
Wilkołak z krainy wróżek
Autorzy
Delta Winters
Lektury
553K
Rozdziały
43
Aurelia odkryła, że została sparowana z Alastairem, Królem Alf. Ale ona sama skrywa tajemnice – zarówno dotyczące swojej przeszłości, jak i tego, kim naprawdę jest. Czy zdoła oprzeć się mocy więzi partnerskiej i zrealizować swój sekretny plan? A może okaże się, że ani więź, ani jej krewniacy z fae nie są tym, czym się wydają?
Przepowiednia
ADALRIC
Dawno, dawno temu żył okrutny król, który niszczył wioski z taką samą łatwością, z jaką jadał posiłki.
Miał tak wielką moc i był tak podły, że żadna inna siła nie mogła mu się przeciwstawić.
Mury jego zamku były tak wysokie, że nikt nie mógł się na nie wspiąć. Jego serce było zimne i zamknięte, dokładnie jak te mury.
Niektórzy nazywali go demonem. Inni czcili go jak boga. Bardzo niewielu znało jego imię, a jeszcze mniej odważyło się je wypowiedzieć głośno. Dla większości był po prostu Królem alfa.
Mówiono, że stawienie czoła jego gniewowi było gorsze niż tysiąc śmierci. A rozgniewać go nie było trudno.
Głęboko w lochach jego zamku cierpieli jego wrogowie. Palili się w żarze, przerażonymi duszami, które nie zaznały spokoju.
Dzień i noc szarpali za łańcuchy, błagając o uwolnienie od wiecznej kary. Ale on nigdy nie okazał im litości.
*„Litości…”* – szeptali więźniowie ochrypłymi głosami. To była rozpaczliwa modlitwa do ich Króla alfa, boga, którego żałowali, że w ogóle się mu przeciwstawili.
Ich władca nie był jak inni ludzie. I ledwo można go było nazwać człowiekiem.
Opowieści rozchodziły się po krainie lotem błyskawicy. Niewiele tajemnic pozostawało ukrytych. Ale prawda o królu – krążyło o nim wiele historii, a żadna nie była prawdziwa.
Zamek miał ponad tysiąc wilczych wojowników. Brutalnych i potężnych. A to była tylko królewska armia.
Napadali na wioski dla zabawy, między misjami a wyprawami. Brali kobiety, kiedy tylko mieli na to ochotę. Nie zwracali uwagi na krzyki matek, gdy krzywdzili ich córki.
Byli potworami.
Ale przy królu wydawali się niczym. Mówiono, że on był potworem innego rodzaju. Nie robił takich rzeczy. Był zimny i odległy od swojego ludu.
Był zupełnie innym rodzajem potwora.
Opowieści o nieśmiertelnym Królu alfa znał każdy.
Niektórzy sądzili, że był częściowo wilkołakiem, a częściowo czymś nieznanym. Że codziennie otrzymywał mały kawałek srebra, który wzmacniał jego odporność na jedyną rzecz, która mogła go zabić – tak jak zabijała większość wilkołaków.
Jego nieśmiertelność rosła z każdym dniem, gdy trenowali go milczący mnisi z pustych jaskiń Castriel.
Zanim został królem, nikt nie odważył się przeciwstawić jego władzy. I tak pozostało przez setki lat.
Jego tron wykuli najlepsi kowale, używając najrzadszych metali na świecie, by utrzymać potężne ciało króla.
Oprócz tronu i pasującej korony sala tronowa była pusta, surowa i przerażająca.
Za murami zamku nie rosły kwiaty. Nie było tam żadnej przyrody. Wszystko umarło dawno temu, zanim zamek wypełniły siła, moc i ciemność.
Na świętych ziemiach Hallerian, gdzie wysocy kapłani rzucali klątwy i śpiewali pieśni najciemniejszych nocy, objawiła się nowa przepowiednia.
Przepowiednia, która narodziła się w samym sercu ziemi. Była wpleciona w czas od początku świata.
Adalric Ethalowae, przywódca zakonu, wyruszył ze swoimi najbardziej zaufanymi ludźmi, by przekazać ją królowi.
Ich lojalność należała do tego, kto miał największą władzę. Służba Królowi alfa dawała im największą swobodę.
Po kilku dniach podróży poprosili o audiencję, choć drżeli ze strachu.
Wysocy kapłani byli jednymi z najpotężniejszych istot na ziemi. Ale ten Król alfa sprawiał, że trzęśli się ze strachu.
Adalric spotykał się z królem kilka razy. Ale jego przenikliwe spojrzenie wciąż potrafiło wytrącić go z równowagi.
Grupa czekała na króla w ogromnej sali tronowej. Wokół nich szeptały echa, niosąc tajemnice komnaty.
Zakrzywiony sufit zdawał się kryć sekrety tego miejsca. Atmosfera była niepokojąca.
Adalric wiedział, że to tylko sztuczka Króla alfa, by pokazać swoją potęgę – choć wcale nie musiał tego robić. Sama sala wystarczyła, by wstrząsnąć duszą każdego śmiertelnika.
„Padnijcie przed swoim królem!” – rozległ się męski głos, wypełniając każdy zakątek pomieszczenia.
Do sali wkroczył oddział wilczych wojowników. Otoczyli wysokich kapłanów, tworząc mur między nimi a królem.
Następnie sam król wszedł do komnaty. Wszystko zamarło. Jego moc wypełniła powietrze, zmuszając wszystkich do uklęknięcia.
Zajął miejsce na tronie, górując nad zgromadzonymi.
Nikt nie odważył się na niego spojrzeć. Po prostu pochylili głowy w geście szacunku.
„Co sprowadza wysokich kapłanów Hallerian do mojego dworu?” – zagrzmiał głos króla. Brzmiała w nim irytacja.
„Wasza łaskawość” – zaczął Adalric, występując naprzód. „Przynosimy nową przepowiednię. Zapisano ją w gwiazdach od początku czasu. Dopiero teraz została nam objawiona.”
„Więc mówcie. Co takiego mówi ta przepowiednia, że jest warta mojego czasu?”
Król nie wydawał się przekonany, co tylko pogłębiało zdenerwowanie kapłana.
„To przepowiednia o tobie i twojej przeznaczonej partnerce, wasza łaskawość” – powiedział kapłan.
Twarz króla pociemniała.
Przeznaczona partnerka mogła go wzmocnić albo osłabić. Król tak potężny jak on nie potrzebował ani jednego, ani drugiego. Nie potrzebował przeznaczonej partnerki.
„Co z tą przeznaczoną partnerką, o której mówicie?” – warknął.
„Wasza wysokość, wizje nie były jasne. Ale jest dziewczyna – twoja przeznaczona partnerka. Ty i ona jesteście skazani na potężny los. Są dwie ścieżki. Jedna ku wielkości królestwa. Druga ku wielkiemu złu i ciemności.”
„Co to ma znaczyć, kapłanie?”
Król wstał z tronu, spoglądając z góry na stojącego przed nim mężczyznę.
Jego irytacja była wyraźna. Tak samo jak duma na myśl o potężnym przeznaczeniu.
Ale przeznaczeniu z przeznaczoną partnerką.
Tymczasem na skraju królestwa, w małej wiosce, żyła dziewczyna.
Aurelia.
Jej włosy były złote, jak sugerowało jej imię. Oczy miała jasnoniebieskie, pełne ciekawości i młodzieńczej energii. Skóra lekko opalona, ale tak czysta jak świeży śnieg.
Była naprawdę piękna. A wraz z urodą przyszła jej dziwna moc.
W wiosce była wyrzutkiem. Nie od zawsze. Od czasu incydentu. Incydentu, który przeraził wielu i sprawił, że albo ją odrzucili, albo trzymali się od niej z daleka.
Aurelia zawsze marzyła, by być zwyczajnym wilkołakiem. Chciała żyć szczęśliwie w ich małej wiosce. Ale nie była zwyczajna. Nie pasowała tam.
Jej matka umarła, rodząc ją. To zawsze sprawiało, że jej siostra jej nienawidziła. Zostały tylko we dwie.
Jedna była traktowana jak podła omega, druga jak dama, której wszyscy usługiwali.
Olympia była szczęśliwa. Nie była wyrzutkiem. Była akceptowana. Miała swoje miejsce w ich małym świecie i to jej wystarczało. Aurelia nie rozumiała, jak mogą być tak różne.
Miała dość wioski. Chciała znaleźć swoje miejsce gdzie indziej, ale jeszcze jej się to nie udało. Nic jej nie powstrzymywało. Miała swoją moc.
Ale to nie tylko inni bali się jej mocy. Ona też się jej bała.
Nie rozumiała jej, gdy pojawiła się po raz pierwszy, gdy miała pięć lat.
Zawsze ją miała, ale nie ujawniała się, dopóki nie zaczęła wymykać się spod kontroli. Próbowała ją okiełznać, ale była to moc, która miała własny rozum. Im częściej jej używała, tym stawała się silniejsza i bardziej dzika. Wkrótce to ona kontrolowała Aurelię, a nie odwrotnie.
Dlatego trzymała ją zamkniętą, niepewna, jaki jest jej cel w jej życiu.
Pokusa zawsze była blisko. Mogła ją chronić przed ciągłymi szykanami. Mogła przywrócić godność, którą odebrała jej siostra.
Mogła być tarczą przed wszystkim, co jej zagrażało.
I wciąż ją do siebie wabiła. Dlatego właśnie jej nie używała.
Zło było uzależniające. Uleganie mu było pierwszym krokiem w mroczny świat.
„Gdzie jest twoja siostrzyczka?” – zapytał męski głos, który Aurelia dobrze znała.
Wiedziała, że nie powinna przerywać. Więź między partnerami spychała wszystkich innych na bok. Nauczyła się tego na własnej skórze kilka księżyców temu, kiedy oberwała za to.
Stała więc, czekając, nasłuchując.
„Poszła po wodę, Lochlan. Chciałabym się jej pozbyć” – odparła Olympia z ciężkim westchnieniem.
„To dlaczego tego nie zrobisz?”
„To moja siostra. Nie mogę jej tak po prostu zostawić.”
„Jesteś za dobra, moja piękna partnerko” – odpowiedział.
Do uszu Aurelii dobiegł cichy odgłos pocałunków. Została więc nieco dłużej, spacerując po lesie.
Sama pozwoliła, by strumień obmył jej stopy. Ukoiło to ból po ciężkiej pracy. Głęboko w sobie czuła jednak dręczący niepokój, który toczył ją jak srebrna trucizna.
Może to moc, którą trzymała zamkniętą, próbowała się uwolnić. Ale wiedziała, że to coś innego, coś ciemniejszego, bardziej pokręconego, niż mogła zrozumieć.
Czuła to przez cały tydzień. Z każdym dniem stawało się silniejsze.
Szmer z przeciwległego brzegu rzeki przykuł jej uwagę. Piękna sarna.
Aurelia spojrzała jej w oczy, ale zwierzę nie uciekło, jak się spodziewała. Zamiast tego podeszło bliżej, jakby coś ją do niej przyciągało.
Chciała jej dotknąć, ale cofnęła ręce i odwróciła wzrok.
Wróciła do domu, nie oglądając się za siebie. Magia nie była akceptowana w ich wiosce. I z całą pewnością wyczuwała magię w pobliżu tego strumienia.
Pewnie las nimfy, ich dawna siedziba.
Gdy księżyc zawisł na niebie, a wioska ucichła, Aurelia położyła głowę na belach siana. Dawno temu uznała, że są wygodniejsze niż twarda betonowa podłoga.
Następnego dnia kończyła dwadzieścia lat. Może znalazłaby swojego przeznaczonego partnera. Modliła się do Bogini Księżyca, by tak się nie stało – bo to oznaczałoby, że utknie w tej małej wiosce na zawsze.
Dlatego planowała wyjechać, zanim to się stanie. Chciała przeżyć przygodę, szukając miejsca, które – jak miała nadzieję – na nią czekało.
Sen ogarnął ją szybko. Ciemność pochłonęła ją i wciągnęła w głąb.
Tej nocy śniła o nim.
Mężczyźnie tak przystojnym, że musiał być bogiem. Mężczyźnie tak władczym, że musiał być demonem.
Jego oczy były złote, pełne psotnego zła, lśniące w blasku świec w jego komnacie. Na ustach igrał mu nikczemny uśmiech, jakby wiedział, że tam jest.
Koszula była rozpięta, odsłaniając umięśnioną klatkę piersiową i brzuch. Włosy miał czarne jak jego diabelskie rysy.
Następnie zrobił krok. Tylko jeden. I już stał tuż przed nią.
Jego surowo męska twarz była tak blisko, że czuła jego oddech. Nos miał lekko krzywy, co nadawało mu męskiego wyglądu. Szczękę pokrywał cień zarostu. Brwi miał ściągnięte.
„Idę po ciebie, mała wilczyco” – powiedział niskim, przebiegłym głosem, przesuwając językiem po kłach.
Jeszcze jeden krok.
„Do zobaczenia wkrótce.”














































