
Niebieskooki chłopak
Autorzy
Kataya Winston
Lektury
17,0K
Rozdziały
63
Spotkanie z nim
STELLA
„Proszę pani, przygotowujemy się do lądowania w Stanach, proszę podnieść oparcie fotela” mówi miła stewardesa, gdy budzi mnie z drzemki, w którą zapadłam jakieś dwie godziny temu. Pierwszy etap mojej podróży z Panamy z powrotem do Georgii był szybkim lotem do Portoryko, gdzie złapałam lot przesiadkowy do Atlanty.
Nie widziałam taty od zakończenia szkoły, a to było prawie dwa miesiące temu. Z drugiej strony, mamy nie widziałam przez dwa lata przed skończeniem szkoły, więc w gruncie rzeczy dwa miesiące to nic takiego.
Moi rodzice rozwiedli się, gdy miałam trzynaście lat. Mama wdała się w romans ze swoim szefem w dużej korporacji, w której pracowała i spędzała co drugi tydzień z dala od taty i jego farmy.
Po rozwodzie mama prawie od razu wyszła ponownie za mąż i wraz z nowym mężem oraz moją siostrą Bryndle przeprowadzili się do Panamy. Obecnie jest prezeską w firmie, której właścicielem jest jej mąż.
Można powiedzieć, że odniosła spory sukces, zważywszy na to, że opuszczam wielką willę na plaży w Panamie, by wrócić na małą farmę bydła należącą do rodziny od pięciu pokoleń, w szczerym polu w Georgii, ale mój tata mnie potrzebuje. Nigdy nie było mnie z dala od niego tak długo.
Pochylam się nad siedzącą obok mnie w pierwszej klasie kobietą w maseczce, żeby odsłonić okno i zobaczyć krajobraz Georgii, ale jestem rozczarowana, gdy czuję, jak koła samolotu dotykają pasa w Atlancie. Miałam nadzieję, że będziemy jeszcze na tyle wysoko, abym mogła udawać, że widzę naszą małą farmę na drugim końcu stanu.
Gdy tylko podjeżdżamy pod bramkę i możemy opuścić samolot, spieszę się po bagaż, podekscytowana spotkaniem z tatą, który pokonał długą drogę do Atlanty, żeby mnie odebrać. Czekam, aż taśma ruszy i rozglądam się po lotnisku za tatą, ale wcale go nie widzę; może trochę się spóźni.
Przeczesuję palcami moje jasnoblond fale, które przez ostatnie dwa miesiące widziały dużo słońca i piasku, i łapię moją fioletową torbę, która zjechała z taśmy jako jedna z pierwszych. Idę dalej przez halę przylotów, coraz bardziej zmartwiona, bo nadal nie widzę taty.
Moje kowbojki głośno stukają o kamienną podłogę; zatrzymuję się i rozglądam, gdy słyszę, jak ktoś wykrzykuje moje imię. „Stella!” rozlega się donośny męski głos, dobiegający gdzieś z mojej prawej strony.
To jednak nie jest głos mojego taty. W końcu widzę, że to mężczyzna ubrany w obcisłe wranglery, kowbojki z kwadratowymi noskami, brudny, jasnokremowy kapelusz kowbojski i jasnoniebieską, zapinaną na guziki koszulę z długim rękawem.
Marszczę brwi, gdy patrzę na zbliżającego się mężczyznę, bo zupełnie go nie poznaję. Cholera, jest niesamowicie przystojny, ale tata zawsze uczył mnie, żeby uważać na obcych.
„Jesteś Stella Hawkley?” pyta.
Kiwam głową, gdy mężczyzna zatrzymuje się o krok ode mnie i uważnie mi się przygląda. „Takie imię dał mi tatuś” mówię z moim mocnym, południowym akcentem, gdy on najwyraźniej nie zamierza mówić nic więcej.
„Nazywam się Beau Morris i twój tatuś wysłał mnie, żebym cię odebrał. W ostatniej chwili pojechał na aukcję bydła, a że ja pracuję w stajni, wysłał mnie tutaj” twierdzi mężczyzna o imieniu Beau, gdy sięga po moją walizkę.
„Mój tatuś w życiu nikogo nie zatrudniał” oskarżam go, mrużąc oczy.
„Cóż, skoro zostawiłaś go na lodzie w czasie sianokosów, podejrzewam, że musiał wprowadzić pewne zmiany, zważywszy na to, że we dwójkę ledwo nadążamy z pracą” odpowiada Beau bez zająknienia.
„Skoro tak dobrze go znasz, to jak nazywa się jego ulubiony koń?” pytam, odsuwając do tyłu walizkę, kiedy znowu po nią sięga.
„To klacz palomino o imieniu Faith. Czy możemy już iść? Przed nami długa droga powrotna, a chciałbym zdążyć na farmę i skończyć obowiązki przed zachodem słońca, jeśli nie masz nic przeciwko” mówi rzeczowo Beau. Szybko chwyta moją walizkę, nie zostawiając mi innego wyboru, jak tylko pójść za nim.
Beau prowadzi mnie do starego pick-upa marki Dodge z platformą z początku lat dziewięćdziesiątych, z długą kanapą i małym siedzeniem z tyłu, na które wrzuca moją walizkę, po czym wsiada do środka. Muszę lekko podskoczyć, żeby usadzić tyłek na fotelu, ale gdy tylko wchodzę do auta, zauważam mój ulubiony kapelusz kowbojski, czarnego Stetsona, którego tata dał mi na szesnaste urodziny.
„Mój kapelusz!” wykrzykuję, chwytam go z deski rozdzielczej i wkładam na głowę.
„Twój tata kazał mi go zabrać. Pomyślał, że mogłaś za nim tęsknić” mówi Beau i manewruje, by wyjechać z lotniskowego parkingu, po czym kieruje się na autostradę I-75.














































