Cover image for Ukochane maleństwo

Ukochane maleństwo

Rozdział 2

ARTEMIS

Dzień zapowiadał się zwyczajnie, ale czułam w sobie więcej energii niż zwykle. Cieszyłam się, że mogę ją dobrze spożytkować.
Po przygotowaniu śniadania dla chłopaków, zabrałam się za porządki w domu. Lubiłam to robić. Czułam się wtedy potrzebna, zwłaszcza że nie mogłam pomagać w inny sposób.
Większość kobiet z naszej watahy mieszkała z własnymi rodzinami. Tylko rodzina alfy i samotni mężczyźni mieszkali w domu watahy.
Ponieważ nie było tu wielu kobiet, młodzi mężczyźni musieli sami wykonywać codzienne obowiązki. Często im się to nie chciało.
Należałam do rodziny alfy przez adopcję, więc mogłam tu mieszkać.
Uwielbiałam być w centrum życia watahy. Czułam, że jestem w samym środku wszystkich wydarzeń. Wszyscy wojownicy byli mili i pomagali mi z cięższymi rzeczami, gdy tego potrzebowałam.
Byłam dumna, że mogę dbać o porządek. Dawało mi to zajęcie - pomaganie watasze na swój własny sposób.
Nie była to wyszukana praca, ale wojownicy cieszyli się, że wracają do czystego domu po długim dniu ciężkich treningów i patroli.
Dziś zaczęłam od prania brudnych ciuchów. Chłopaki nie zauważają, kiedy zaczynają śmierdzieć.
Zbierając ubrania, zatrzymałam się przed pokojem gościnnym. Nasz dom watahy miał wiele takich pokoi, ale nigdy ich nie używaliśmy, bo nigdy nie mieliśmy gości. Mimo to mój wilk chciał, żebym tam zajrzała.
Był to największy pokój w domu, poza pokojem alfy, i był zakurzony, bo nikt go nie używał.
Bywałam tu wiele razy. Zwykle tylko odkładałam dodatkową pościel albo otwierałam okno, żeby dom pachniał świeżością. Tym razem, stojąc w pokoju, czułam się dziwnie, jakby czegoś brakowało.
Rozejrzałam się po pokoju i zobaczyłam komodę. Zaciekawiona, odstawiłam kosz z ubraniami i zajrzałam do szuflad. Znalazłam tam stare ciuchy.
Ktokolwiek był ich właścicielem, musiał być naprawdę duży. Nawet Dalton nie nosił tak wielkich ubrań. Szkoda było pozwolić, żeby tak leżały.
Niewiele myśląc, wrzuciłam wszystkie ubrania do kosza. Nie zaszkodzi je wyprać.
Patrząc na pokój gościnny, wydawało się smutne, jak bardzo się zestarzał i zakurzył. Postanowiłam wszystko wyczyścić.
Otworzyłam okna, żeby wpuścić świeże powietrze, potem zmieniłam całą pościel i spulchniłam poduszki. Postawiłam nawet wazon na biurku. Poproszę Edwina, żeby przyniósł kwiaty z szklarni.
Po trzech godzinach sprzątania i porządkowania pokój wyglądał jak nowy. Musiałam jeszcze dokończyć pranie ubrań znalezionych w komodzie, ale poza tym było gotowe.
Czułam się dumna, ale też trochę smutna, wiedząc, że nikt go nie użyje. Nikt nigdy nie przyjeżdżał tak daleko na północ z wizytą.
Rozejrzałam się po pokoju ostatni raz, lekko się uśmiechnęłam, po czym zgasiłam światło i wyszłam.
***
Większość dnia spędziłam w pralni, piorąc górę ubrań. Alfa Langston był na tyle miły, że kupił dużą, energooszczędną pralkę i suszarkę.
Ponieważ nie mieliśmy stałego prądu, korzystaliśmy głównie z paneli słonecznych, a czasami z generatorów.
Nadal nie mieliśmy dużo energii. Sprawiało to, że pralka i suszarka wydawały się luksusem, bo oznaczało to, że nie musieliśmy prać i suszyć wszystkiego ręcznie.
Po złożeniu każdego wsadu, sortowałam ubrania na stosy i układałam je na stołach w pralni. Każdy wojownik musiał przyjść i odebrać swoje własne ciuchy.
Idąc korytarzem z pralni, zerknęłam na zegar, który wskazywał 17:30. Dalton miał niedługo wrócić z patrolu z resztą swojego zespołu.
Będą pewnie głodni jak wilki i prawdopodobnie będą mieli tylko tyle siły, żeby zrobić sobie kanapki, zanim padną do łóżek, zostawiając bałagan w kuchni. Mogliśmy zrobić coś lepszego.
Wyszłam tylnymi drzwiami domu watahy do chłodni, gdzie trzymaliśmy jedzenie. Większość to była sarnina i dzik, ale odpowiednio przyrządzone, dawały niezły posiłek.
Postanowiłam użyć kawałków sarny. Z powrotem w kuchni, zajrzałam do spiżarni i znalazłam ziemniaki, seler i wszystko, czego potrzebowałam do zrobienia smacznego gulaszu.
Nie przeszkadzało mi sprzątanie tu i tam, ale najlepiej czułam się w kuchni. Albo w ogrodzie. Uwielbiałam eksperymentować z różnymi kombinacjami składników, żeby stworzyć pełnowartościowy posiłek.
Ponieważ mieszkaliśmy na odludziu, nie miałam wielu składników, ale to nie studziło mojego entuzjazmu. Najbardziej lubiłam zimowe jedzenie. Pomysł ciepłego gulaszu lub zupy, które rozgrzewają w mroźny dzień, był kuszący.
Wszystko szło jak z płatka. Sos, który zrobiłam, nie przypalił się, a warzywa ugotowały się idealnie. Zatraciłam się w pracy, nie licząc dokładnie, ile którego składnika użyłam.
Wkrótce kuchnia pachniała wspaniale od sytego gulaszu, który bulgotał na kuchence. Tym razem chyba przesadziłam z ilością, ale wiedziałam, że nic się nie zmarnuje.
To, co nie zostanie zjedzone dziś wieczorem, pójdzie na jutro. Silni wojownicy muszą dużo jeść.
Wyjmowałam chleb z piekarnika, gdy usłyszałam, jak drzwi kuchni się otwierają i zobaczyłam Daltona wchodzącego szybkim krokiem.
– Hej! – powiedziałam. – Nie spodziewałam się ciebie przez kolejną godzinę. Wróciliście wcześniej dzisiaj.
Zamknęłam piekarnik, położyłam chleb na kratce do ostygnięcia, po czym wytarłam mąkę z rąk i odwróciłam się z powrotem do Daltona. – Mam nadzieję, że jesteś głodny. Nagotowałam jak na armię. – Dalton spojrzał na chleb i duży garnek z gulaszem.
– Cudownie tu pachnie – westchnął. – Musiałaś się napracować.
Wzruszyłam ramionami. – E tam. Nie tak długo. Chciałam, żeby było gotowe, gdy wszyscy wrócą. To lepsze niż zimne kanapki.
Uśmiechnęłam się do Daltona. Znałam go całe życie i był jedną z najważniejszych osób dla mnie. Dorastaliśmy razem i chociaż nie byliśmy spokrewnieni, nadal był rodziną.
Dalton odwzajemnił uśmiech, ale nie wyglądał na szczęśliwego. Coś go gryzło. – Co jest? Wszystko gra?
– Tak – odpowiedział Dalton, może zbyt szybko. – Po prostu martwię się o ciebie. Mam nadzieję, że to wszystko cię nie wykończyło. Powinnaś chyba odpocząć.
Dalton zawsze się o mnie martwił, mówiąc mi, żebym odpoczęła lub się położyła. Ale ja chciałam robić swoje. Nie chciałam, żeby wataha myślała, że jestem leniwa.
– Dalton, jest dobrze. Właściwie dzisiaj był dobry dzień. Nie czułam się tak dobrze od dawna. – Odwróciłam się, by zobaczyć Daltona przyglądającego mi się uważnie, jakby mnie skanował wzrokiem.
– Jesteś pewna, że nie jesteś zmęczona? – zapytał ponownie.
– Wcale.
– Żadnych bólów głowy?
– Żadnych. – Brwi Daltona zbliżyły się do siebie, wyglądał na zaniepokojonego. Nie zamierzał odpuścić. Westchnęłam, odłożyłam ręcznik, który trzymałam, i skrzyżowałam ramiona, stając twarzą do niego.
– Jeśli zejdę na dół do mojego pokoju, przestaniesz się martwić i wyluzujesz? – Twarz Daltona nagle rozjaśniła się w szerokim uśmiechu. Dokładnie tego chciał.
– Dobra, poddaję się – powiedziałam. – Pozwól mi tylko zabrać czyste pranie i pójdę.
– Zrobiłaś też pranie? – powiedział zaskoczony. – Jesteś pewna, że nie robisz za dużo? – Odeszłam od niego, zirytowana.
– Dobranoc, Dalton – zawołałam, ignorując jego pytanie.
Poszłam korytarzem do pralni i wzięłam kosz pełen złożonych ubrań, które musiałam odłożyć. Zauważyłam, że niektóre stosy ciuchów już zostały zabrane.
Niosąc kosz na moim dobrym biodrze, weszłam po schodach do pokoju gościnnego, który wcześniej sprzątałam. Nie zastanawiając się, otworzyłam drzwi i weszłam, ale zastałam dużego, starszego mężczyznę po czterdziestce siedzącego przy biurku. Mężczyzna podskoczył, gdy weszłam, wyglądając na zirytowanego, że wparowałam bez pukania.
Zaskoczona jego obecnością, pisnęłam cicho i upuściłam kosz.
– Och nie, bardzo przepraszam. Nie wiedziałam, że ktoś tu jest. – Chciałam uciec, ale byłam zbyt przerażona, żeby się ruszyć. Minęła dłuższa chwila, zanim w ogóle mogłam spojrzeć na mężczyznę, któremu przeszkodziłam.
Mężczyzna miał ciemne włosy i krótką ciemną brodę. Był bardzo duży! Chyba nawet większy niż Dalton. Wyglądał na kogoś ważnego.
Ale jego ubrania były na niego za ciasne. Spodnie dresowe były za krótkie, a koszulka wyglądała, jakby miała się rozerwać w szwach.
Ciuchy były wyraźnie pożyczone. Zastanawiałam się, do którego pechowego członka watahy należały.
– Przepraszam, proszę pana. – Starałam się, żeby mój głos był spokojny i szybko ustawiłam się tak, żeby moja dobra strona była zwrócona w jego stronę. – Gdybym wiedziała, na pewno bym zapukała.
– Jak masz na imię? – Głos mężczyzny był bardzo głęboki.
– Artemis, proszę pana. Większość ludzi tutaj mówi do mnie Artie. – Próbowałam się uśmiechnąć, żeby ukryć, jak niezręcznie się czułam. Chyba tylko pogorszyłam sytuację.
– Co tu robisz, Artemis? – Mężczyzna brzmiał na zirytowanego i podejrzliwego.
– Właśnie odkładałam ubrania, które znalazłam i wyprałam. – Szybko podniosłam i pokazałam mu kosz na pranie. Widzisz? Normalne, nie dziwne zachowanie. Mężczyzna skinął głową, wydając się wierzyć mojemu wyjaśnieniu.
Teraz, gdy znowu myślałam o ubraniach, wpadłam na pomysł.
– Właściwie, proszę pana, chyba mam tu coś, co lepiej by na pana pasowało.
Postawiłam kosz na komodzie i odwróciłam się, bardziej ukrywając prawą stronę, zanim zaczęłam przeglądać złożone ubrania. Słyszałam, jak mężczyzna podchodzi bliżej, żeby spojrzeć przez moje prawe ramię. To sprawiło, że poczułam się trochę nieswojo.
Nie lubiłam, gdy ludzie stali po mojej prawej stronie z oczywistych powodów. Sprawiało to, że czułam się niepewnie. Znalazłam to, co myślałam, że może pasować, i wyjęłam parę bawełnianych spodni na sznurek i lnianą koszulę.
– Proszę – powiedziałam, oferując ubrania. – Są trochę staromodne, ale myślę, że byłyby o wiele wygodniejsze niż to, co pan ma na sobie. – Mężczyzna wziął koszulę i rozłożył ją, uważnie się jej przyglądając.
– Dziękuję, Artemis. Doceniam to. – Skinęłam głową w odpowiedzi.
– Zostawię resztę tutaj. Może pan zobaczyć, czy jest coś jeszcze, co się panu spodoba. – Mężczyzna spojrzał na mnie i uśmiechnął się, znowu delikatnie kiwając głową.
– Zrobię to, dziękuję. – Po tych słowach wybiegłam z pokoju, nie chcąc zostać ani chwili dłużej.
Już na korytarzu, wzięłam głęboki oddech, próbując się uspokoić. Dalton byłby bardzo zły, gdyby mnie teraz zobaczył. Lepiej, żeby się nie dowiedział.
Continue to the next chapter of Ukochane maleństwo