach wysłać dziecko do świata śmiertelników, i nadal nalega, żeby została jego narzeczoną.”
Chcieli zabrać jej dziecko; dłonie Breeny zaczęły drżeć.
„Myślałem, że jego obsesja się skończy, kiedy dowie się o jej ciąży.”
„Źle go oceniliśmy. Ich związek byłby pierwszym krokiem do pokoju między nami a nimi.”
„Rozumiem to, jednak myśl o Breenie związanej z nim... on nie będzie chciał jej dziecka.”
Breena aż nazbyt dobrze znała mężczyznę, o którym rozmawiali: był to Riathan, Lord Dworu Łez, którego obsesja na jej punkcie trwała od lat.
Właśnie w tamtej chwili podjęła decyzję o ucieczce ze strachu o swoje nienarodzone dziecko, nieświadoma słów, które jej brat miał wypowiedzieć za moment.
Tej nocy przy użyciu złotego kryształu udało się jej uciec wraz z lojalną służącą Reeoną.
Kieran spędził miesiące na niestrudzonych poszukiwaniach obu kobiet, ale nie zdołał zapobiec temu, by Riathan odkrył ich zniknięcie.
W pełni świadomy silnej obsesji Riathana na punkcie jego siostry, Kieran podjął decyzję: zamierzał zerwać z nim wszelkie więzi.
Przez te miesiące mieszkały w regionie Królestwa Fae, do którego nie rościli sobie praw ani Seelie, ani Unseelie.
Teraz szła powoli wilgotnym skrótem otoczonym zielenią, gdzie promienie słońca muskały jej delikatną skórę.
Była zdeterminowana, by chronić to maleństwo, bez względu na to, czy było śmiertelne, czy nie – było jej ciałem i krwią, cząstką jej duszy.
Zaklęcie, które chroniło je przed wyśledzeniem, dobrze spełniło swoje zadanie.
Decydując się na powrót, Breena stąpała ostrożnie, żeby się nie potknąć, zmierzając do skromnego drewnianego domku ukrytego wśród dzikich kwiatów, w którym mieszkała Reeona.
„Zaczynałam się martwić, moja pani” – powiedziała Reeona, kończąc właśnie magią robić na drutach parę malutkich, jasnozielonych skarpetek. Była jedyną służącą Breeny i jej zaufaną przyjaciółką.
Z gładkimi włosami sięgającymi szyi, co było cechą charakterystyczną jej rasy, Reeona wyglądała młodo jak kobieta po trzydziestce.
„Nie masz się czym martwić.” Breena pomasowała się po plecach.
„Chodź, usiądź.” Reeona wstała, oferując wyściełane krzesło. „W twoim stanie nie powinnaś tak długo stać na nogach, zwłaszcza na zewnątrz i zupełnie sama.”
„Pokaż mi je.”
Reeona podała jej skarpetki, w sam raz na parę maleńkich stópek, na co Breena uśmiechnęła się i zapytała: „Zielone?”
„Dziewczynka będzie miała twoje oczy.”
„Widziałaś jej twarz?” – twarz Breeny pojaśniała, bo choć Reeona nie była jasnowidzką, miała rzadką zdolność widzenia twarzy nienarodzonych dzieci. „Powiedz mi coś więcej.”
Reeona poklepała ją po dłoni, co było pocieszającym gestem. „Po co psuć niespodziankę? Wkrótce sama się przekonasz.”
Lady Breena jeszcze raz pogłaskała się po brzuchu. Jej córka będzie miała jej oczy, ale czy odziedziczy też włosy ojca, ciemne i falowane? Albo jego uśmiech, czy miłość do muzyki?
Na myśl o nim – mężczyźnie, który już jej nie pamiętał – jej serce się ścisnęło. Nie minął ani jeden dzień, ani jedna noc, ani jedna chwila, żeby za nim nie tęskniła.
Często żałowała, że go nie odszukała, lecz bała się, że stanie mu się coś strasznego, obawiając się gniewu swojego brata i brutalności Riathana.
Po spokojnym wieczorze obie udały się na spoczynek. Nocne powietrze było lekko chłodne, a zaklęcia ochronne zostały wzmocnione, by ukrywać je przed tymi, którzy jej szukali.
Minęły godziny, odkąd Breena zamknęła oczy. Głęboko we śnie po jej ciele zaczął rozchodzić się ból.
Powoli fizyczny ból skupił się w jej brzuchu, wyrywając ją ze snu, gdy dyskomfort stał się tak silny, że zaczęła krzyczeć.
Zaniepokojona Reeona znalazła ją w łóżku. „Ona nadchodzi” – oświadczyła Breena, a jej twarz była maską silnego bólu: bólu przesuwających się kości, które robiły miejsce dla porodu.
Reeona spojrzała między jej nogi. „Kiedy powiem, zacznij przeć.”
Breena mocno ścisnęła dłoń przyjaciółki. „Osłony...” – krzyk wyrwał się z jej ust, gdy pomiędzy oddechami powtarzała: „Osłony zaraz osłabną.”
„To nie ma teraz znaczenia.” Reeona wyczarowała garnek z gorącą wodą i czyste bawełniane chusteczki. „Teraz przyj” – powiedziała, a Breena zaczęła to robić.
Jej wierna służąca kazała jej oddychać, przeć, znów oddychać i tak dalej. Dziecko bardzo długo nie chciało wyjść na świat.
Breena zaszlochała: „Nie dam rady...”
„Nie poddawaj się. Pomyśl o swojej córce. Ona cierpi w twoim wnętrzu.”
„Nie potrafię, Reeono.” Łzy płynęły po jej twarzy, gdy pośród całego tego bólu czuła, jak jej magia ochronna słabnie.
„Oddychaj, Breeno.” Służąca po raz pierwszy zwróciła się do niej po imieniu. „Dziecko musi wyjść. Teraz. Czuję ją, staje się coraz słabsza.”
Lady Breena zebrała wszystkie siły, prąc z całą intensywnością swoich krzyków, a jej głos odbijał się echem wśród drzew i wstrząsał ziemią, pozostawiając je bez ochrony.
Reeona krzyknęła: „Jeszcze tylko trochę. Widzę ją!” Wśród rozpaczy, bólu i łez wreszcie przebił się cichy, przeszywający płacz.
„Jest piękna” – powiedziała promiennie uśmiechnięta Reeona, oczyszczając drobne ciałko przed złożeniem go w ramionach matki, a twarz Breeny rozjaśnił błogi uśmiech, gdy badała każdy szczegół swojej córki.
Miała zamknięte oczy, a jej malutkie usta i spokojny wyraz twarzy chłonęły zapach matki. Breena zatrzymała wzrok na uszach córki: były okrągłe, a nie spiczaste jak jej własne, gdyż dziecko miało cechy śmiertelnika.
Ciężka, mroczna obecność wypełniła pomieszczenie. Reeona, która właśnie skończyła zajmować się Breeną, znieruchomiała i rozejrzała się. Następnie odwróciła się do swojej pani.
Pokój pociemniał, a powietrze zrobiło się zimne. Z wiru czarnego dymu wyłonił się ten, którego bały się najbardziej.
Reeona stanęła przy swojej pani, a twarz Riathana pozostawała surowa, podczas gdy jego wzrok spoczął na małym zawiniątku śpiącym spokojnie w ramionach Breeny.
Breena odezwała się słabo: „Riathan...”
On jednak milczał. Zobaczył owoc zakazanej miłości śmiertelnika i istoty fae.
Kobieta trzymająca w ramionach swoją córkę od lat była jego największym pragnieniem; miał nadzieję, że pewnego dnia jej uczucia do niego się zmienią.
Ale jego plany legły w gruzach, kiedy spotkała swoją bratnią duszę; Riathan czuł się przez nią zdradzony, a przede wszystkim przez Kierana, który kiedyś obiecał mu swoją siostrę.
Riathan powoli ruszył w ich stronę.
Breena błagała: „Nie, proszę, nie rób tego.”
Reeona chciała stanąć w obronie swojej pani, lecz Riathan powstrzymał ją jednym prostym ruchem ręki, pozwalając jej doświadczyć bólu.
Obrazy złamanego serca wypełniły jej umysł, sprawiając, że zalała się łzami i upadła na ziemię, gdzie szlochała niekontrolowanie.
Breena, choć słaba, próbowała go zaatakować, ale na darmo – Riathan wyrwał dziecko z jej ramion, odciągając je z dala od niej.
„Błagam, nie.” Breena stawiała opór, dopóki z odrobiną większej siły nie zdołał go jej zabrać.
Z pogardą spojrzał na śpiącą dziewczynkę, dotykając jej małych uszu, a jego oczy stwardniały jeszcze bardziej; to dziecko... ona... nosiła je w sobie...
„Nie ma dla ciebie miejsca na tym świecie.” Na te słowa serce Breeny zamarło.
„Riathan, błagam, nie rań jej. Ona jest niewinna.”
Jego szare oczy spoczęły teraz na niej; Riathan zamierzał zniszczyć tę narodzoną nieczystość, bez względu na nieskończone łzy, jakie wywołałoby to na tej niewinnej twarzy.
Widząc, co zamierza zrobić, Breena w desperackim kroku wniknęła do umysłu Reeony, wybudzając ją z cierpienia i powstrzymując jej łzy, choć sama była teraz ogarnięta strachem.
Breena zaatakowała Riathana, sprawiając, że się potknął, i próbując zmusić go do konfrontacji z jego najgłębszymi lękami, jednak on nie bez powodu był Lordem.
Wiedziała, że nie zdoła go pokonać, jednak w tej jednej chwili, gdy Lord się zachwiał, Reeona wkroczyła do akcji, ratując płaczące dziecko.
„Bierz ją i uciekaj!” – Breena rzuciła jej kryształ, a Reeona bez chwili wahania rzuciła się do ucieczki.
Nie zdawała sobie sprawy z losu, jaki czekał jej panią.

















































