
Nimfa i Alfa - druga szansa Księga 4
Autorzy
Lektury
29,9K
Rozdziały
24
Rozdział 1
ADELIE
Przechadzałam się po ogrodach, oszałamiającym labiryncie korzeni, pnączy, drzew i krzewów. W górze rozciągał się łuk splecionych gałęzi, tworząc naturalny baldachim. Promienie słońca przenikały przez szczeliny, rzucając złociste smugi na wszystko wokół.
W końcu dotarłam do serca ogrodu. To był powód, dla którego stworzyłam to miejsce. Stanęłam przed nim. Moje bose stopy zapadały się w miękką trawę. Czułam pod spodem pulsującą energię korzeni. Był mi niezbędny do życia, jak powietrze. Moja duma ze stworzenia takiego piękna równała się tylko mojemu strachowi przed życiem bez niego.
Czułam się mniej ludzka niż kiedykolwiek wcześniej. Byłam delikatnym stworzeniem natury w całej jej okazałości.
Mój wzrok padł na Blooma, mojego pięknego stwora z korzeni. Był wpleciony w resztę ogrodowego labiryntu. Każdy jego element dodawał całości wspaniałości. Górował nade mną, żyjąc w swoim własnym małym królestwie.
Kiedy skłonił przede mną głowę, zauważyłam malutkie korzenne pixies. Wdrapywały się na jego ramię, a ich głowy również były pochylone z szacunkiem. Mimo że nie miały twarzy, ich wyraz był czytelny.
Ich szorstka, brązowoszara skóra była pozbawiona rysów. Jednak ich ręce i nogi poruszały się z szybkością, której nigdy nie mogłabym dorównać. Te niezwykłe małe istoty nie były większe od mojej dłoni.
„Gdzie on jest?” – zapytałam. Pixies bez wahania wskazały na wielki łuk z klonowych liści. Na mojej twarzy pojawił się szelmowski uśmiech. „Ten mały diabeł” – mruknęłam pod nosem.
Ruszyłam w stronę miękkich gałęzi. Rozchyliły się po moim szybkim ruchu dłonią. Pozwoliły mi wejść na polanę. Na jej środku stał budynek w kształcie kopuły.
Pixies pobiegły przodem, ale zatrzymały się przy wejściu. Czekały, aż wejdę pierwsza. Pchnęłam drzwi i weszłam na gładką podłogę zrobioną z ciasno splecionych korzeni.
Budynek był w całości zbudowany z drewnianych korzeni. To był mój azyl, miejsce, w którym mogłam zniknąć. Miejsce, które otwierało swoje drzwi tylko dla mnie.
Tylko dla mnie, ale jeśli ktoś wystarczająco mały potrafił przecisnąć się przez dziurę, też mógł wejść.
Cicho obeszłam go dookoła, żeby zajść go od tyłu. Siedział na huśtawce z pnączy, zaczytany w książce.
„Elias” – powiedziałam surowo, aż podskoczył. „Ostrzegałam cię tyle razy, żebyś nie włóczył się po ogrodach bez opieki. Zawsze wystawiasz moją cierpliwość na próbę. Jeśli znów zrobisz sobie krzywdę, będziesz musiał poczekać, aż rana sama się zagoi. Nie uleczę cię ponownie”.
Nie pilnowałam go bez przerwy. Mógł robić to, co chciał. Ale ogród był niebezpieczny. Zaprojektowałam go tak, aby był spokojną przystanią, ale rosły tu też najbardziej zabójcze rośliny.
Każda z nich miała swój cel. Wiedziałam, że Elias jest wystarczająco mądry, żeby ich nie dotykać. Martwiła mnie jednak jego niezdarność. Wiele tutejszych roślin mogło mieć właściwości lecznicze, gdyby odpowiednio je przygotować. W surowej postaci były jednak śmiertelne.
Przewrócił ciemnymi oczami. „Mi to pasuje” – odparł. Przeniósł wzrok na pixies, które chowały się za moimi nogami.
Wskazał na nie oskarżycielsko palcem. „Naskarżyłyście!” – zawołał, a jego brwi zmarszczyły się z gniewu.
„Nie musiałyby, gdybyś się grzecznie zachowywał! Nie musiałyby cię pilnować, gdybyś bawił się z innymi dziećmi”.
Wydał z siebie przesadne westchnienie. „Mamo!” – jęknął. „Wiesz, że nie mogę się z nimi bawić. Ich obchodzi tylko... tylko...”
„Robienie tego, co powinny robić dzieci?” – dokończyłam za niego.
„Nie podobają mi się ich zabawy” – wyjaśnił. „Gdyby bawiły się w to, co ja chcę...”
Pokręciłam głową. „Ty się nie bawisz, Elias. Znikasz, nikomu nic nie mówiąc, wracasz ranny i pakujesz się w kłopoty. Masz szczęście, że większość samotników jest na tyle miła, że przyprowadza cię z powrotem za kołnierz”.
Zdobyłam wystarczający szacunek, żeby nikt nie odważył się skrzywdzić mojego syna. Zamiast tego przyprowadzali go do mnie, a ja dawałam im coś w zamian. Wyglądało na to, że mieli nadzieję, iż ucieknie, tylko po to, by mogli go przyprowadzić i dostać nagrodę.
„To się nazywa odkrywanie” – odparł. Wydawało się, że bez przerwy przewraca oczami.
„Jesteś tylko dzieckiem, Elias” – próbowałam przemówić mu do rozsądku, ale wiedziałam, że to i tak nic nie da. Zauważyłam, że ma zdarte i krwawiące kolano, ale postanowiłam to zignorować.
Krótko po jego narodzinach zdałam sobie sprawę, że różni się od innych dzieci. Pięciolatek nie powinien być tak mądry. Powinien bawić się i poznawać świat ze swojego otoczenia. Nie powinien wyruszać na samotne wędrówki, by go odkrywać.
Nie urodził się z żadnymi niezwykłymi mocami. Nie był nawet wilkołakiem. Ale był bardzo inteligentny. Jego mądrość wykraczała poza jego wiek. Czasami przewyższała nawet wiedzę nastolatków. Często łapałam się na tym, że rozmawiam z nim jak z równym sobie. Czasami zapominałam, że jest tylko dzieckiem.
Nie byłam pewna, jakie ostatecznie będą jego dary. Nie wiedziałam, czy zyska jakieś inne zdolności. Ale wiedziałam, że już teraz był wyjątkową istotą.
Czasami był zbyt mądry dla własnego dobra. Inne dzieci go nie lubiły. Nie przepadali za nim nawet dorośli. Zdarzało się, że mówił rzeczy, które kazały mi przemyśleć moje decyzje.
Często jednak zastanawiałam się, dlaczego nie ma żadnych mocy. Przecież ja byłam jego matką, a jego ojciec był wilkołakiem.
Nawet jeśli nikt inny nie zauważył w nim nic niezwykłego, ja wiedziałam, że jego umysł był jego największą siłą. Nikt by nie zgadł, że miał dopiero pięć lat.
Wyciągnęłam do niego rękę. „Wracajmy do stada. Skoro tak się nudzisz, może Anthony nauczy cię strzelać z łuku”.
Nie kłócił się z tym. Fascynowały go ostre przedmioty i wszystko, co niebezpieczne. Lepiej było, żeby dowiedział się czegoś o tym, co go interesuje, niż gdyby miał zrobić sobie krzywdę, próbując samemu to rozgryźć.
W końcu dotarliśmy do wyjścia. Ruszyliśmy w stronę centrum stada.
Zauważyłam zbliżającą się Esty. „Mały diabeł znów się zgubił?” – zapytała, za co Elias posłał jej groźne spojrzenie.
Przyłożył palec do ust. „Zamknij się!” – warknął na nią. Nigdy za nią zbytnio nie przepadał. To była jedna rzecz, którą miał wspólną ze swoim ojcem... niestety.
Szliśmy dalej. Wkrótce podszedł do nas Nathan. „Luno” – przywitał się szybko, pochylając głowę. „Beta czeka na ciebie w twoim gabinecie. Prosił, żebym ci przekazał, kiedy tylko cię zobaczę”.
Przewróciłam oczami. Elias zrozumiał aluzję i poszedł poszukać Anthony'ego.
Nie chciałam z nią rozmawiać. Unikałam jej. Zadręczała mnie czymś, czego nie chciałam zrobić.
Ale nie miałam wielkiego wyboru. Nie mogłam jej unikać we własnym stadzie. Odwróciłam się do Esty. „Możesz dopilnować, żeby znalazł Anthony'ego?” – zapytałam.
Skinęła głową i poszła za nim. Musiał znaleźć Anthony'ego. Jeśli by go nie znalazł, znudziłby się i wyruszył na kolejną misję badawczą. Nie było sposobu, żeby uświadomić mu niebezpieczeństwa, ale robiłam wszystko, co w mojej mocy.
Skierowałam się do swojego domu, weszłam po schodach, a kiedy tylko otworzyłam drzwi do gabinetu, odezwałam się, zanim ona zdążyła to zrobić. „Nie zamierzam spotkać się z królem. To ostateczna decyzja” – oświadczyłam Maeve. „Przemyślałam to, tak jak prosiłaś. Nie obchodzi mnie to”.
Wstała, żeby do mnie podejść, ale zatrzymała się z irytacją, kiedy minęłam ją i usiadłam na swoim fotelu. „Przez ostatnie pięć lat siedzisz zamknięta w tym stadzie. Z nikim się nie widziałaś, nigdzie nie wyjeżdżałaś”.
Wyciągnęłam fajkę z etui. To był zły nawyk, którego nabawiłam się podczas nocnych rozmów z Esty. Zapaliłam przygotowaną przez nią mieszankę suszonych roślin. Nigdy nie wiedziałam, co do niej dodawała, ale przyjemnie otumaniała mój umysł.
Oparłam się wygodnie w fotelu, zaciągając się dymem i wpatrując się w nią.
„Nie muszę nigdzie wyjeżdżać. Wszystko, czego potrzebuję, jest właśnie tutaj” – powiedziałam jej. „A jeśli kogoś potrzebuję, on przychodzi do mnie. Myślę, że to całkiem piękne – pozwalać im myśleć, że nigdy nie opuszczam swojego terytorium”.
Nie miała na to żadnego argumentu. Jasno przedstawiłam swoje stanowisko. Znali moją moc. A ja stałam się całkiem biegła w negocjacjach.
Zawsze lubili kobiety, które potrafiły słodko mówić.
„Podoba ci się ta władza, którą masz?” – zapytała. Mój wzrok powoli powędrował po pokoju, zanim zatrzymał się na niej. „Przyzwyczają się do twojej siły i zdadzą sobie sprawę, że nie jesteś tak niezwyciężona, jak się wydaje”.
„Zawsze dążę do czegoś więcej. Kiedy zrezygnowałam z nauki, żeby dowiedzieć się więcej? Zrobić więcej?” Zaczynała działać mi na nerwy. „Nie wiedzą, że uczę się każdego dnia, trenuję każdego dnia”.
Skrzyżowała ręce na piersi. „Dobrze” – ustąpiła. „Skoro tak bardzo boisz się konfrontacji, nie powinnaś jechać” – powiedziała.
„Słucham?” – warknęłam. Rozchyliłam usta, w połowie zszokowana jej słowami, w połowie poirytowana. „Nie próbuj mną manipulować”.
Opadła na krzesło naprzeciwko mnie i wzruszyła ramionami. „Król zna twoją przeszłość. Będzie zadawał pytania. A kiedy zobaczy, że masz dziecko... będzie pytał o więcej. Boisz się mu wytłumaczyć, co się stało”.
Po prostu wpatrywałam się w nią, czekając, aż będzie kontynuować. Czy odważy się powiedzieć coś więcej? Nie odważyła się. Ale nie zmieniła też tematu. Pozwoliłam, by mój wzrok powędrował po stole, po czym oparłam na nim łokcie i pochyliłam się do przodu.
„Każdy, kto zapyta, usłyszy tę samą odpowiedź. Kairos to przeszłość. Teraz mam dziecko. To wszystko, co ktokolwiek musi wiedzieć o mnie i moim dziecku” – powiedziałam, zachowując spokój.
„A nieuniknione pytanie będzie brzmiało: kto jest ojcem dziecka?”
„A co go to obchodzi?”
„Byli przyjaciółmi. Może pomyśleć, że to on jest ojcem”.
„Cóż, może sobie myśleć, co chce. Nie boję się jego pytań. Może pytać, ale usłyszy tylko takie odpowiedzi, jakich zechcę mu udzielić. Skoro tak ci na tym zależy, możesz mu sama powiedzieć” – rzuciłam, mając nadzieję, że to zakończy rozmowę.
„Kłamiesz...” – zaczęła, ale nie miałam zamiaru prowadzić z nią tej dyskusji.
„Wystarczy!” – warknęłam na nią. „Nie będziesz mi dyktować, jak mam żyć ani jakich wyborów dokonywać. Jeśli zrobię coś, co zaszkodzi Eliasowi, wtedy – i tylko wtedy – będziesz miała prawo głosu w mojej sprawie. Ale wolałabym, żebyś przestała mieć obsesję na punkcie przeszłości, która cię nie dotyczy”.
Wydawała się zupełnie niewzruszona moim ostrym tonem. „Więc przestań rozpamiętywać przeszłość i zrób to, co należy”.
„Król zaprosił mnie na swój bal. W jakim sensie to kwestia życia i śmierci?” Zaczynałam się denerwować, a było zaledwie krótko po południu.
„Naprawdę myślisz, że on po prostu zaprasza cię na bal? Ot tak?”
Wzbudziła moje zainteresowanie. „Nie jestem telepatką, tak jak ty udajesz. Nie przychodzi mi do głowy nic innego” – powiedziałam, cedząc każde słowo. „Ale proszę, oświeć mnie. I byłabym wdzięczna, gdybyś przestała zatajać informacje i zamiast tego próbowała mnie namówić, żebym jak głupia poszła na bal. Gadaj!”
„Polują na nimfy na terytorium ich stada” – powiedziała w końcu, przykuwając moją uwagę. „Zabijają je, spuszczają z nich krew i zrzucają z klifu. Wszystko w jednym miejscu. W królewskim lesie”.
„Dlaczego nie przesiedli nimf? Wiele z nich żyje tam, aby podtrzymywać jego więź z naturą. Dlaczego nie przeniesie ich w bezpieczne miejsce?” – zapytałam.
„To może być problem. Nie było ani jednego morderstwa nimf z jego stada. Zabijają z daleka i zwożą je tam”.
„Może odprawiają jakiś rytuał?” – zasugerowałam.
„Mało prawdopodobne. Gdyby tak było, nie robiliby tego na otwartej przestrzeni. Chcą, żeby ktoś to zauważył”.
„Cóż, czy król skonsultował się z kimś, kto mógłby pomóc? Na pewno są jacyś potężni szamani, czarownice. Nie mogą pomóc?” – zapytałam.
Spuściła wzrok. „W tym może tkwić problem. On uważa, że próbują cię tam zwabić”.
„Czego mogliby ode mnie chcieć? Dlaczego nie zapolują na mnie w moim stadzie?”
Wzruszyła ramionami. „Może chcą wywabić cię z chronionej ziemi. Albo zbliżyć się do ciebie. Może chcą z tobą negocjować?”
„Ale dlaczego ja? Co mogę im zaoferować?” – zapytałam. „Skąd królowi w ogóle przyszło do głowy, że mnie chcą?”
„Ponieważ jesteś najsilniejszą nimfą ze wszystkich. Oni o tym wiedzą”.
Dopiero co zostałam zaproszona na bal. Skąd Maeve wiedziała tak dużo? „Kto ci to powiedział?”
„Mam kontakt na ziemiach króla” – odparła bez ogródek. Nigdy nie wiedziałam o niej wszystkiego. Była wielką tajemnicą. Dała jasno do zrozumienia, że musiałaby umrzeć, zanim wyjawiłaby wszystkie swoje sekrety. Pozostawała dla mnie bardzo przydatna, ale na swój własny, skryty sposób.
„Zostaw mnie na chwilę samą. Porozmawiamy później”. Podniosłam z biurka teczkę i udałam, że jestem w nią zapatrzona.
Wyszła wyraźnie zirytowana. Kiedy zamknęła drzwi, odłożyłam teczkę. Spojrzałam na wypaloną fajkę. Przez to całe gadanie nie miałam nawet okazji zapalić.
Miała rację. Byłam przerażona konfrontacją. Tak bardzo się zmieniłam po jego odejściu. Stałam się niezależna i potężna, ale w głębi duszy moja niepewność nigdy nie zniknęła.
Zawsze przedstawiałam swoje życie jako małą wyspę, którą rządziłam. Ale nie pokazywałam im, że pod powierzchnią ta wyspa była o wiele większa. Najbardziej bałam się, że załamię się, gdy usłyszę pytania, które raniły mnie najmocniej.
To, co kochałam najbardziej... Kairos.
Retrospekcja.
„Adelie. Nie odszedłby bez powodu” – powiedziała Maeve. Podtrzymała mnie za ramię i pomogła mi wstać z krzesła. Ta ciąża dawała mi się we znaki. Codziennie chodziłam do lasu, żeby uzupełnić energię. Z każdym dniem czułam się coraz słabsza. Nie byłam pewna, czy to normalne.
„Maeve, mówiłam ci, żebyś nigdy więcej o tym nie wspominała” – powiedziałam. „Nie uronię przez niego ani jednej łzy. Przez niego, ani przez nikogo innego. Nie potrzebuję nikogo więcej”.
„Ale potrzebujesz odpowiedzi. Gdybyś go tylko wysłuchała, może miał jakiś powód”.
„Brak wystarczająco dobrego powodu, żeby zostać, jest sam w sobie wystarczającym powodem”.
„On nie wiedział, że jesteś w ciąży”.
„I co z tego?” – krzyknęłam na nią. „Znienawidziłby to dziecko? Przecież zmusiłoby go do zostania, kiedy on tak bardzo chciał odejść!”
Pokręciła głową z dezaprobatą. „Kiedy to dziecko dorośnie i zapyta o swojego ojca... będziesz jedyną osobą, która miała szansę to zmienić, a tego nie zrobiła. Czy nienawiść własnego dziecka jest tego warta?”
Może brzmi to głupio, ale to właśnie jest miłość. „Mogę zapewnić i zapewnię wszystko, czego będzie potrzebowało moje dziecko. Niczego mu nie zabraknie. A jeśli będzie potrzebowało ojca, będzie go miało. Kogoś, kto pokocha je jak własne. Miłość nie bierze się z krwi. Ale jeśli będzie trzeba, znajdę kogoś, kto je pokocha”.
A teraz... Nie mogę zmuszać Kairosa do miłości tylko dlatego, że jestem w ciąży. Kto zrobiłby coś takiego osobie, na której mu zależy? Kto oszukiwałby kogoś, kogo tak bardzo kocha?
Odszedł, bo tak chciał. Dokonał wyboru...











































