Cover image for Śmierć, wilkołak i nimfa

Śmierć, wilkołak i nimfa

Rozdział 2

MEREDITH

Obudziłam się z zaschniętymi łzami na policzkach. Nienawidziłam czuć się tak słaba i dziecinna. Spojrzałam w jedyne lustro w pokoju. Chciałam powiedzieć dziewczynie w odbiciu, że jest silna i piękna. Chciałam, żeby poczuła się lepiej. Chciałam wyglądać na silną. Nie chciałam smucić się z powodu faceta.
Ale to nie chodziło tylko o faceta. Chodziło o poczucie, że nie jestem wystarczająco dobra. Nigdy nie czułam się wystarczająco dobra. Nigdy nie byłam...
Założyłam granatową sukienkę z rozcięciem na udzie. Tego dnia przyglądałam się sobie w lustrze dłużej niż zwykle.
Magdalena nigdy nie nosiłaby takiej sukienki. Jej sukienki nie miały takich rozcięć - nie musiała się łatwo poruszać. Poruszała się bardzo płynnie. I nigdy nie zostawiłaby włosów w nieładzie.
Ludzie zawsze mówili, że płynne ruchy to cecha nimf. Ja najwyraźniej nie odziedziczyłam tej zdolności ani umiejętności zachowywania się jak prawdziwa dama.
Jak to się stało, że wyszłyśmy tak różne? Miałyśmy tych samych rodziców. Jadłyśmy to samo. Nosiłyśmy te same ubrania. Uczyłyśmy się tych samych rzeczy. Dlaczego nie byłyśmy takie same?
Zeszłam na dół.
W małej kuchni panował ruch, wszyscy krzątali się przy śniadaniu. Pomogłabym, ale już kończyli, a tata i Magdalena już siedzieli. Wyglądała tego dnia na bardzo szczęśliwą, jakby promieniała. Zauważyłam, że była ubrana eleganciej niż zwykle. Jej włosy były inaczej ułożone.
Miałam właśnie usiąść, gdy mama stanęła przede mną.
– Dlaczego nigdy nie możesz utrzymać włosów z dala od twarzy? – zapytała, odgarniając je spinką. Była tak blisko, że poczułam jej liliowe perfumy.
– Tak jest bardziej kobieco – powiedziała, poklepując mnie po policzku.
Jej włosy zawsze były starannie upięte w kok. Sukienki zawsze czyste, wyprasowane. Wyglądała nawet jak Magdalena. Obie miały wąskie nosy, podczas gdy mój był bardziej zadarty. Moje policzki były pełniejsze, ale obie miały te jasne niebieskie oczy, o których marzy większość ludzi.
Nigdy nie byłam pewna, do kogo jestem podobna. Miałam trochę cech obojga rodziców, ale tak naprawdę nie przypominałam żadnego z nich.
Nie chciałam się kłócić z mamą. Nie dzisiaj. Więc zostawiłam spinkę. Usiadłam ciężko na krześle, wzdychając. Zauważyłam, jak matka patrzy na mnie z dezaprobatą i przewracając oczami, wyprostowałam się.
– Magdaleno. Kiedy wrócisz? – zapytał tata. Wrócisz? Skąd?
– Nie jestem pewna, zależy ile pomocy będą potrzebować jego rodzice – odpowiedziała, ale byłam zdezorientowana.
– Dokąd jedziesz? – zapytałam, smarując tosta masłem.
– Do domu rodziny Adriana. Remontują go i zaoferowałam pomoc – wyjaśniła z szerokim uśmiechem. Spotkali się dopiero wczoraj na godzinę. Jakie plany robili?
Wiedziałam, że są przeznaczonymi partnerami... ale to było takie zwyczajne. Gdzie były tajne spotkania? Kwiaty zostawiane pod jej drzwiami? Dopiero co się poznali, a teraz mieli razem zamieszkać?
Odłożyłam tosta.
– A co z Vincentem? Mówiłaś, że tym razem pójdziesz – przypomniałam jej. Ale odezwał się ojciec.
– Co z nim? To tylko stary człowiek – powiedział, jakby to nie miało znaczenia, co sprawiło, że się skrzywiłam.
– On jest chory! – powiedziałam głośno. Nie mogłam milczeć, gdy mówił tak okrutnie o Vincencie.
– Odwiedzasz go codziennie. Twoja obecność go nie uzdrowi. Może umrzeć w każdej chwili. Chcesz to zobaczyć? – Teraz on też podniósł głos. Wiedziałam, że tata zawsze chciał dla mnie jak najlepiej. Ale jak mógł nie wiedzieć, jak bardzo ranią mnie jego słowa?
Zwykle nie byłam tak emocjonalna, ale tata wiedział, że Vincent umiera. Wiedział, że Vincent był moim przyjacielem, nawet jeśli twierdził, że nie był. Wiedział to wszystko i nadal uważał, że musi mi przypominać, że Vincent umiera.
Wiedziałam o tym. Vincent o tym wiedział. Ale nie było to coś, o czym ludzie mówili tak swobodnie.
Oczy zaszły mi łzami, ale starałam się nie płakać. Obiecałam Vincentowi, że nie pozwolę, by jego śmierć mnie zasmuciła, ale kiepsko mi to wychodziło.
– On był moim przyjacielem.
Zaśmiał się złośliwie.
– Przyjacielem! – Spojrzał na mamę siedzącą obok. – Słyszałaś to, kochanie? Przyjacielem. – Odwrócił się z powrotem do mnie. – Czy ty wiesz, co ludzie o tobie mówią? Myślą, że jesteś jego dziwką – powiedział ze złością.
Przełknęłam ciężko.
– Nie obchodzi mnie, co mówią. Vincent, Bogini Księżyca i ja znamy prawdę. Myślałam, że ty też!
Jego szczęka się zacisnęła.
– Nie pozwolę, żebyś szargała dobre imię Boswellów! – Uderzył pięścią w stół, przestraszając zarówno mamę, jak i Magdalenę.
Starałam się nie marszczyć brwi. Uderzyłam własną pięścią w stół.
– To może potrzebuję nowego nazwiska!
To zdawało się go naprawdę rozwścieczyć.
– Może gdybyś była bardziej podobna do Magdaleny, miałabyś przyjaciół. Może nawet znalazłabyś kogoś do małżeństwa! – krzyknął, po czym zapadła cisza.
Uśmiechnęłam się do niego złośliwie, osuwając się na krześle.
– Bernardzie – mama powiedziała cicho, brzmiąc na winną.
– Przepraszam, że nie mogłam być lepszą córką – powiedziałam im, powoli wstając. Nie oglądając się za siebie, wyszłam z domu.
Poszłam do domu Vincenta. Wyjęłam tę głupią spinkę i wyrzuciłam ją do pustego pudełka na ziemi. Nie obchodziło mnie, co ktokolwiek mówił czy myślał o mnie. Vincent był najlepszym nauczycielem i przyjacielem, o jakiego mogłam prosić.
Był moim nauczycielem od samego początku. Nigdy nie spotkałam mądrzejszego człowieka. Nauczył mnie wszystkiego, czego powinien był nauczyć mnie ojciec.
Spędzałam większość dni w jego domu, nigdy nie przejmując się tym, co ludzie szeptali. Vincent też się tym nie przejmował.
Vincent nigdy nie pozostawał zły, bo rozumiał, że każdy ma swoje powody. Zawsze pomagał innym, zawsze oddawał wszystko, co miał. Mógł żyć w luksusie, ale nigdy tego nie robił. Nigdy nie byłam pewna, skąd brały się jego pieniądze, ale wiedziałam, że zarabiał je w ludzkim świecie i wydawał tam, kupując rzeczy dla watahy.
Nasz alfa nie lubił, gdy odwiedzaliśmy ludzki świat, ale tak naprawdę nie mógł nas powstrzymać. Vincent podróżował swobodnie, a alfa nigdy nic nie mówił. Ale smutne było to, że mimo iż Vincent zrobił tak wiele, nigdy nie otrzymał wyższej rangi.
Spędził większość życia samotnie, troszcząc się bardziej o innych niż o siebie. Nie miał rodziny. Jego przeznaczony partner zmarł młodo, na długo przed tym, jak go poznałam. Nigdy nie założyli rodziny. I nigdy nie próbował mieć własnej.
Kiedy skończyłam dwanaście lat, ludzie zaczęli mówić o tym, jak często chodziłam do jego domu. Wtedy moi rodzice, zwłaszcza ojciec, próbowali powstrzymać mnie przed tak częstymi wizytami. Kiedy byłam małym dzieckiem bawiącym się z nim w parku, nikt nic nie mówił. Ale kiedy zaczęłam stawać się kobietą, zaczęli.
Nikt nie rozumiał naszej przyjaźni, jak była ważna.
Zapukałam do drzwi Vincenta, a jego opiekun, Jasper, otworzył. Ubrany w swoje zwykłe niebieskie dżinsy i koszulę zapinaną na guziki, Jasper był mężczyzną w średnim wieku z naszej watahy. Jego pracą była opieka nad starszymi ludźmi.
– Dzień dobry, Meredith – uśmiechnął się, wpuszczając mnie do środka.
To nie był dobry poranek, ale byłam dobra w ukrywaniu swoich uczuć. Gdy już się tego nauczyłam, wykorzystywałam to na swoją korzyść. Im mniej ludzie widzieli moich emocji, tym lepiej.
– Dobrze, że jesteś. Vincent pytał o ciebie – powiedział Jasper.
– Ale byłam tu wczoraj wieczorem – powiedziałam mu.
– Jego pamięć się pogarsza. Powiedziałem mu, że przyszłaś, i po chwili sobie przypomniał. – Został na dole, by zająć się domem, podczas gdy ja poszłam na górę do pokoju Vincenta.
Ostatnio Jasper praktycznie tam mieszkał. Opiekował się Vincentem i domem - podlewał rośliny, sprzątał, załatwiał sprawy w ludzkim świecie, które Vincent kiedyś robił sam. Jasper trzymał jego interesy w tajemnicy, i byłam pewna, że Vincent dobrze mu płacił.
Weszłam do pokoju Vincenta. Było tam zimno - nie ten rodzaj zimna, który powoduje dreszcze, ale zimno mentalne. Vincent leżał w łóżku, czytając książkę, przykryty kraciastym dziergany kocem. Gdy mnie zobaczył, szeroko się uśmiechnął.
Wyglądał okropnie, bardzo zmęczony. Potrzebował snu, ale to wszystko, co robił przez ostatni miesiąc.
– Dzień dobry, Vincent – powiedziałam, starając się brzmieć radośnie.
– Moje światło, mój deszcz, mój grom przybył – powiedział jak zawsze. – Czemu taka smutna? – zapytał.
Udawałam, że nie wiem, o czym mówi.
– Nie jestem smutna – skłamałam, posyłając mu uśmiech.
– Nie jestem głupi tylko dlatego, że umieram – powiedział, śmiejąc się, co sprawiło, że jego siwy wąs poruszył się, gdy wydychał powietrze.
Nigdy nikomu nie mówił, że wyzdrowieje. Wiedział, co się stanie. Nie chciał, by ktokolwiek dawał mu fałszywą nadzieję; nie chciał, by go okłamywano.
Usiadłam w fotelu obok jego łóżka, fotelu, który stał tam na moje wizyty. Mimo że Vincent mówił, że odwiedzam go wystarczająco często, czułam, że nie robię wystarczająco dużo. Zawsze wiedziałam, że każda wizyta mogła być ostatnią.
– Dlaczego mówisz o śmierci tak swobodnie? – zapytałam go.
– Śmierć nie jest błaha – odpowiedział chropowatym głosem. – Ma swój cel, a my, jako istoty śmiertelne, musimy ją zaakceptować. Śmierć nie jest końcem; to tylko mała część testu na godność nowego życia.
– Nie boisz się umierania? – zapytałam go.
Zaśmiał się.
– Dlaczego miałbym? Strach nie powstrzymuje śmierci; powstrzymuje życie. Zbyt wielu ludzi boi się tego, myśląc, że umieranie to najgorsza rzecz, jaka może się zdarzyć. Ciemność jest o wiele straszniejsza niż śmierć.
– Śmierć jest ciemnością – powiedziałam cicho, patrząc na swoje dłonie na kolanach.
– Dlaczego tak myślisz? – zapytał.
Zatrzymałam się, nie wiedząc, jak odpowiedzieć. Zawsze zadawał pytania, które zmuszały mnie do myślenia. Nigdy nie mogłam zadać mu pytania, które pozostawiłoby go zdezorientowanego. Był bardzo dobry w zadawaniu takich pytań.
– Cóż, na pewno nie jest światłem. Jest powód, dla którego ludzie nie lubią śmierci – wyjaśniłam. Ale on uśmiechał się tym uśmiechem. Znałam go wystarczająco długo, by wiedzieć, co to oznacza. Oznaczało to, że nie był zadowolony z mojej odpowiedzi. Zawsze sprawiało to, że zastanawiałam się nad naszą rozmową i jak mogłam odpowiedzieć lepiej.
– Czy kiedykolwiek spotkałaś śmierć? – zapytał, nie czekając na moją odpowiedź. – Jeśli myślę o tym, czym chcę, żeby śmierć była, a nie czym nie chcę, żeby była, mam więcej powodów do nadziei, nawet gdy jestem blisko śmierci.
– Nie chodzi tylko o śmierć... to... – Próbowałam znaleźć odpowiednie słowa. – Nie boisz się zostawić wszystkiego za sobą?
– Jestem pogodzony z odejściem – powiedział, uśmiechając się. Nienawidziłam, jak sprawiał, że brzmiało to, jakby po prostu wyjeżdżał w podróż, a nie zamieniał się w proch.
W końcu odłożył książkę na stolik obok łóżka.
– Ale nienawidzę myśli o zostawieniu cię samej.
Patrzył na mnie w ciszy przez chwilę.
– Dlaczego jesteś smutna? – zapytał. Mogłam powiedzieć, że to dlatego, że umiera, ale wiedziałby, że to nie jest prawdziwy powód. Nie chciałam, żeby martwił się moimi problemami.
– W tej chwili niewiele mnie obchodzi moje życie ani to, jak się potoczy. Gdybym mogła uratować cię, oddając ci moje życie, zrobiłabym to – powiedziałam, nie wdając się w szczegóły.
– Dlaczego uważasz, że moje życie jest warte więcej niż twoje? – zapytał, wyglądając na zdezorientowanego.
– Nie sądzę, żeby moje życie było cokolwiek warte – wyjaśniłam, dodając śmiech na końcu. Nie chciałam, żeby myślał, że jestem bardzo smutna. – Ale ty, ty pomogłeś tak wielu ludziom.
– Może dlatego muszę odejść – powiedział. – Żeby pozwolić ci przejąć pomaganie innym.
Pokręciłam głową na jego niedorzeczny argument.
– Nigdy nie mogłabym robić tego, co ty robisz.
– Nie mów tak. Byłaś moją przyjaciółką przez dwadzieścia dwa lata, nauczyłem cię wszystkiego, co wiem. Nie marnuj tego, oddaj to światu. Nie jesteś jeszcze gotowa, by zniknąć.
Wypuściłam głośno powietrze i przetarłam twarz dłońmi.
– Czy możemy może nie rozmawiać teraz o umieraniu?
Opuścił ręce na boki, naśladując moje westchnienie.
– Możemy rozmawiać o czymkolwiek chcesz. O czym chciałabyś porozmawiać? – zapytał. Nie miałam konkretnego tematu na myśli, ale wiedziałam, że nie chcę rozmawiać o śmierci.
Wzruszyłam ramionami, jakby mnie to nie obchodziło. Rozejrzał się po pokoju, zanim znów na mnie spojrzał.
– Jak się mają sprawy w domu?
Pierwszą rzeczą, o której pomyślałam, była Magdalena. Jak była szczęśliwa.
– Magdalena spotkała wczoraj swojego przeznaczonego partnera, Adriana – powiedziałam mu, a on uśmiechnął się tak jak ja. – Jest bardzo szczęśliwa. Nigdy nie widziałam jej tak szczęśliwej – powiedziałam, patrząc w podłogę, gdy o tym myślałam. Naprawdę cieszyłam się jej szczęściem, naprawdę. Ale niektóre rzeczy sprawiały, że czułam smutek w sposób, który myślałam, że już mija.
– Czy dlatego wydajesz się smutna? – zapytał.
Szybko pokręciłam głową.
– Dlaczego miałabym być? Naprawdę cieszę się jej szczęściem.
Patrzył na mnie, nic nie mówiąc. Rozumiał. Zawsze rozumiał, często nawet zanim ja sama zrozumiałam.
Odwróciłam wzrok.
– Nie spodziewałam się, jak to na mnie wpłynie. Nigdy o tym nie myślałam.
– Myślałaś, że nie znajdzie swojego przeznaczonego partnera? – zapytał.
– Ja... – Próbowałam odpowiedzieć, ale nie mogłam.
– Miałaś nadzieję, że nie znajdzie? – zapytał.
Byłam zaskoczona, że to powiedział.
– Nie ma mowy! – powiedziałam, zszokowana, że mógłby pomyśleć, że chciałabym czegoś złego dla własnej siostry.
Jego usta się zacisnęły. Powiedział coś cicho do siebie, zanim wrócił do swojej książki.
Wyprostowałam się na krześle, czekając, aż się odezwie. Otworzył książkę i zaczął czytać, wyglądając na bardzo zainteresowanego. Sprawiło to, że zastanawiałam się, czy w ogóle powinnam coś mówić.
– Naprawdę myślisz, że chciałabym, żeby moja siostra nie znalazła swojego przeznaczonego partnera? – zapytałam, ale nie odpowiedział. Nawet na mnie nie spojrzał. – Vincent! – zawołałam, i tym razem odłożył książkę i spojrzał na mnie.
– Myślę, że nie jesteś pewna, co czujesz w tej chwili. Ale twoje uczucia są błędne i tylko cię ranią. Jesteś zdenerwowana, bo nie znalazłaś swojego przeznaczonego partnera. Do tej pory było ci dobrze. Bo Magdalena była jeszcze młoda. Nie chciałabyś niczego złego dla swojej siostry, ale miałaś nadzieję, że nie będziesz sama, że ona będzie w tej samej sytuacji. W ten sposób miałabyś wytłumaczenie dla swojej sytuacji – powiedział, a ja nie mogłam się odezwać. – Ale teraz wiesz, że to nieprawda, i zostałaś sama, zastanawiając się, dlaczego to spotkało ciebie. Może nigdy się nie dowiesz dlaczego, Meredith. To trudna prawda życia, że dobrzy ludzie często mają problemy. Ale mylisz się, pozwalając, by to cię złamało.
Wyciągnął do mnie rękę. Nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo jego słowa mnie zraniły, dopóki nie zawahałam się, zanim ją wzięłam. Ale zrobiłam to, po chwili.
– To smutne, że nauczono cię wierzyć, że znalezienie przeznaczonego partnera jest najważniejszą rzeczą. Ale to nieprawda. Jest tak wiele więcej w życiu, tak wiele rzeczy, które mogą cię uszczęśliwić i sprawić, że poczujesz się dobrze... masz wszystkie możliwości wyboru, Meredith. Możesz spędzić życie, pragnąc czegoś, co może nigdy się nie zdarzyć. Albo możesz wytyczyć własną ścieżkę. Nigdy nie ma tylko jednej drogi – powiedział, ściskając moją dłoń, by mnie pocieszyć.
– A jeśli... – zaczęłam, mówiąc bardzo cicho. – A jeśli to właśnie to chcę wiedzieć najbardziej...? Dlaczego? – zapytałam cicho.
Skinął głową.
– Nie mogę ci powiedzieć, co masz robić ani jak się czuć. Jeśli to jest dla ciebie najważniejsze... idź za tym. Ale zrób coś w tej sprawie. Nie znajdziesz odpowiedzi, będąc smutna. Musisz ich szukać. Wyjdź, znajdź sposób, by zdobyć swoje odpowiedzi.
Zawsze uważnie słuchałam jego rad. Zawsze czułam, że wie więcej, i zwykle tak było. I zawsze uważałam jego opinię za ważną.
– Ale ty nie sądzisz, że taka jest? – zapytałam.
– A ty tak sądzisz? – odpowiedział pytaniem, ale nie odpowiedziałam. – Myślę, że twoja ścieżka ma być inna. To niekoniecznie złe... chyba że ty sprawisz, że będzie złe. Ale jeśli będziesz ciągle myśleć o szczęściu, którego nie dostałaś, możesz nigdy nie znaleźć szczęścia, które mogłabyś mieć – powiedział, akurat gdy wszedł Jasper.
– Czas do łóżka – powiedział Jasper.
Vincent posłał mi ostatni uśmiech, zanim położył się do łóżka. Musiał brać swoje lekarstwa trzy razy dziennie, dzięki czemu przeżył ostatni miesiąc. To nie były dokładnie tabletki nasenne, ale mieszanka ziół i leków sprawiała, że był senny.
– Zostanę, dopóki nie zaśniesz – powiedziałam mu, gdy brał swoje tabletki. Na początku mówił, żebym nie zostawała, ale kiedy zobaczył, że i tak go nie posłucham, przestał się kłócić.
Zostałam na swoim miejscu długo po tym, jak zasnął. Oparłam się, zamknęłam oczy i pozwoliłam myślom błądzić.
Zamknęłam oczy i wsłuchiwałam się w ciszę. Aż usłyszałam coś. Kroki, powolne i ostrożne, za mną. Wiedziałam, że to nie Jasper; wyszedł wcześniej.
Odwróciłam się i podskoczyłam z krzesła, gdy zobaczyłam, co tam było...
Continue to the next chapter of Śmierć, wilkołak i nimfa