
Wzlot Upadłych
Autorzy
B. Shock
Lektury
941K
Rozdziały
60
Rozdział 1.
Książka 3:Powstanie Upadłych
KORA
Cholera, cholera, cholera!
Serce waliło mi jak młot, a płuca paliły żywym ogniem, gdy pędziłam przez Czerwoną Dzielnicę. Starałam się uciec jak najdalej od niebezpieczeństwa, które zostawiłam za sobą.
Wokół mnie wszystko mieszało się w kalejdoskop jaskrawych świateł, hałaśliwych ludzi i ulicznych sprzedawców. Nie mieli pojęcia o tragedii, która właśnie się rozegrała. Wpadłam w wąską uliczkę, zwalniając i opierając się o ścianę, by złapać oddech.
Pochyliłam się, kładąc dłonie na kolanach, próbując uspokoić oddech.
Czułam, jakbym biegła całą wieczność. Mięśnie paliły mnie żywym ogniem, gdy brałam głębokie wdechy, starając się opanować. Za mną jaskrawe neony z budynków po drugiej stronie ulicy rzucały dziwaczne cienie na mroczną uliczkę. Moje włosy rozplątały się, a kosmyki przykleiły do spoconego czoła.
Oparłam się o ceglaną ścianę, wpatrując się w nocne niebo.
Cóż, to nie było tak naprawdę niebo. Raczej plątanina kabli, rur i metalowych konstrukcji tworzących sufit Czerwonej Dzielnicy. To miejsce nie mogło sobie pozwolić na takie luksusy jak sztuczne niebo przypominające ziemskie. Tak jak ja nie mogłam sobie pozwolić na to, by dać się złapać.
Spojrzałam na swoje spodnie poplamione krwią i uniosłam dłonie, widząc, że też są we krwi.
Cholera To nie była moja wina! Prawie się rozpłakałam, ale powstrzymałam się. Wzięłam drżący oddech, by zachować spokój.
„Nie mogę się rozkleić. Nie tutaj, nie teraz”.
Zdjęłam kurtkę, próbując wytrzeć jak najwięcej krwi z rąk, zanim wyrzuciłam starą kurtkę do pobliskiego kosza na śmieci.
Próbowałam pozbyć się dowodów, choć wydawało się to bezsensowne. Wpatrywałam się w metalowy pojemnik, marząc, by stanął w płomieniach i spalił wszelkie ślady mojego wykroczenia. Pragnęłam po prostu wrócić do domu i udawać, że ta cała okropna sprawa nigdy się nie wydarzyła.
„Może to tylko koszmarny sen. Może się obudzę i to wszystko zniknie”.
Gdyby ten drań, Maxwell, mnie nie obmacywał, nie doszłoby do bójki.
Nie odepchnęłabym go, a on nie straciłby równowagi i nie runął ze schodów, rozbijając sobie głowę. Nie znaleziono by mnie obok jego martwego, połamanego ciała, z jego krwią na rękach, gdy przyszła policja.
Moja warga zadrżała, gdy przypomniałam sobie okropny odgłos uderzenia głowy Maxwella o kamienne stopnie.
Nie powinnam była uciekać, ale strach i panika przejęły kontrolę, sprawiając, że działałam bez namysłu. Teraz uciekałam przed prawem, wyglądając jak przestępca. Nie żeby niewinność miała jakiekolwiek znaczenie w tym okropnym miejscu.
Złapałam się za włosy i krzyknęłam: „Cholera jasna!”
Mam przechlapane. Mam tak bardzo przechlapane! Nie mam gdzie uciec, nie mam gdzie się ukryć. Pewnie już przeszukują moje mieszkanie, szukają mnie na ulicach. Cokolwiek zrobię, i tak mnie złapią. Utknęłam w tej latającej metalowej puszce bez możliwości ucieczki.
Kamery były wszędzie, nie pozostawiając miejsca na ukrycie się.
Dlaczego w ogóle pomyślałam, że dołączenie do misji kosmicznej to dobry pomysł? Powinnam była zostać na Ziemi, w moim maleńkim domku w biednej dzielnicy. Zamiast tego utknęłam na Krosie, stacji kosmicznej, uciekając o życie.
Jeśli strażnicy mnie złapią, to koniec. Sposób, w jaki wyciągnęli broń, gdy znaleźli mnie obok ciała Maxwella, już uznali mnie za morderczynię. A gdy spojrzą na dowody, wiedziałam, jak źle to będzie wyglądać.
Przestępstwa takie jak zabójstwa, kradzieże i napaści były na porządku dziennym w Czerwonej Dzielnicy, odpowiedniku slumsów na Krosie.
Znalezienie kogoś obok martwego ciała było więc wszystkim, czego potrzebowali, by uznać cię za winnego. Co gorsza, istniało nagranie naszej bójki przed jego upadkiem. Nikogo nie będzie obchodziło, że to on pierwszy mnie obmacywał, ani że się broniłam. Będą się przejmować tylko tym, że jestem odpowiedzialna za jego śmierć.
Nawet gdybym dostała proces, co pewnie się nie zdarzy, i tak nazwaliby mnie morderczynią, tylko po to, by pozbyć się kolejnej osoby.
I tak jestem skończona.
Zaśmiałam się histerycznie, osuwając się po metalowej ścianie, nie wiedząc, czy powinnam zwinąć się w kłębek na tej brudnej ulicy, czy wrzeszczeć ze złości na cały świat. Otarłam łzy z oczu, nie pozwalając im spłynąć.
„Pieprzyć moje życie. Pieprzyć tę kolonię. Pieprzyć imperium i wszystkich tych nadętych polityków i ich popierdolone pojęcie sprawiedliwości!”
Znajomy dźwięk z drugiej strony ulicy zwrócił moją uwagę, gdy zaczął się odtwarzać serwis informacyjny.
Ostrożnie przesunęłam się w stronę wejścia do małej uliczki, patrząc na wideo wyświetlane na boku budynku, pokazujące poważnie wyglądającego mężczyznę czytającego z ekranu.
„Potwierdzono, że po tragicznej śmierci Keitha Asmory w zeszłym roku, jego następczyni i jedyna córka, Alita Asmora, powróciła do polityki i obiecała kontynuować pracę ojca na rzecz zwykłych obywateli Krosy.
„Będzie również kontynuować starania o likwidację planety-więzienia, Xanadis. Choć nie jest jasne, czy przepisy dotyczące planety-więzienia zostaną zniesione, jej asystent poinformował całą Krosę, że kwestia ta będzie omawiana w najbliższych dniach”.
Likwidacja planety-więzienia?
Uważnie oglądałam wiadomości, mój umysł pracował na pełnych obrotach. Czy naprawdę mogliby to zrobić? Ludzie nadal przechodzili ulicą, nie zwracając uwagi na wideo ani na mnie, mijając mnie.
„W innych wiadomościach, dowiedzieliśmy się, że czterdziestoletni mężczyzna został znaleziony martwy wraz ze swoją napastniczką w części East Gallo Czerwonej Dzielnicy. Napastniczka uciekła z miejsca zbrodni.
„Policja poszukuje młodej kobiety i podała szczegółowy opis morderczyni. Jeśli ktokolwiek ma jakiekolwiek informacje o tej osobie uciekającej przed prawem, prosimy o natychmiastowe zgłoszenie się do najbliższego przełożonego ochrony”.
Zbladłam, gdy mężczyzna na wideo zniknął, zastąpiony przez bardzo znajome zdjęcie młodej kobiety.
Nie mogłam się nawet skupić na imieniu ani opisie wyświetlanym z wideo i rozbrzmiewającym na ulicy. Byłam zbyt zszokowana zdjęciem patrzącym na mnie. Moim zdjęciem.
Mimo że się tego spodziewałam, i tak byłam zaskoczona, że nazwano mnie przestępczynią, czując gniew i niedowierzanie.
Wszystko, co zrobiłam, to się broniłam! Nie chciałam go zabić. Chciałam tylko, żeby przestał mnie obmacywać! Skąd miałam wiedzieć, że straci równowagę i spadnie ze schodów?
Pociągnęłam się za włosy ze frustracji, patrząc w ziemię, czując zawroty głowy, gdy mój świat zaczął wirować.
„Hej! Tam jest!”
Wyrwana z oszołomienia, zobaczyłam trzech strażników Krosy w białych mundurach, biegnących ulicą w moją stronę.
Cholera!
Odwróciłam się i zaczęłam przepychać przez tłum, starając się uciec. Zaczęłam biec, gdy tylko miałam wystarczająco dużo miejsca, chcąc oddalić się jak najdalej od strażników.
Nie mogą mnie złapać! Nie mogą mnie złapać!
Ta myśl kołatała mi się w głowie, gdy biegłam przez tłum, serce waliło mi jak oszalałe. Gdy dotarłam do końca ulicy i skręciłam za róg, stanęłam twarzą w twarz z kolejnym strażnikiem, jego paralizator był wycelowany we mnie.
Próbowałam się cofnąć, ale było za późno. Strażnicy, którzy mnie ścigali, dogonili mnie. Szorstkie ręce wbiły się w moje plecy, popychając mnie do przodu i uniemożliwiając ucieczkę.
W ciągu kilku sekund przeszłam od ucieczki o życie do upadku na zimny, twardy beton, moje dłonie boleśnie otarły się o chodnik, gdy próbowałam zatrzymać upadek.
To koniec. Koniec gry.
Strażnicy trzymali moje ręce nad głową, zakładając mi kajdanki, zanim postawili mnie z powrotem na nogi. Nie stawiałam oporu, czując się pokonana i tracąc wszelką nadzieję na ucieczkę.
Milczałam, gdy mnie odciągali, szok przejął kontrolę, gdy po prostu... wyłączyłam się.
Wszystko, co nastąpiło potem, było jak we mgle. Czułam, jakby minęło tylko kilka sekund, ale mogły to być godziny, może nawet dni.
Mgliście pamiętałam, jak zabrano mnie do więzienia kilka przecznic dalej i wrzucono do celi. Nie byłam pewna, jak długo tam siedziałam, skulona w kącie na podłodze, obejmując kolana.
W końcu pojawiło się dwóch strażników i zabrali mnie do prawie pustej sali sądowej na to, co ośmielili się nazwać procesem.
Nie było sędziego, który miałby wydać wyrok, ani ławy przysięgłych złożonej z ludzi takich jak ja, tylko jeden z wielu urzędników bezpieczeństwa, którzy rządzili Czerwoną Dzielnicą. Siedział na podwyższonej drewnianej ławie z tyłu sali, a gdy strażnicy postawili mnie przed nim, musiałam przechylić głowę do góry, patrząc na niego, jakby był jakimś bogiem żądającym mojego szacunku.
Chyba cię pogięło.
„Wiesz, co się tu dzisiaj stanie, prawda? Albo zginiesz z rąk katów Krosy, albo na planecie-więzieniu, Xanadis. Chyba że zrobisz coś dla mnie”. Słowa urzędnika zawisły w powietrzu, gdy posłał mi mały uśmiech, myśląc, że mnie złapał.
„Mam problem, który trzeba rozwiązać. Ktoś sprawia kłopoty w polityce Krosy, miesza tam, gdzie nie powinien. Muszę się go pozbyć. Więc ty się nim zajmiesz dla mnie, a ja sprawię, że to wszystko zniknie. Będziesz wolna od wszystkich zarzutów i będziesz mogła wrócić do swojego małego domu w Czerwonej Dzielnicy, jakby nic się nie stało”.
Zmrużyłam oczy na urzędnika, górna warga wykrzywiła mi się z obrzydzeniem.
Czy on naprawdę próbował wykorzystać mnie do pozbycia się swoich wrogów i zdobycia większej władzy politycznej? Jeśli odmówię, prawdopodobnie zaoferuje tę okazję następnemu „przestępcy” w mojej sytuacji, mając nadzieję, że strach przed śmiercią sprawi, że się zgodzi.
Ale co, jeśli mu pomogę? Wątpiłam, czy moje zarzuty naprawdę znikną. Bardziej prawdopodobne, że ktoś inny zostałby obwiniony za śmierć Maxwella, a ja wróciłabym do biednej dzielnicy, wiedząc, że kolejna osoba nie żyje przeze mnie.
Zacisnęłam zęby, patrząc gniewnie na urzędnika, który obserwował mnie z kpiącym spojrzeniem, myśląc, że skoczę na okazję, by wykonać jego brudną robotę.
„Spierdalaj”.
Strażnicy nie zareagowali, ale uśmiech zniknął z zadowolonej z siebie twarzy urzędnika, gdy odwzajemnił moje spojrzenie.
„Wygnanie”, warknął. „Kora Wrathia, zostałaś uznana za winną zabójstwa Sir Maxwella Crone'a. Zostaniesz wysłana na planetę-więzienie Xanadis, by tam umrzeć lub spędzić resztę życia”.
Oczywiście, dupek nawet nie dał mi wyboru między śmiercią a wygnaniem. Kula w mózgu byłaby zbyt szybka. Zbyt łaskawa. Zrzucenie z kapsuły na niebezpieczną planetę byłoby znacznie gorszym losem.
Dał znak strażnikom za mną. „Zabierzcie ją”.
Żołnierze chwycili mnie brutalnie za ramię, odciągając od dupka, gdy pokazałam mu środkowy palec, życząc mu, by cierpiał w piekle. Nie będzie mnie, żeby to zobaczyć, ale zemsta nie była moim zmartwieniem. Tacy jak on zawsze sami się niszczą.
Nie płakałam, nie wykrzykiwałam przekleństw, gdy mnie odciągali. Nie błagałam nawet o szansę obrony, gdy strażnicy prowadzili mnie do innej części budynku używanej do pozbywania się problemów. Nie było sensu walczyć z tym, co nadchodziło. Urzędnicy Krosy byli źli, a odmowa propozycji jednego z nich przypieczętowałaby mój los, gdybym już nie była skazana.
Tu nie ma sprawiedliwości. Jestem tylko kolejnym ciałem do wyrzucenia.
Gdy dotarliśmy do hangaru, rozkuto mnie, rozbrano i zmuszono do założenia grubego kombinezonu, który był bardzo obcisły i chronił przed zimnem. Potem znowu skuto mi ręce z przodu i zaprowadzono do promu kosmicznego, prowadząc mnie po rampie do środka.
Usiadłam, ledwo zauważając innych strażników pilotujących statek czy tego, który przypiął mnie do siedzenia, chcąc po prostu, żeby to się skończyło. Kątem oka widziałam kapsułę, która miała mnie zrzucić nad planetą-więzieniem, ale zignorowałam ją, odmawiając zwrócenia na nią uwagi, dopóki nie musiałam.
Czekałam w ciszy przez to, co wydawało się wiecznością, zanim prom wystartował, moje ciało trzęsło się od silników, gdy wznosiliśmy się wysoko w niebo, kierując się prosto na Xanadis.
Patrząc na swoje skute nadgarstki, nie mogłam powstrzymać się od myślenia o moim życiu na Ziemi i czasie spędzonym na Krosie. Spędziłam dni żyjąc w biednych dzielnicach w obu miejscach, walcząc o przetrwanie jak bezdomny kot na ulicach. Zawsze sama i nieszczęśliwa, nawet gdy przybyłam tu z nadzieją na lepszą przyszłość.
A teraz to wszystko przepadło i szczerze nie wiedziałam, jak się czuć. Smutna? Przygnębiona? Prawdopodobnie powinnam być jedno i drugie. Zamiast tego czułam tylko złość na całą tę sytuację i niepokój o to, co będzie dalej.
Strażnicy czekali na sygnał oznaczający, że kapsuła jest w odpowiednim miejscu do zrzutu, i rzeczywiście, głośny sygnał rozległ się z głośnika nad panelem kontrolnym z przodu statku.
Moje oczy uniosły się znad kajdanek, obserwując jednego ze strażników, gdy wpisywał długi ciąg liczb na klawiaturze na ścianie. Wąskie drzwi kapsuły rozsunęły się, ukazując ciasną, klaustrofobiczną przestrzeń dla jednej osoby.
„Wchodź”. Strażnik najbliżej mnie chwycił mnie za ramię i pociągnął z siedzenia, popychając mnie w plecy, gdy się nie ruszyłam. Potknęłam się, zanim rzuciłam mu gniewne spojrzenie przez ramię, w ciszy życząc, żeby to on spadł z cholernych schodów.
Odwróciłam się z powrotem do wejścia kapsuły, przygotowując się, zdeterminowana, by nie panikować ani nie okazać słabości przed kimkolwiek z tych ludzi. Weszłam do środka i położyłam się w kapsule, spinając się, gdy strażnik sięgnął do środka i chwycił moje dłonie.
Był szorstki, ale nie przeszkadzało mi to, ponieważ zdjął mi kajdanki, mały akt łaski, biorąc pod uwagę, dokąd zmierzałam. Cofnął się, a drzwi się zasunęły, pozostawiając mnie samą w całkowitej ciemności. Westchnęłam, zamknęłam oczy i czekałam na nadchodzący upadek, mój gniew ustąpił miejsca niepokojowi, który właśnie uderzył we mnie z całą siłą.
Wejście w atmosferę zawsze było dezorientujące, a nigdy wcześniej nie robiłam tego w tak chwiejnej kapsule, ani w czymkolwiek, co nie było solidnym statkiem. Co gorsza, nie wiedziałam, co czeka na mnie tam na dole.
Ale jedno wiedziałam na pewno. Jeśli moi mordercy z Czerwonej Dzielnicy myśleli, że po prostu się położę i umrę, to nie wiedzieli, z kim mają do czynienia.
Jeśli miałam zginąć na obcej planecie pełnej potworów, to niech tak będzie, ale nie poddam się bez walki.
Mam nadzieję, że jesteś gotowy, Xanadis. Dawaj. Pokaż mi, co masz najgorszego.














































