
W grze o wszystko Książka 2
Autorzy
Lektury
240K
Rozdziały
46
Prolog
Księga Druga: Zwycięzca bierze wszystko
Noah
„Noah Lenée. Wychowałam cię lepiej!”
Moja mama odtrąca moje dłonie od bluzki, kiedy próbuję wsunąć restauracyjną serwetkę za dekolt. Dość mocno brudzę przy jedzeniu i jeśli nie mam na sobie śliniaka, z pewnością resztę dnia spędzę z resztkami lunchu na ubraniu.
„Przepraszam, mamo”.
„Czy myślałaś jeszcze o tym, o czym rozmawiałyśmy w zeszłym tygodniu?” pyta, biorąc łyk swojej mimosy.
I zaczyna się.
Naiwnością było liczyć, że mój urodzinowy brunch minie bez problemów. Mimo moich protestów mama od dwóch tygodni błaga mnie, abym zrobiła użytek z mojego wymyślnego dyplomu z matematyki i zdobyła uprawnienia nauczycielskie.
Ona nawet nie wie, że zdobyłam te głupie kwalifikacje tylko dlatego, że był to jeden z niewielu kierunków, które mogłam w pełni ukończyć online, grając w baseball.
„Już o tym rozmawiałyśmy. Ja już mam karierę”.
„Ja już mam karierę, kochanie. Mówię tylko, że może powinnaś rozważyć inne opcje. To twoje małe hobby nie utrzyma cię wiecznie, ani nie ogrzeje cię w nocy”.
Mamrocze tę ostatnią część pod nosem, ale i tak to słyszę.
Nie zaszczycam jej uwagi odpowiedzią, składając lnianą serwetkę na kolanach. Oficjalnie straciłam całą chęć do świętowania.
Tylko Delphine Camille Allen potrafi mi przypomnieć, jak daleko mi do spełnienia prawdopodobnie jedynego marzenia, jakie kiedykolwiek miałam.
Nie jestem prawniczką ani lekarką, jak wolałaby moja matka, nie jestem też kurą domową.
Jestem zawodniczką baseballu, cholernie dobrym infielderem – dokładniej drugobazową – i ku jej niezadowoleniu nie zamierzam w najbliższym czasie przestawać grać.
„Jestem w niższych ligach dopiero od czterech lat, mamo” mówię jej, ale muszę przyznać, że podzielam jej obawy, choć z zupełnie innych powodów.
Wydaje się, że każdy zawodnik z mojego rocznika draftu został już dodany do składu albo zaproszony na wiosenne treningi w nadchodzącym lutym.
Chociaż bycie w niższych ligach przez kilka lat nie jest rzadkością – niektórzy gracze przez całe życie nie wychodzą poza poziom Triple-A – przyznaję jednak, że postawiłam przed sobą dość wysokie oczekiwania.
Musisz tak robić, kiedy jesteś jedyną kobietą w profesjonalnym baseballu.
To tak, jakby cały świat cię obserwował, czekając, aż poniesiesz porażkę, żeby móc powiedzieć, że mieli rację, że kobiety nie pasują do MLB. Albo żebyś odniosła sukces, aby mogli wykorzystać to do dobrego rozgłosu.
Szczerze mówiąc, nie obchodzi mnie żadna z tych rzeczy. Nie uważam się za symbol integracji ani nie uznałabym się za działaczkę na rzecz praw kobiet, poza określaniem samej siebie jako feministki.
Przede wszystkim jestem zawodniczką baseballu. Nienawidzę tego, że moja chęć wykonywania pracy stała się jakimś wielkim oświadczeniem politycznym.
„Ja tylko mówię... Spójrz na Vanessę i Ashley! Obie miały takie piękne śluby, kiedy były w twoim wieku. Chcę dla ciebie tylko takiego samego szczęścia, skarbie.
„Spędzasz tak dużo czasu na siłowni i w tych obskurnych... miejscach, w których grasz. Nie wspominając o tym, że najbliższe męskie towarzystwo, w jakim przebywasz, potwornie śmierdzi”. Moja matka marszczy nos.
Nie zrozumcie mnie źle, bardzo kocham moją mamę, ale w takich momentach chcę po prostu złapać ją za ramiona i nią potrząsnąć. Mocno.
Ten pomysł, że kobieta może być szczęśliwa tylko z mężczyzną, albo musi mieć karierę i dyplom, który dobrze wygląda na papierze, potężnie gra mi na nerwach.
Tatuś to wiedział. Właściwie to on zawsze szanował moją grę i mój zapał.
Zajebiście ciężko pracowałam, by zyskać szacunek u moich kolegów z drużyny, trenerów i innych kobiet, które z jakiegoś powodu potrafią być większymi dupkami w kwestii mojej gry w profesjonalnego baseballa niż faceci.
Ale cała ta ciężka praca nie jest wystarczająco dobra dla kogoś takiego jak Delphine Allen. Nie, ta kobieta nie będzie zadowolona, dopóki nie zaciążę i nie będę stać boso w kuchni jak jakiś inkubator i niewolnica seksualna z lat pięćdziesiątych.
Chyba nie powinnam oczekiwać niczego innego od emerytowanej królowej piękności, byłej przewodniczącej krajowego stowarzyszenia studenckiego i na dodatek debiutantki – ale takie właśnie są te snobistyczne, czarnoskóre kobiety ze wschodniego wybrzeża.
„Mamo, mam dopiero dwadzieścia pięć lat. Mam całe życie na znalezienie męża, natomiast w przypadku baseballu muszę wykorzystać okazję, póki wciąż jestem w formie”. Wskazuję na nią widelcem, przez co jej brwi jeszcze bardziej się marszczą.
„Czy wiedziałaś, że sportowcy płci męskiej osiągają szczyt formy w połowie lub pod koniec dwudziestki, podczas gdy kobiety osiągają maksimum swoich możliwości w wieku dziewiętnastu lat?
„Teraz, kiedy jestem w lidze Double-A, będę potrzebowała pełnego skupienia, jeśli chcę dostać się do pierwszej ligi, co oznacza brak rozpraszaczy, a mężczyźni są tym najgorszym rodzajem”. Wkładam do ust kawałek łososia na widelcu, a moja matka wzdycha z rozczarowaniem.
„Cóż, przynajmniej wydałam za mąż dwie pozostałe córki, które pracują nad moimi wnukami” prycha, przewracając oczami.
„Widzisz, wiedziałam, że znajdziesz w tym jakieś plusy”. Moja matka nie jest pod wrażeniem mojego słodkiego uśmiechu, ale nie ma czasu na odpowiedź, ponieważ wybawia mnie dzwonek. A raczej dzwonek telefonu.
Sięgam po komórkę, która leży ekranem do dołu na stole. Nie rozpoznaję numeru kierunkowego. Mimo to odbieram.
„Halo, czy rozmawiam z Noah Allen?” pyta ochrypły głos po drugiej stronie. Marszczę brwi, zastanawiając się, czy to może być windykator. Powinnam mieć opłacone wszystkie raty kredytu studenckiego na ten miesiąc, ale kto wie.
„Kto pyta?” pytam.
„Nazywam się Barry Shields, jestem...” Marszczę brwi. Dlaczego dzwoni do mnie GM drużyny Atlanta Statesmen? Pospiesznie poprawiam telefon przy uchu.
„Tak, to ja... Przepraszam pana, czy może pan powtórzyć?” pytam, zawstydzona, że się wyłączyłam.
Pan Shields chichocze. „Panno Allen, jak pani wie, gracze wybrani w drafcie w wieku dziewiętnastu lat, którzy nie zostaną dodani do czterdziestoosobowego składu po czterech latach, kwalifikują się do draftu Rule 5.
„Dzwonię, aby poinformować, że została pani wybrana przez organizację Atlanta Statesmen.
„Przepraszam, rozumiem, że spodziewała się pani tego telefonu od menedżera Portland Lumberjacks, jednak jego wnuk urodził się dziesięć minut przed sfinalizowaniem transakcji”.
Całe moje ciało zastyga w bezruchu, a krew pulsuje mi w uszach tak mocno, że zastanawiam się, czy dobrze go usłyszałam. Wszystko we mnie krzyczy jak u dziewięciolatki na koncercie Destiny’s Child i potrzebuję chwili, by przypomnieć sobie, jak się mówi.
„Panno Allen?”
Próbuję przełknąć ślinę pomimo serca bijącego mi w gardle. „Czy to jakiś żart?”
Pan Shields się śmieje, sprawiając, że żałuję, iż zachowałam się jak idiotka, ale jestem cholernie wstrząśnięta.
Byłam na liście stu najlepszych talentów, ale mój awans przewidywano dopiero za dwa lata. Zagrałam cztery pełne sezony w systemie Bostonu, jednak jeśli zostałam wybrana przez drużynę w drafcie Rule 5, to oznacza, że...
„Awansuję?” pytam, a moje tętno gwałtownie rośnie w klatce piersiowej.
„Gratulacje, mała. Spodziewamy się ciebie na Florydzie w przyszłym miesiącu”. Ledwie docierają do mnie słowa z reszty rozmowy, ponieważ wciąż kręci mi się w głowie od wiadomości, którą właśnie otrzymałam.
Kiedy pan Shields się rozłącza, moja matka udaje, że jej sałatka jest najciekawszą rzeczą od czasu najnowszych plotek Anny Mae w salonie kosmetycznym, ale ja wiem swoje. Jest bardziej wścibska niż doświadczona przewodnicząca komitetu kościelnego na popołudniowym obiedzie.
„Kto to dzwonił, kochanie?”
„To był GM z Atlanty, mamo”. Jej brwi marszczą się w dezorientacji, więc kontynuuję. „Zostałam przetransferowana”.
To bardzo nierealne uczucie wypowiedzieć te słowa na głos.
Tylko dziesięć procent wszystkich graczy, którzy trafiają do niższych lig, zostaje poproszonych o przejście do głównych lig MLB.
Prawie dziewięćdziesiąt procent zostanie zwolnionych na jakimś etapie swojej kariery, a jeszcze więcej zostaje zdegradowanych z powrotem do niższych lig, jeśli nie radzą sobie dobrze.
Fakt, że dostałam taką szansę, jest niemal niewyobrażalny. Jestem anomalią, która nigdy wcześniej nie miała miejsca w stusiedemnastoletniej historii tej organizacji.
Nie ma mnie oficjalnie w składzie. Realistycznie rzecz biorąc, do marca wyląduję w drużynie z Gwinnett. Ale to jest szansa, okazja, by sprawdzić się na wiosennym treningu, a ja stałam się kimś, kim nie byłam jeszcze wczoraj.
O krok bliżej marzenia mojego i taty. Tego, które zaczęliśmy budować, gdy miałam zaledwie pięć lat.
„O rany, skarbie. Więc co to oznacza?” pyta.
„Wszystko, mamo” wzdycham. „To oznacza wszystko”.
















































